Rytm gospodarki

Andrzej Halesiak

Jaki model społeczno-gospodarczy kształtuje się w Polsce?

Trwają wakacje, ale ze względu na jesienne wybory politycy nie próżnują. Zasypują nas informacjami o swoich programach społeczno-gospodarczych, planach na najbliższe 4 lata i obietnicach jakie dla nas – wyborców – mają. To co się moim zdaniem rzuca w tych przekazach w oczy, to powszechny brak … myśli przewodniej; propozycje programowe stanowią zbiory różnego rodzaju postulatów, dobranych nie tyle po to by tworzyły jakąś spójną całość, ale by w jak najlepszy sposób przypodobać się potencjalnym wyborcom.

W tym kontekście chciałbym wrócić do mojego tekstu sprzed blisko 3 lat, opublikowanego na portalu dyskusja.biz. Tekst pt. „Jeśli nie (neo-)liberalizm to co?” przywoływał alternatywne do liberalizmu koncepcje organizacji społeczeństwa i gospodarki, te o charakterze korporacjonistycznym. W systemach tych stosunki są kształtowane w oparciu o istniejące w danym kraju grupy interesu (np. rolnicy, przemysł, banki, związki zawodowe, sądownictwo, politycy itd.) oraz ich wzajemne interakcje. Głównymi siłami wymuszającymi zmiany są z kolei postęp technologiczny i globalizacja.

Nie będę w tym miejscu przywoływał w całości wspomnianego wyżej artykułu, ale w kontekście tego o czym chcę tym razem napisać warto przypomnieć krótkie charakterystyki podstawowych form korporacjonizmu:

  1. Tradycyjny – w jego ramach odpowiedzią na wyzwania związane z globalizacją i technologią jest usilna ochrona istniejącego układu (rodzajów działalności, interesów dominujących grup). Działania mają charakter defensywny. Polegają na stosowaniu narzędzi, które mają ograniczyć wpływ otoczenia na sytuację wewnętrzną (subsydia, tanie finansowanie) a tym samym opóźniać jak tylko się da zmiany strukturalne. W praktyce wygląda to np. w ten sposób, że banki finansują głównie tradycyjne rodzaje działalności, a z kolei państwo subsydiuje (w formalny lub nieformalny sposób) banki lub rozwija publiczne instytucje finansowe (wehikuły inwestycyjne, banki rozwoju itd.). Równocześnie polityka społeczna koncentruje się na ochronie zatrudnienia, np. poprzez rozbudowę liczby miejsc pracy w sektorze publicznym, po to by zapewnić spokój społeczny.
  2. Konkurencyjny – w tym przypadku dostosowanie (w obliczu narastającej konkurencji globalnej) przybiera formę zmian instytucjonalnych, tak aby w nowych uwarunkowaniach mogły one spełniać nowe funkcje. W praktyce polega na tym, że zamiast rynku (jak w neoliberalizmie) siłą sprawczą w zakresie niezbędnego dostosowania staje się państwo, które albo forsuje określone rozwiązania, albo też prowadzi do zawarcia porozumień pomiędzy grupami interesu zapewniających utrzymanie międzynarodowej konkurencyjności gospodarki, generalnie w ramach istniejącego status quo (w odniesieniu do struktury gospodarki). Porozumienia te mogą np. obejmować kwestie redukcji kosztów, ograniczenie wydatków państwa, itd.
  3. Kreatywny – dostosowanie zachodzi tu poprzez zinstytucjonalizowaną współpracę poszczególnych grup interesu w celu inwestowania w zasoby (kapitał ludzki, wiedzę, kapitał finansowy podwyższonego ryzyka) czemu towarzyszy proces powstawania nowych firm, branż i rodzajów aktywności. W praktyce proces ten prowadzi do głębokiego przedefiniowania gospodarki, np. w sektorze finansowym relacyjna bankowość (długotrwałe relacje pomiędzy bankami a tradycyjnymi firmami) zostaje zastąpiona przez bardziej odpowiednie dla finansowania ryzykownych przedsięwzięć rozwiązania oparte o rynek kapitałowy. Z kolei w zakresie rynku pracy tradycyjną ochronę zatrudnienia zastępuje współpraca mająca na celu zapewnienie procesu nieustanego kształcenia, po to by pewność zatrudnienia w konkretnym miejscu zastąpić pewnością znalezienia pracy. W zakresie polityki przemysłowej wszelkie sektorowe formy subsydiów zostają wyeliminowane, a cały wysiłek zostaje skoncentrowany na wspieraniu procesu eksperymentowania w gospodarce (np. poprzez wsparcie procesów badawczo-rozwojowych).

Patrząc na prezentowane przed jesiennymi wyborami programy społeczno-gospodarcze głównych ugrupowań politycznych odnoszę wrażenie, że żadna ze znaczących sił politycznych w naszym kraju nie ma jasno sprecyzowanej wizji modelu społeczno-gospodarczego. Odnośnie rządzącej koalicji wiemy, że odrzuca ona (neo-)liberalizm i próbuje przesunąć nasz kraj w kierunku „twardego” korporacjonizmu, z jasno zarysowanymi grupami interesu. Pytanie jakiego? W warstwie deklaracji można odnieść wrażenie, że kreatywnego, ale w praktyce wiele jest działań charakterystycznych dla korporacjonizmu tradycyjnego. Może to wynikać z faktu, że ten drugi jest znacznie łatwiejszy do wyegzekwowania. Pierwszy wymaga większej kreatywności i przede wszystkim odmiennego podłoża społecznego: deficytowych u nas elementów takich jak powszechne zaufanie, chęć współpracy, chęć poszukiwania rozwiązań o charakterze „wygrany-wygrany” itd.

Jeśli chodzi z kolei o główną siłę opozycyjną, to w warstwie deklaratywnej widać przywiązanie do (neo-)liberalizmu. Mam jednak wrażenie, że w praktyce dość głęboko zakorzeniony jest w niej korporacjonizm konkurencyjny. Jego mechanizmy ujawniają się z reguły w sytuacji spowolnienia gospodarczego – w tym kontekście warto sobie przypomnieć politykę PO w latach 2008-2015. W moim przekonaniu od tego czasu pod względem myślenia o społeczeństwie i gospodarce w PO niewiele się zmieniło.

Na koniec warto postawić pytanie o to, co byłoby najlepsze dla Polski? Moim zdaniem, do czasu gdy nie będzie pełnego zrozumienia procesów związanych z globalizacją (w tym np. jej oddziaływania na rozwarstwienie dochodów) oraz gdy nie powstaną światowe mechanizmy i instytucje ograniczające negatywne aspekty globalizacji (np. nieuczciwa konkurencja wynikająca z unikania opodatkowania poprzez rejestracje w rajach podatkowych) trudno oczekiwać powrotu do neoliberalizmu. Choć prawdopodobnie jest to system najbardziej efektywny w zapewnieniu krótko- i średnio-terminowego wzrostu gospodarczego, to międzynarodowe doświadczenia ostatnich lat pokazały, że stwierdzenie to nie musi być już prawdziwe, jeśli wziąć pod uwagę dłuższy okres (10 i więcej lat). Głównie ze względu na możliwe skutki społeczne (nierównomierne rozłożenie korzyści płynących ze wzrostu) i groźbę populizmu.

W tej sytuacji powinniśmy moim zdaniem dążyć do stworzenia „miękkiej” formy (koncentrującej się na kreatywnych rozwiązaniach, a nie silnie zarysowanych podziałach grup interesów) korporacjonizmu kreatywnego. Byłby on także przydatny w kontekście naszych lokalnych wyzwań związanych z trendami demograficznymi. Problem polega na tym, że jak już wspomniałem wcześniej system ten wymaga ściśle określonego zestawu kompetencji, m.in.: umiejętności budowania konsensusu, współpracy, poszukiwania rozwiązań „wygrany-wygrany”, itd. O ile w biznesie tego typu kompetencje występują już stosunkowo często, to niestety w polityce szukać ich ze świecą. Jednym z głównych powodów takiej sytuacji jest moim zdaniem brak pokoleniowej zmiany. Bez niej trudno będzie o nową jakość, a tym samym stworzenie systemu społeczno-gospodarczego, który stanowiłby właściwą odpowiedź na czasy w jakich żyjemy.

Wizja(e) Polski

Rozpoczął się tzw. sezon ogórkowy, więc ci którzy rozkoszują się wakacyjnym nastrojem i nie chcąc go sobie mącić wybierają tematy lekkie, łatwe i przyjemne powinni w tym miejscu odpuścić czytanie niniejszego tekstu – odnosi się on bowiem do sfery polityki, a ta z natury ma w naszym kraju charakter ciężkostrawny.

Minęło już trochę czasu od wyborów do Parlamentu Europejskiego, równocześnie do krajowych rozstrzygnięć pozostało jeszcze kilka miesięcy. To dobry moment by spojrzeć na polską scenę polityczną nieco z dystansu. Ostatnia kampania przyniosła eksplozję populistycznych obietnic, do których odnosiłem się szerzej kilka miesięcy temu w tekście “Rok Świętego Mikołaja”. Wyniki wyborów mogłyby wskazywać na to, że niewątpliwy sukces jaki odniosła rządząca koalicja to pochodna przelicytowania opozycji i większej wiarygodności jej obietnic. Takie podejście spłyca jednak obraz sytuacji. Pomija co najmniej jedno bardzo ważne pole politycznej walki. Pole, na którym w moim przekonaniu opozycja poniosła totalną klęskę, choć bardziej odpowiednie wydaje się być stwierdzenie, że w zasadzie nawet na to pole nie wkroczyła, dając się “wpuścić” w licytację na populizm i wierząc, że to właśnie w oparciu o to kryterium zachodzić będą kluczowe rozstrzygnięcia.

Tym odpuszczonym przez opozycję polem konfrontacji jest: wizja Polski. Po trzydziestu latach od rozpoczęcia procesu transformacji stała się ona niezwykle istotna. Z jednej strony wynika to ze zmian zachodzących w otoczeniu: na naszych oczach rozpada się nieodwracalnie pewien globalny, bardzo korzystny dla nas układ, który towarzyszył nam przez minione 30 lat, zachodzą też istotne zmiany w Europie. Z drugiej zaś z procesów wewnętrznych stymulowanych przez zróżnicowany dla poszczególnych osób i grup społecznych bilans transformacji i następującą zmianę pokoleniową.

Znaczenie kwestii odnoszących się do wizji Polski dla wyborców dobrze widać, jeśli wczytać się w badania socjologiczne. Jak chociażby głośny swego czasu, opublikowany jeszcze w 2017 r. raport: “Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta”. W swoich wnioskach stwierdza on wprost, że prawdziwa alternatywa dla obecnej koalicji nie może polegać na lepszym zaspokajaniu interesów określonych grup (czytaj: na większym i „efektywniej ukierunkowanym” rozdawnictwie), ale wymaga stworzenia alternatywnego obrazu Polski w świecie i Europie oraz zbioru wartości, który nasz kraj ma reprezentować.

Ten drugi aspekt szczególnie silnie wybrzmiewa w badaniach odnoszących się do ludzi młodych (np. „Godność ludzka w hierarchii wartości podstawowych społeczeństwa polskiego w świadomości młodzieży licealnej i akademickiej”), które wskazują na olbrzymi rozjazd pomiędzy oczekiwaniami wobec Polski – jako miejsca zamieszkania, pracy i życia – a rzeczywistością. Szczególnie uderzająca jest kwestia poczucia godności: podczas gdy blisko 70% respondentów godność człowieka uznaje za jedną z wartości podstawowych dla społeczeństwa polskiego, to jedynie 43% uważa, że jest ona w naszym kraju faktycznie realizowana.

W odniesieniu do wizji Polski przewaga rządzącej koalicji polega na tym, że była ona w stanie taką wizję zdefiniować i zaprezentować. To wizja zbudowana na kompleksach („wstawaniu z kolan”), chęci rewanżu (na tzw. „elitach” za minione 30 lat), wykluczeniu („kto nie jest z nami jest przeciwko nam”), stwarzająca pozory walki o godność poprzez przeciwstawianie „nas” „im” (wyimaginowanym lub wyolbrzymionym wrogom tj. zagraniczny kapitał, Berlin, Bruksela,…- to właśnie z tego powodu publiczne media nieustannie przedstawiają każdy „nasz sukces” jako „ich porażkę”). Co jednak najważniejsze to fakt, że przy braku alternatyw ta kompilacja stanowi dla wielu wyborców jedyną ofertę czegoś na kształt “wspólnoty narodowej”. Równocześnie popierającym tę wizję nie przeszkadza, że jej elementem jest także stopniowy dryf w kierunku neoautorytaryzmu (by ponownie przywołać wyniki wspomnianego wcześniej badania), jako pochodna doprowadzenia do dysfunkcji niektórych instytucji i mechanizmów demokracji.

A co z opozycją? Ta w dużej mierze – także na poziomie personalnym – kojarzy się dziś społeczeństwu z wyobcowanym językiem technokratów, którzy przez lata usprawiedliwiali brak wizji, kunktatorstwo i w konsekwencji brak śmiałych reformatorskich posunięć tzw. „czynnikami obiektywnymi”, takimi jak globalny kryzys, unijne procedury nadmiernego deficytu itd. Taka postawa doprowadziła moim zdaniem do tego, że w Polsce powstała szeroka grupa osób na swój sposób wykluczonych, takich którzy nie skorzystali lub skorzystali w relatywnie niewielkim stopniu z owoców transformacji (zainteresowanych odsyłam do mojego tekstu sprzed 4 lat pt. „Dwie Polski”). To właśnie do nich trafił przekaz o „wstawaniu z kolan” i inne towarzyszące mu elementy.

Co więcej, szeroka koalicja opozycji utworzona na potrzeby ostatnich wyborów do Parlamentu Europejskiego miała charakter wybitnie negatywny, a nie pozytywny – skupiała się na byciu „anty”, a nie prezentowaniu alternatywnej wizji dla Polski. Patrząc jedynie przez pryzmat tej ostatniej Koalicja Europejska stanowiła coś na kształt niestrawnego dania, którego konsumpcja może oznaczać tylko jedno: dłuższy pobyt w toalecie.

Reasumując, w kontekście wizji Polski rządząca koalicja nie ma dziś w zasadzie konkurencji. Równocześnie jednak oznacza to, że na scenie politycznej istnieje w naszym kraju próżnia – miejsce na pozytywną wizję, nowoczesnej i zbudowanej NA WARTOŚCIACH Polski. Wizję Polski „włączającej”, stworzonej nie przeciw komuś, ale dla czegoś pozytywnego. Opartej – w relacjach wewnętrznych i zewnętrznych – na zasadzie „win-win”, a nie jakże hołubionej w naszym kraju od co najmniej kilkunastu już lat zasadzie „nasz interes kosztem ich”. Ujmując to innymi słowy jest miejsce na nową siłę polityczną zbudowaną przez 20,30,40 latków, którzy nie byliby uwikłani w post-Solidarnościowe walki i rozliczenia. Patrząc na doświadczenia innych krajów, wydaje się że powstanie takiej siły to warunek konieczny, by procesy modernizacyjne nabrały w naszym kraju nowego rozpędu, potrzebnego jeśli chcemy rzeczywiście dołączyć do grona najlepiej rozwiniętych krajów świata. Co więcej, to także warunek by na dłuższą metę nie zaprzepaścić tego co osiągnięte zostało przez minione 30 lat.

Manna i przepiórki

Przypuszczam, że wszyscy – lub przynajmniej zdecydowana większość czytających ten tekst – zetknęła się z historią o tym, jak to po 400 latach niewoli naród wybrany został przez Mojżesza wyprowadzony z Egiptu. Po opuszczeniu kraju faraona Izraelici przez 40 lat błąkali się po pustyni, chociaż do ich Ziemi Obiecanej można było dotrzeć w góra kilka tygodni. Stało się tak nie za sprawą braku fizycznych możliwości, np. niedoboru odpowiednich środków transportu czy też uzbrojenia niezbędnego do podbicia docelowych terenów. Izraelici musieli błąkać się po pustyni, ponieważ na przeszkodzie do sukcesu stanęła ich … mentalność. 400 lat w niewoli wykształciło w nich poczucie uległości i strachu, dlatego też bali się podjąć walkę o mlekiem i miodem płynącą Ziemię Obiecaną. W konsekwencji musieli na 40 lat zadowolić się manną i przepiórkami. Dopiero, gdy pokolenie niewolników wymarło, nowe – wolne od ciężaru mentalności swych przodków – mogło objąć w posiadanie to, co zostało im obiecane.

Przywołany powyżej biblijny tekst jakoś mocno przemawia do mnie w kontekście ostatniej kampanii wyborczej w naszym kraju. Kampanii pełnej populizmu i licytacji na obietnice wyborcze ze strony wszystkich ugrupowań politycznych. Jak pokazują ostatnie lata przekonanie, że Państwo może (dziś już wręcz musi) za nic coś „dać” padło w naszym społeczeństwie na bardzo podatny grunt. W moim osobistym przekonaniu jest to – podobnie jak w przypadku wspomnianych wcześniej Izraelczyków – w dużej mierze pochodna mentalności; znaczną część polskiego społeczeństwa stanowią osoby, które mentalnie ukształtowane zostały przed transformacją. W czasach, kiedy to rządząca partia decydowała czy, kiedy i komu coś „dać”. Nigdy nie było to zbyt wiele, a to kwiatek i pończochy na dzień kobiet, a to pomarańcze na dzień dziecka i na święta, czy też wreszcie najbardziej szczodry podarunek tzw. trzynasta (a w niektórych zawodach nawet czternasta) pensja. Było skromnie, ale w miarę przewidywalnie i w zasadzie po równo. W tej sytuacji z jednej strony rzadko kto miał sposobność się wybić, z drugiej jednak przeciętny Kowalski nie czuł wewnętrznego dyskomfortu (i zewnętrznej presji ze strony swojej żony 🙂 ), że taki Nowak to jest bardziej zaradny, że właśnie kupił nowy samochód itd. To obraz stosunkowo prostego świata, w którym elita władzy ma się najlepiej (w końcu władza musi budzić respekt i szacunek), a pozostałym Państwo daje na tyle ile ma. A jak nie daje, znaczy się że jest kryzys i nic z tym nie można zrobić. Świata, w którym nie ma się pełnej wolności i praw, ale też państwo zdejmuje znaczną część odpowiedzialności za własne życie.

Dla wspomnianej wyżej grupy społecznej sytuacja w ostatnich latach diametralnie się zmieniła – okazało się, że po latach posuchy (tłumaczonych najpierw transformacją, a później globalnym kryzysem finansowym) Państwo znów chce „dawać”, szczególnie przy okazji różnorakich kampanii wyborczych. W tej sytuacji nie powinno dziwić, że osoby w wieku 50+ stanowią dziś tę część elektoratu, w której frekwencja w czasie wyborów jest najwyższa. Nie specjalnie zależy im też na tym, co w zamian za swą hojność państwo równolegle im odbiera.

Nie chciałbym, aby czytając ten tekst odnieść wrażenie, że państwo nie ponosi odpowiedzialności za rozwiązywanie ważnych problemów społecznych, takich np. jak eliminacja ubóstwa wśród dzieci. Ponosi. Powinno jednak w swych działaniach być odpowiedzialne. Wspomniany powyżej problem można było skutecznie rozwiązać innymi metodami, dużo mniejszym kosztem i bez znaczących skutków ubocznych. O części z tych skutków pisałem niedawno w tekście „Rok Świętego Mikołaja”, ale warto wspomnieć także te związane z efektem zaniechania. Otóż doświadczenia innych krajów wskazują, że jeśli tylko sama polityka „dawania” działa na wyborców, znacząco spada presja i chęć dokonywania znaczących reform systemowych.

Te same międzynarodowe przykłady pokazują, że rozdawnictwo wcale nie jest świadectwem siły państwa, ale z reguły jego słabości. W tym kontekście warto przypomnieć, że już kilka lat temu jeden z ministrów z niezwykłą szczerością stwierdził, że nasze państwo istnieje tylko teoretycznie. Od tamtego czasu niewiele się zmieniło; edukacja znajduje się w stanie zawałowym, służba zdrowia może się za chwilę zapaść ze względu na brak kadr, nie wspominając już o sytuacji w sądownictwie czy dramatycznym stanie naszej armii (wymowne w tym względzie są chociażby ostatnie statystyki odnoszące się do samolotów bojowych zdolnych do faktycznych działań). To prawdziwa „Polska w ruinie”. Jednym z jej elementów jest także upolitycznienie wszystkich najważniejszych kwestii merytorycznych – od co najmniej kilkunastu lat elity polityczne nie potrafią (nawet nie próbują) wypracować konsensusu w najważniejszych sprawach. W efekcie w wielu sferach publicznych mamy do czynienia z działaniem „jeden krok do przodu, dwa kroki w tył”.

Nie możemy też zapominać o aspekcie międzynarodowym – nasze otoczenie zewnętrzne zmienia się na niekorzyść. Narastają różnego rodzaju konflikty związane m.in. z ewolucją globalnego układu sił oraz wyczerpywaniem się obecnego modelu finansowo-gospodarczego opartego na zadłużaniu się. Wszystko to sprawia, że świat staje się coraz mniej przewidywalny, a ryzyko wystąpienia ekstremalnych sytuacji wzrasta.

Do czego obecna sytuacja może prowadzić? Otóż kształtowanie programów społeczno-gospodarczych „pod mentalność” określonych grup wyborców i polityka „liczy się tylko tu i teraz” – bez patrzenia na to co zostawi się w spuściźnie przyszłemu pokoleniu – może się już wkrótce okazać wyborem wędrówki po pustyni. W wędrówce uda się jeszcze na jakiś czas zachować mannę i przepiórki, ale dotarcie do obfitującej w mleko i miód Ziemi Obiecanej stanie pod dużym znakiem zapytania. By osiągnąć tę ostatnią – tzw. wejść do grona najlepiej rozwiniętych krajów świata – potrzeba kolejnych 30 lat średniorocznego wzrostu na poziomie ponad 3%. Przy tym jak dziś funkcjonuje sfera publiczna, w tym jak wygląda edukacja (ta podstawowa i wyższa) to nierealne. Co więcej przy słabych strukturach państwa grozi nam coraz większa uległość wobec sił zewnętrznych. Tym bardziej, że mentalność łatwo przenosi się z pokolenia na pokolenie! Pokazuje to zarówno nasza własna historia (droga do zaborów), jak też dzisiejsza rzeczywistość niektórych krajów (przywalona ciężarem długu Grecja realizująca politykę Brukseli).

Czy jesteśmy więc skazani na negatywny scenariusz? Jest pewna nadzieja. Choć społeczeństwa tu i teraz nie da się zmienić, a na czynniki międzynarodowe mamy znikomy wpływ, to jedną rzecz można zrobić. Chodzi o kwestie przywództwa – Polska potrzebuje pokoleniowej zmiany. Potrzebuje u władzy ludzi, którzy nie wyrośli w mentalności PRL-u, którzy nie są uwikłani w okrągłostołowe spory i różnego rodzaju układy, którzy stawiają na jedność społeczeństwa, a nie jego podział, którzy wreszcie lepiej niż obecni liderzy rozumieją dynamikę globalnych zmian. Dziś o przyszłości 20,30,40 latków decydują ugrupowania, na których czele stoją 50-70-cio latkowie! Wszyscy oni bardziej lub mniej świadomie tkwią mentalnie w PRL-u, a co najwyżej początkach transformacji. Ich czas powinien już minąć. 20-40-latkowie muszą wziąć przyszłość w swoje ręce! Wchodzić śmiało do polityki. Nie do ugrupowań i partii, które już są – tam w najlepszym razie przypadnie im miejsce w drugim czy trzecim szeregu, wykorzystani zostaną jako pożyteczna „przybudówka”, która szybko zostanie zindoktrynowana. MUSZĄ ZACZĄĆ TWORZYĆ NOWE! By tak się jednak stało kluczową kwestią jest to, by  przywiązywali wartość do indywidualnej WOLNOŚCI I ODPOWIEDZIALNOŚCI. Pytanie czy przywiązują?

Globalna przewaga dzięki edukacji

Staram się trzymać zasady, że nie wypowiadam się na tematy, którymi na co dzień się nie zajmuję. Tym jednak razem postanowiłem uczynić swego rodzaju wyjątek – pedagogiki i zagadnień związanych z edukacją wprawdzie nie studiowałem, ale od lat – ze względu na moje dzieci – stykam się dzień w dzień z funkcjonowaniem systemu oświaty i to właśnie te codzienne obserwacje skłoniły mnie do napisania niniejszego felietonu.

Kiedy przyglądam się funkcjonowaniu systemu edukacji w Polsce, to moją uwagę zwraca kilka kwestii. Przede wszystkim narastająca frustracja nauczycieli, która w głównej mierze jest związana z poziomem wynagrodzeń (szczególnie w ujęciu relatywnym – na tle szybkiego w ostatnich latach wzrostu płac w sektorze przedsiębiorstw), ale także z utratą poczucia bezpieczeństwa pracy w związku z trendami demograficznymi (o ile 10 lat temu osób w wieku 7-18 lat było w Polsce 5.5 mln, to obecnie jedynie 4.5 mln). Do tego wszystkiego dochodzą rosnące oczekiwania rodziców, którzy nie rzadko chcieliby widzieć w szkole nie tylko miejsce edukacji swoich dzieci, ale także zrzucić na placówki oświatowe pełną odpowiedzialność za ich wychowanie.

Inną cechą charakteryzującą nasz system edukacji jest rosnący stopień oderwania od otaczającej nas rzeczywistości. To w moim przekonaniu pochodna przestarzałych treści i metod nauczania, zupełnie nieprzystających do potrzeb XXI wieku. Szkoła koncentruje się na przekazywaniu wiedzy – często stosunkowo mało przydatnej – a zaniedbuje proces kształtowania określonych kompetencji. Jednym z głównych powodów takiej sytuacji jest standaryzacja „produktu” (usługi edukacyjnej), co idzie pod prąd ogólnemu trendowi by to co jest oferowane było w możliwie wysokim stopniu „szyte na miarę”, dostosowane do indywidualnych potrzeb i oczekiwań. To wystandaryzowanie edukacji występuje pomimo, że postęp w różnych dziedzinach wiedzy (pedagogice, psychologii, technologii, itd.) pozwala dziś na szybkie diagnozowanie i identyfikowanie wzorców uczenia się czy predyspozycji poszczególnych uczniów. Problem nie polega więc na tym, że edukacja jest specyficzna i, że w jej przypadku zindywidualizowanie nie jest możliwe, ale na tym, że nasza edukacja zupełnie z najnowszych zdobyczy nauki nie korzysta. Standaryzacja obejmuje także uposażenie kadry uczącej. Pomimo rozbudowanego systemu ocen nauczycieli – z czym związana jest olbrzymia sfera biurokracji – ostateczny ich wpływ na to, ile się faktycznie zarabia pozostaje niewielki.

Standaryzacja edukacji jest ściśle związana z jej centralizacją. Choć formalnie za większość szkół w Polsce odpowiadają samorządy, to w praktyce odnosi się to kwestii organizacyjno-finansowych. Z punktu widzenia kwestii merytorycznych cały system jest wysoce scentralizowany. Na zlecenie ministerstwa „tęgie głowy” wtłaczają otaczający nas świat i wiedzę o nim w tzw. ramy programowe, Odgórnie ustalane jest to co i jak powinno być w szkołach przekazywane. Ponieważ „tęgie głowy” dziś to w dużym procencie te same osoby co kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt lat temu, więc kreatywność w zakresie meritum ogranicza się z reguły do przesuwania poszczególnych bloków tematycznych z jednego poziomu do innego – np. w ramach tzw. reformy zamiast w 5 klasie uczy się danego zagadnienia w 6-tej.

Opisane powyżej cechy naszego systemu edukacji powodują, że brak w nim mechanizmów, które sprawiałyby że dobre pomysły i rozwiązania (w zakresie tego co i jak uczyć) miałyby szansę się przebić, wypłynąć. Co więcej w wysoce wystandaryzowanym modelu nie ma też bodźców (zwłaszcza finansowych), by do takich innowatorskich rozwiązań i treści w ogóle poszukiwać. To zła wiadomość. W dzisiejszym świecie – szybkiego postępu technologicznego, szybkich zmian społeczno/ekonomiczno/procesowych – edukacja staje się kluczem do sukcesu. To prawda, że na dzień dzisiejszy niewiele krajów ma pomysł na edukację XXI wieku, ale nie powinno to być dla nas żadne pocieszenie. Tym bardziej, że gdy inni przynajmniej poszukują nowych rozwiązań, my poprzez wprowadzane w ostatnich latach zmiany cofnęliśmy się wstecz. Sytuacja w edukacji to jedna z głównych niewykorzystywanych przez nas szans – dobry system edukacji mógłby być dla nas źródłem przewagi konkurencyjnej nad innymi krajami. Tymczasem wciąż nastawiony jest on na kształcenie setek tysięcy przyszłych „dokręcaczy śrubek”, a nie kadry dla kreatywnej i innowacyjnej gospodarki. Kadry które zapewniłyby sukces w cyfrowym świecie robotów, sztucznej inteligencji itd.

Czego więc potrzeba naszemu systemowi edukacji? Jest jedna uniwersalna recepta na wszystkie wspomniane wyżej bolączki – wprowadzenie tam gdzie się tylko da mechanizmów rynkowych i związana z tym decentralizacja. Jestem świadom tego, że edukacji nie można (i nie wolno) w pełni oddać we władanie „niewidzialnej ręki rynku”, ale dzisiejszy stan w Polsce jest drugim, bardzo szkodliwym ekstremum. Konkurencja jest przede wszystkim potrzebna na poziomie tworzenia programów i praktyk nauczania. W tym zakresie – poza ściśle zdefiniowanym faktycznym minimum programowym (takim „minimum minimum”) – powinna być możliwość niemalże dowolnego kształtowania programów, co do tzw. „twardej wiedzy” i miękkich kompetencji. Konkurencja potrzebna jest także na poziomie implementacji programów – tutaj kluczowi stają się nauczyciele. Ci, którzy są w stanie osiągać ponadprzeciętne wyniki powinni znacznie więcej od przeciętnej zarabiać. Nie uda się powyższych elementów zapewnić, jeśli pieniądze nie będą szły za uczniem – np. w formie bonu edukacyjnego.

Na terenach wiejskich i w małych miejscowościach wykreowanie warunków dla konkurencji może się na pierwszy rzut oka wydawać trudne. Tak jest jednak jedynie wówczas, jeśli patrzymy na szkołę w tradycyjny sposób, jako na gmach, rejonizację i nienaruszalny plan lekcji. Gdy tylko wyrwać się poza te – sztuczne w praktyce – ograniczenia, wówczas okaże się, że dla zapewnienia konkurencji można wykorzystać nowoczesne rozwiązania techniczne i organizacyjne. Do dyspozycji stoją dziś wideokonferencje czy e-learning. Można też organizować np. 2, 3 czy 5 dniowe sesje tematyczne związane z przyjazdem określnego nauczyciela, wykładowcy czy też zewnętrznej firmy zajmującej się przekazywaniem określonych treści. Równocześnie, jeśli tylko rodzice będą mieć przekonanie, że szkoła położona 15 czy 20 km od domu, ze względu na swą ofertę, stwarza ich dzieciom lepsze szanse na przyszłość, to z pewnością będą je tam dowozić. Edukacja może i powinna zaoferować znacznie więcej niż dziś. Trzeba tylko stworzyć ramy instytucjonalne dopuszczające nowe rozwiązania oraz wykreować bodźce do tego, by zarządcy szkół chcieli z tych rozwiązań korzystać. Innymi słowy potrzebne jest świeże spojrzenie na edukację w naszym kraju, a nie ciągłe kiszenie się w sosie tych samych, coraz bardziej nieprzystających do dzisiejszego świata rozwiązań.

Opublikowane: Parkiet, 28.04.2019

Trzeba podnieść firmom CIT

Tak, tak słowo „podnieść”, to nie drukarski chochlik. Tytuł właściwie odzwierciedla to, o czym chce napisać w niniejszym felietonie. Od razu też pragnę uspokoić, że nie mam zamiaru snuć czarnych scenariuszy odnośnie sytuacji budżetu w nadchodzących latach. Moją intencją jest wskazanie, że podatek CIT może i powinien zostać potraktowany jako narzędzie osiągnięcia kluczowego celu na najbliższe lata, przekształceń strukturalnych w sektorze przedsiębiorstw. Skala tych przekształceń zadecyduje o tym, czy kolejne dziesięciolecia będą dla naszej gospodarki czasem prosperity, czy też popadniemy w przeciętności. Ale po kolei.
Kilkakrotnie w przeszłości, w swoich felietonach (m.in. w „Stan podgorączkowy”, Parkiet 09.07.2016) wskazywałem na to, że w sytuacji malejącej podaży pracy – to bezpośrednia pochodna naszej demografii – firmy powinny dokonać radykalnej zmiany struktury wykorzystania czynników produkcji, zwiększenia roli aktywów trwałych, wiedzy/technologii i kapitału ludzkiego (wysokich kwalifikacji i wiedzy pracowników). Bez tego produktywność nie będzie rosła wystarczająco szybko, by kompensować malejące zatrudnienie, a stąd już prosta droga do niskiego potencjalnego tempa wzrostu PKB (poniżej 3%), trudności budżetowych itd.

Jak na razie proces dostosowań strukturalnych zachodzi w ograniczonej skali (pisałem o tym szerzej w „Strategia na przeczekanie”, 01.09.2018), a czasu już w zasadzie nie ma. Inwestycje krajowych firm prywatnych od 3 lat pozostają w stagnacji, pod względem nakładów na kapitał ludzki niezmiennie okupujemy ostatnie pozycje w UE, wydatki firm na B&R nieco drgnęły, ale i tak w ujęciu relatywnym – do PKB – pozostają na poziomie ½ unijnej średniej, która sama na tle globalnych liderów wygląda mizernie. Ten swego rodzaju marazm bywa różnie tłumaczony. Z reguły niepewnością, szczególnie tą wywołaną licznymi w ostatnich latach zmianami regulacyjno-podatkowymi. Czasem kwestiami sukcesji, innym znów razem….brakiem pracowników. Ja bym do tego dołożył jeszcze jeden, pewnie kontrowersyjny, ale moim zdaniem ważny czynnik. Firmom w Polsce powodzi się na tyle dobrze, że demotywuje je to do działania. Wspierana przez szczodre programy socjalne i fundusze unijne koniunktura sprawia, że w ostatnich latach sektor przedsiębiorstw osiągał wysokie rentowności (zwrot na kapitale jest ponad dwukrotnie wyższy od średniej unijnej), wartość zgromadzonych płynnych aktywów finansowych przekracza 300 mld złotych, a presja na konsolidację – która jest wprost proporcjonalna do poziomu konkurencji – pozostaje ograniczona. W tej sytuacji nie powinno dziwić, że wiele firm nie widzi przesłanek do tego by coś zmieniać. W efekcie wysokie zyski nie przekładają się – jak można by tego oczekiwać – na inwestycje. Na tle innych krajów regionu pozostają one niskie: w ostatnich latach stanowiły ok. 10% PKB przy średniej dla naszych sąsiadów na poziomie 14%. Także wyniki najnowszego badania Europejskiego Banku Inwestycyjnego („EIB Group survey on investment and investment finance”) wskazują, że strukturalnie rzecz biorąc inwestycje firm powinny być wyższe. Ponieważ nie są, od kilku lat nadwyżka generowanych w sektorze przedsiębiorstw oszczędności nad ich nakładami kapitałowymi sięga 100 mld złotych, a środki te – za pośrednictwem systemu finansowego – finansują znacznie mniej produktywne inwestycje sektora publicznego i gospodarstw domowych.

Ponieważ moim zdaniem grozi nam, że firmy prześpią czas zmian strukturalnych trzeb sięgnąć po bardziej radykalne środki i pobudzić falę dostosowań. W jaki sposób? Poprzez system podatkowy, znaczące podniesienie bazowej stawki podatku od dochodów (do co najmniej 25%) przy równoczesnym wprowadzeniu ulg inwestycyjnych. Trzeba do firm wysłać silny i jasny sygnał: podnieść im koszt „braku modernizacji”, tak by odczuły go już dziś a nie za kilka lat, gdy na dostosowania może być zbyt późno. Mam świadomość, że to propozycja kontrowersyjna. Po pierwsze idzie pod prąd obecnych trendów – w modzie jest (nie tylko u nas w kraju) obniżanie obciążeń podatkowych dla firm. Po drugie zmiana ta związana byłaby z większą złożonością systemu podatkowego, czego generalnie powinno się unikać. Po trzecie wreszcie poprzez mniejsze wypłaty z zysków uderzyłaby we właścicieli firm. Pomimo jednak tych zastrzeżeń – jak też jeszcze wielu innych możliwych do wyobrażenia – jest to moim zdaniem rozwiązanie pożądane. Mamy dziś sytuację wyjątkową – jeśli prześpimy „okno zmian”, to potem może być na nie za późno. Tych, którzy nie chcą się zmieniać wyższy CIT powinien skłonić do podjęcia decyzji o tym by wyjść z biznesu. W obecnych uwarunkowaniach koniunkturalnych będą go mogli jeszcze w miarę atrakcyjnie sprzedać. Za kilka lat może być to znacznie trudniejsze i zdecydowanie mniej opłacalne. Równocześnie dzięki takim transakcjom ci, którzy chcą się rozwijać uzyskają pożądane zasoby.

Na koniec jeszcze o inwestycjach, które powinny być objęte systemem ulg. Najbardziej oczywiste są wydatki na środki trwałe. W nowoczesnej, opartej na wiedzy gospodarce niezmiernie ważne są jednak także nakłady na badania i rozwój czy inwestycje w kapitał ludzki. Ten ostatni obszar wymaga szczególnej uwagi. W warunkach szybko zmieniającego się świata nieustanne podnoszenie kompetencji menedżerów i pracowników staje się kluczem do sukcesu. Tymczasem w Polsce sytuacja w tym względzie wygląda wręcz dramatycznie. Dla przykładu, zajmujemy 27 miejsce na 28 krajów UE (na bazie The Digital Economy and Society Index Komisji Europejskiej) w zakresie wykorzystywania przez firmy nowoczesnych rozwiązań cyfrowych, co same firmy tłumaczą bardzo często brakiem pracowników o odpowiednich kompetencjach. Równocześnie te same firmy deklarują, że w zdobycie przez pracowników takich kompetencji nie inwestują. To błędne koło. By z niego wyjść trzeba firmom stworzyć bodziec, by widziały w tego typu nakładach nie tylko długofalowy, ale też szybki zysk. Inna sprawa, że równolegle potrzebujemy dobrych programów kształcenia ustawicznego. Powinno to być pole do popisu dla uczelni wyższych – w sytuacji malejącej liczby studentów (na przestrzeni 10 lat ich liczba spadła o blisko 700 tys.) dla wielu z nich stwarzałoby to szansę na „drugie życie”, ale to już wątek na zupełnie inny felieton.

Opublikowane: Parkiet, 15.04.2019

Fundamentalna słabość Europy

Niedawno miałem okazję brać udział w dyskusji zorganizowanej przez Europejski Bank Inwestycyjny oraz NBP nt perspektyw wzrostu gospodarczego w Europie. Poniżej kilka przemyśleń, którymi starałem się podzielić.

  • W kontekście różnorodnych szacunków potencjalnego wzrostu w Europie na poziomie 0-1%, ostatnie 2-3 lata dobrej koniunktury wydają się być wyjątkiem raczej niż sygnałem trwałej poprawy sytuacji. W tym kontekście kluczowe staje się pytanie, dlaczego Europa nie jest w stanie wyrwać się z długotrwałego marazmu. Przez ostatni 10 lat średnioroczne tempo wzrostu gospodarczego w UE wynosiło zaledwie 0.9%. Pod tym względem UE udało się pobić nawet Japonię, kraj który przez lata uchodził za synonim problemów gospodarczych i słabego wzrostu (po pęknięciu w 1992 r. bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości i giełdzie wzrost gospodarczy w kolejnych dziesięciu latach wyniósł średnio 1%).
  • W moim przekonaniu u podstaw problemów leży niewłaściwa konstrukcja instytucjonalna Europy, a konkretnie strefy euro. Każdy wie, że nie stanowi ona optymalnego obszaru walutowego, jednocześnie jednak przez minione 10 lat niewiele zrobiono by tę sytuację zmienić. Wprowadzono wprawdzie pewne nowe rozwiązania (jak np. fundusze pomocowe czy elementy unii bankowej), ale o ile są one w stanie zapewnić “techniczną wypłacalność” strefy euro, to nie są wystarczające do tego by wszystkie obszary strefy mogły się rozwijać. Dla zapewnienia tego ostatniego niezbędne jest bowiem przeprowadzenie głębokich zmian strukturalnych (wspieranych przez budżet centralny strefy euro) oraz restrukturyzacja zbyt wysokich w wielu krajach długów. Tak długo jak tych rozwiązań brakuje uchylone pozostają drzwi dla alternatywnego scenariusza, w którym w pewnym momencie w czasie może nastąpić rezygnacja z projektu wspólnej waluty, przynajmniej przez niektórych jej członków. Taka sytuacja przekłada się na podwyższony poziom niepewności, co z kolei odbija się na procesach inwestycyjnych.
  • To jednak nie wszystko. Ponieważ problemy słabszych ogniw strefy euro pozostają nierozwiązane, zmusza to Europejski Bank Centralny do utrzymywania ich wypłacalności poprzez ekspansywną politykę monetarną. W efekcie stopy procentowe pozostają w Europie „za niskie, zbyt długo”. Taka sytuacja rodzi zawsze koszt w postaci rosnącej penetracji w gospodarce tzw. firm zombie (które normalnie powinny upaść, ale tani pieniądz utrzymuje je sztucznie przy życiu). Jak wskazują na to dane Banku Rozrachunków Międzynarodowych i OECD odsetek tego typu firm w strukturze sektora przedsiębiorstw rośnie. Jest to wyraźny sygnał, że procesy twórczej destrukcji nie zachodzą w gospodarce w takiej skali jak powinny, co z kolei prowadzi do niewłaściwej alokacji kapitału. Kapitał i zasoby nie są w stanie przepływać do efektywnych firm, ograniczając tym samym ich rozwój. Końcowym rezultatem jest wolne tempo wzrostu produktywności, przekładające się na wolne tempo wzrostu PKB.
  • Jak by jednak tego wszystkiego było mało, brak rozwiązania problemu pierwszego rzędu (jakim jest nieoptymalny kształt strefy euro) tworzy środowisko, w którym bardzo łatwo rodzą się kolejne problemy. Takimi problemami są Brexit (reakcja Brytyjczyków na nieporadność europejskich struktur) oraz narastający populizm. W efekcie strefa euro (a wraz z nią cała UE) znajduje się w swego rodzaju „kręgu niemożliwości”, rodzącym coraz to nowe negatywne wydarzenia. Przerwanie tego kręgu jest bardzo trudne, ponieważ wymaga porozumienia rządów aż 19 krajów. Każdy z nich znajduje się nieco odmiennej sytuacji i stara się bronić swoich własnych interesów (w końcu odpowiada przed lokalnymi, a nie europejskimi wyborcami).
  • Powyższe implikuje moim zdaniem, że dopiero kolejny poważny kryzys może doprowadzić do bardziej zdecydowanych działań i zmian. Tymczasem postępować będzie pełzająca marginalizacja roli Europy w świecie.

Rok Świętego Mikołaja

Wprawdzie do Mikołajek pozostało jeszcze sporo czasu, ale w bieżącym roku w naszym kraju na prezenty nie trzeba będzie czekać aż do 6 grudnia. Już dziś bowiem wiemy, że tegoroczna kampania wyborcza będzie jedną z najbardziej hojnych dla elektoratu w dziejach naszej demokracji – choć wybory do parlamentu dopiero jesienią, to licytacja ugrupowań politycznych na obietnice trwa w najlepsze już od kilku miesięcy. Nim pójdziemy do urn wyborczych uda się z pewnością jeszcze wiele obiecać, a w części pewnie nawet zrealizować.

Z pewnością wpływ na hojność polityków miała dobra ostatnimi czasy koniunktura. Wzrost gospodarczy na poziomie 4-5% dodaje odwagi – w takich warunkach budżet łatwiej się „spina”, łatwiej więc kreuje się nowe wydatki. Taka perspektywa pomija jednak kilka istotnych faktów.

Po pierwsze od strony podażowej relatywnie silny wzrost gospodarczy jaki mieliśmy w ostatnich latach był możliwy dzięki wykorzystaniu ostatnich dostępnych rezerw (spadek stopy bezrobocia – obecnie jest ona jedną z najniższych w UE) i zwiększeniu zaangażowania zasobów obcych (import pracowników z Ukrainy, ale ich napływ w ostatnim czasie wyhamował). „Normalny” wzrost jest u nas szacowany na 3-3.5%, a i ten poziom wymaga wzrostu zasobów kapitałowych – aktywów wytwórczych w postaci budynków, maszyn, środków transportu itd. Tymczasem o procesach inwestycyjnych w polskiej gospodarce zbyt wiele dobrego powiedzieć się nie da. Od 2015 r. stopa inwestycji (ich relacja do PKB) spadała, by w 2017 r. osiągnąć najniższy poziom od 11 lat. Szczególnie martwi niski poziom najbardziej istotnych dla gospodarki nakładów inwestycyjnych firm – w 2017 r. ich relacja do PKB spadła poniżej 10% przy ponad 12% w „starej” UE i średnio ponad 14% w unijnych krajach naszego regionu. W 2018 było tylko nieco lepiej, a wiele wskazuje na to że także bieżący rok nie przyniesie inwestycyjnego przełomu. W sytuacji pojawiających się ograniczeń podażowych, napędzany przez wydatki socjalne konsumpcyjny boom będzie w coraz mniejszym stopniu rodził korzyści dla gospodarki – coraz większa część popytu na towary zaspokajana będzie przez import, a w przypadku lokalnych ze swej natury usług wyższy popyt przekładał się będzie w coraz większym stopniu na ich wyższe ceny, a nie na wolumeny.

Druga istotna kwestia jest związana z wysoką wrażliwością naszych finansów publicznych na stan koniunktury. Swego czasu opisywałem to zjawisko na przykładzie porównania do dziurawego dachu („Przeciekający dach”, Parkiet 24.07.2013). Gdy świeci słońce – panuje dobra koniunktura – fakt że dach jest dziurawy specjalnie nie przeszkadza. Inaczej jest jednak gdy zaczyna padać deszcz – koniunktura się pogarsza – wówczas dziury w dachu dają o sobie znać. Ostatnie lata słonecznej pogody zostały wprawdzie wykorzystane na to by część dziur załatać (poprawa ściągalności podatków), ale silny wzrost sztywnych wydatków socjalnych to jak wybijanie wielu nowych.

Po trzecie wreszcie polityka społeczno-gospodarcza, to polityka wyborów. Jeśli politycy koncentrują się na kwestiach socjalnych, to siłą rzeczy nierozwiązane pozostają ważne kwestie rozwojowe. Zmiany w tak ważnych obszarach jak chociażby niedoinwestowana służba zdrowia, armia, bezpieczeństwo wewnętrzne itd. przypominają w tej sytuacji raczej mieszanie gorzkiej herbaty niż dodawanie do niej cukru.

Można oczywiście powiedzieć, że już przy okazji ostatnich wyborów mieliśmy do czynienia z rozdawnictwem i nic złego się nie stało. Tylko na pozór. Po pierwsze jak dziś wyraźnie widać uruchomiona została spirala licytacji obietnic, z której naszemu krajowi trudno będzie się wyrwać. Po drugie trzeba pamiętać, że procesy gospodarcze z reguły nie mają charakteru laserowych cięć, po których widać natychmiastowe skutki. Złe polityki są bardziej jak rdza – ich konsekwencji nie widać od razu, ale poprzez erozję podstawowych mechanizmów gospodarczych prowadzą z czasem do problemów. Ta erozja polega na zniekształcaniu sygnałów i bodźców wysyłanych na poziom mikro (poszczególnych gospodarstw i firm). Dotyczą one np. relatywnej „opłacalności” podejmowania wysiłku pracy w stosunku do nic nie robienia (życia opartego na „budżecie”). Gdy tych, którzy mogą (przedwcześni emeryci) lub nie chcą (ze względu na szczodrość systemu socjalnego) pracować pojawia się zbyt dużo w relacji do tych, którzy generują dochody wówczas cała gospodarcza piramida zaczyna trzeszczeć. Pracujący i pracodawcy są bowiem nadmiernie obciążeni (wydatki socjalne ktoś musi przecież finansować), co działa na nich demotywująco lub wręcz przeciwnie – mobilizuje, tyle tylko że do przeniesienia się ze swą aktywnością gdzie indziej. Należy liczyć się z tym, że niekorzystne trendy wywołane złym ukierunkowaniem bodźców będą u nas narastać – w kolejnych latach bowiem na koszty składanych dziś wyborczych obietnic będą się nakładać coraz to większe ciężary wynikające z tych już obecnie realizowanych (np. skrócenia wieku emerytalnego).

Reasumując, eskalacja populistycznych obietnic i marginalizacja w programach wyborczych w zasadzie wszystkich znaczących ugrupowań politycznych elementów pro-rozwojowych to zły sygnał dla społeczeństwa i gospodarki. Owszem przez kilka lat polityka rosnących wydatków socjalnych może wspierać wzrost, ale równocześnie w mechanizmy gospodarcze wdziera się rdza. To ona sprawia, że średnio- i długofalowe skutki populizmu są zawsze negatywne i nie ma na świecie przykładu kraju, któremu taka polityka zapewniłaby trwały dobrobyt (ostatnich dowodów że tak jest dostarczają chociażby Grecja i Brazylia). Nadzieja w tym, że nasze doświadczone różnymi okolicznościami społeczeństwo nie da się tak łatwo „kupić”, choć z drugiej strony nie da się ukryć, że pokusa wiary w Świętego Mikołaja, który przynosiłby prezenty przez cały rok jest z pewnością duża.

Opublikowane: Parkiet, 11.03.2019

Postawmy u nas pierwszą Fabrykę 4.0!

Jednym z głównych tematów tegorocznego szczytu w Davos był rozwój Gospodarki 4.0, w tym w szczególności przekształcenia w przemyśle – ewolucja w kierunku tzw. Przemysłu 4.0. Dla Polski to bardzo istotne zagadnienie. Należymy do stosunkowo nielicznej grupy krajów świata, które dobrze radziły sobie w ramach dotychczasowego modelu wytwarzania – byliśmy beneficjentami relokacji produkcji do tzw. „tańszych lokalizacji”, w konsekwencji przy globalnym spadku udziału wartości dodanej przetwórstwa przemysłowego w PKB, u nas udział ten rósł (w ostatnich 10 latach o blisko 5 p.p.). Rozwój przemysłu przełożył się także na znaczącą poprawę salda handlowego – z importera netto staliśmy się eksporterem.
Sukces osiągnięty w minionych latach nie może nas jednak doprowadzić do tego by spocząć na laurach – w przypadku zachodzącej właśnie rewolucji przemysłowej „dryf” jest najgorszą z możliwych opcji. Ewolucja globalnych procesów wytwarzania w kierunku Przemysłu 4.0 może prowadzić do stopniowej utraty przez nasz kraj międzynarodowej konkurencyjności. Wynika to z faktu, że Przemysł 4.0 prowadzi do przedefiniowania kryteriów inwestycyjnych – spada znaczenie niskich kosztów pracy, rośnie natomiast znaczenie wysokich kwalifikacji pracowników, tanich/niezawodnych źródeł energii oraz jakości otoczenia biznesowego. Dzięki automatyzacji w niektórych gałęziach przemysłu opłacalny staje się re-shoring (powrót fabryk do bogatszych krajów), a tym którzy prześpią zachodzące właśnie zmiany grozi wypadnięcie (na skutek braku kompatybilności) z globalnych łańcuchów tworzenia wartości.

W kontekście wymagań jakie stawia Przemysł 4.0 niepokoi fakt niskiego przeciętnie zaawansowania technologicznego polskich fabryk, niski poziom nakładów na badania i rozwój oraz niski poziom wysycenia rozwiązaniami teleinformatycznymi (szczególnie w średnich i małych firmach). Ograniczony poziom gotowości na „Przemysł 4.0” potwierdzają międzynarodowe rankingi i porównania – indeks cyfryzacji gospodarki McKinsey&Co, indeks firmy Roland Berger czy też indeks Duńskiego Instytutu Przemysłowego wskazują, że pod względem tego przygotowania plasujemy się dziś na granicy drugiej i trzeciej dziesiątki unijnych krajów.

Biorąc pod uwagę przedstawione powyżej fakty – tj. duże znaczenie przemysłu w polskiej gospodarce, ale równocześnie ogólnie niski poziom jego zaawansowania oraz rewolucyjny charakter zachodzących globalnie zmian – potrzebujemy mocnego „popchnięcia” naszej gospodarki na drodze do Przemysłu 4.0. Mogłaby temu służyć inicjatywa/projekt współfinansowany z funduszy publicznych zbudowania pierwszej w Europie Środkowo-Wschodniej Fabryki 4.0. Takie „ćwiczenie” – wykonane najlepiej we współpracy z którymś z globalnych koncernów – pozwoliłoby przetestować istniejące u nas rozwiązania regulacyjne, infrastrukturę (w szczególności tele-informatyczną), systemy logistyczne itd. Wiadomo bowiem nie od dziś, że podstawą sukcesu w dobie Przemysłu 4.0 będzie jakość otoczenia. Nie dowiemy się, gdzie i jakie istnieją w nim luki, tak długo jak tego w praktyce nie przetestujemy. Zamiast więc o Przemyśle 4.0 dywagować, lepiej po prostu go u nas stworzyć! Gdy okaże się że można, to za pierwszą Fabryką 4.0 bardzo szybko powstaną kolejne.

Opublikowane: Parkiet, 11.02.2019

Nowy fundament?

Zaczął się nowy, 2019 rok. Rok wielu symbolicznych rocznic, w tym m.in.: 30-lecia zmian ustrojowych w naszym kraju, 20-lecia członkostwa Polski w NATO, 15-lecia przystąpienia do Unii Europejskiej. W dużej mierze to właśnie na tej triadzie zasadzały się fundamenty rozwoju Polski w minionych 30 latach oraz jej funkcjonowanie w świecie. Nie da się jednak ukryć, że te fundamenty są dziś poważnie nadwyrężone. Obrany w latach 90-tych minionego wieku model liberalnej demokracji został przez część społeczeństwa w ostatnich latach zakwestionowany. Unia Europejska po dziesięcioleciach ekspansji będzie (prawdopodobnie) w 2019 r. świadkiem wyjścia jednego z krajów, a majowe wybory do Parlamentu Europejskiego mogą znacząco wzmocnić frakcję tych, którzy w mniej lub bardziej otwarty sposób podważają sens dalszego istnienia UE. W kontekście NATO rosną obawy, że coraz bardziej „luźny” stosunek do tego paktu ze strony kluczowego członka – USA – może doprowadzić do erozji całego systemu bezpieczeństwa w świecie, w tym w Europie.
W tej sytuacji rodzi się pytanie o to, czy jako kraj powinniśmy się starać położyć nowy fundament pod funkcjonowanie w nadchodzących dziesięcioleciach, czy też może poszukiwać sposobu wzmocnienia obecnych fundamentów? Jeśli mielibyśmy kłaść nowy fundament to naturalne staje się z kolei pytanie o to, co miałoby go stanowić? W kontekście polityki społeczno-gospodarczej dla niektórych taką alternatywą wydaje się być narastający powszechnie etatyzm. Jednak czy na dłuższą metę może on zdać egzamin? Trudno znaleźć jakieś racjonalne argumenty za taką tezą. Nasze własne doświadczenia epoki socjalizmu i wcześniejszych wysiłków modernizacyjnych wskazują jednoznacznie, że to ślepa droga. Wbrew twierdzeniom niektórych także sukces Chin – oparty w dużej mierze na etatyzmie – nie stanowi dowodu na to, że jest to dla nas realna alternatywa. Inne są u nas uwarunkowania społeczno-kulturowe, gospodarka jest otwarta (nie da się, jak miało to miejsce przez dziesięciolecia w Chinach, regulacyjnie ograniczyć konkurencji), a poza tym obecne tempo postępu technologicznego jest zbyt wysokie, by zbiurokratyzowane struktury mogły skutecznie kierować procesem innowacyjności (będącego dziś kluczem do globalnego sukcesu). Na dłuższą metę etatyzm uruchamia mechanizmy samodestrukcji gospodarki. Są one pochodną nepotyzmu, presji na nieuzasadnione renty czy też regulacyjnego (lub quazi-regulacyjnego) dążenia do ochrony lub uprzywilejowania pozycji państwowych firm/instytucji. Makroekonomiczną konsekwencją tych procesów jest stopniowa utrata międzynarodowej konkurencyjności gospodarki, narastanie deficytów, pojawienie się kryzysów i marginalizacja.
Drugi fundament – członkostwo w Unii Europejskiej – nie ma realnej alternatywy z bardzo prozaicznego powodu: naszej lokalizacji geograficznej. W konsekwencji nasz kraj gospodarczo zawsze będzie grawitował w kierunku najbardziej naturalnych dla niego rynków zachodnioeuropejskich. Warto przy tym przypomnieć, że UE to jeden z dwóch (obok USA) największych rynków konsumenckich w świecie (o wartości ok. 12 bilionów euro, 23% globalnej konsumpcji), więc nie bez powodu jest tam kierowane 80% naszego eksportu. O roli UE dla naszej gospodarki decyduje nie tylko potencjał tego rynku, ale także brak formalnych barier (cła, instrumenty pozataryfowe, jednolite zasady i procedury) w dostępie do niego wynikający właśnie z członkostwa w Unii.
Także w kontekście obronności brak jest realnych alternatyw dla NATO, zarówno w zakresie potencjału militarnego, jak też zdolności operacyjnych.
Reasumując, wydaje się, że szukanie nowego „zakorzenienia” dla naszego funkcjonowania w świecie to niepotrzebna strata czasu. Powinniśmy raczej zadbać o odnowienie fundamentów, które już są. W odniesieniu do stosunków społeczno-gospodarczych w praktyce oznacza to pełną implementację zapisanej w konstytucji idei społecznej gospodarki rynkowej – to mechanizmy rynkowe a nie działania urzędników muszą nadawać ton w gospodarce, czemu towarzyszyć powinny: mądra regulacja oraz mechanizmy zapewniające, że benefity prowadzonej działalności biznesowej są sprawiedliwie dzielone pomiędzy właścicieli kapitału i pracy.
W ramach UE powinniśmy wspierać działania mające na celu uzdrowienie tejże organizacji. W tym względzie największym problemem wydaje się funkcjonowanie strefy euro, która nie spełnia warunków jednolitego obszaru walutowego, co poważnie ciąży na jej rozwoju. Ponieważ scenariusz federacji jest dziś mało prawdopodobny potrzebny jest mechanizm umożliwiający potencjalne wyjście ze strefy przy pozostaniu członkiem Unii. Żaden kraj, który jest dziś w strefie nie może czuć się jej więźniem – swego rodzaju „przymusowa” obecność jej obecnych członków wzmacniania siły populistyczne w niektórych krajach UE.
W odniesieniu do NATO postulowana przez USA większa solidarność ponoszeniu kosztów funkcjonowania struktur tej organizacji jest racjonalna. Nie ma się co obrażać na to, że po latach „jazdy na gapę” przez niektóre kraje członkowskie amerykanie chcą to zmienić. Oczywiście finanse to nie jedyny problem paktu, ale czas nowej „zimnej wojny” z jaką coraz bardziej mamy do czynienia powinien zostać wykorzystany do odbudowania jedności jego członków także w wielu innych obszarach.

 

Opublikowany: Parkiet, 14.01.2019

Czas na polskie „Mesas Ejecutivas”

Wiele krajów świata – w tym Polska – posiada strategie gospodarcze, które mają zapewnić im sukces w zglobalizowanej gospodarce. Słabością tego typu dokumentów jest jednak to, że z reguły nie mają one (i nie powinny mieć) charakteru operacyjnego. Poza tym, ponieważ świat dynamicznie się zmienia, sporo elementów z wieloletnich ze swej natury strategii dość szybko się dezaktualizuje. W tej sytuacji w niektórych krajach poszukuje się różnorakich narzędzi, które stanowiłyby uzupełnienie dla strategii. Narzędzi, które pozwalałyby w bardziej elastyczny sposób odpowiadać na rodzące się kwestie i problemy.

Na poziomie polityk i działań sektorowych przykładem tego typu narzędzia są tzw. „Mesas Ejecutivas”. To swego rodzaju „organy zarządcze” na poziomie branż/sektorów. Funkcjonują one w formule okrągłego stołu, skupiając przedstawicieli wszystkich stron: prezesów firm z branży i/lub stowarzyszeń branżowych, wysokich oficjeli ministerstw i urzędów merytorycznie oddziałujących na funkcjonowanie sektora, czasami także przedstawicieli nauki, itd. Nazwa Mesas Ejecutivas wywodzi się z Peru, gdzie narzędzie to zostało zdefiniowane i po raz pierwszy wykorzystane. Dziś jednak z powodzeniem stosują je także inne kraje.

Podstawowym zadaniem mesas jest rozwiązywanie kwestii związanych z tzw. „niedoskonałościami koordynacji”. Na czym one polegają? Otóż funkcjonowaniu każdej branży towarzyszy z reguły powstawanie różnorakich problemów pojawiających się bądź to na styku z obiorcami, bądź z dostawcami czy też – i to jest najczęstszy przypadek – z twórcami otoczenia regulacyjnego (rząd, branżowi regulatorzy itp.). Nie to stanowi jednak główne wyzwanie – problemy są permanentnym elementem funkcjonowania w biznesie. Poważne wyzwanie pojawia się wówczas, gdy przez dłuższy czas problemy nie są rozwiązywane. Sytuacja taka ma miejsce z różnych powodów: braku odpowiednich kanałów komunikacji, braku woli, sprzeczności interesów itp. Na poziomie całej gospodarki taki stan przekłada się na utracone szanse; mniejsze niż mogłyby być inwestycje, wzrost gospodarczy, zatrudnienie, eksport itd.

Mesas Ejecutivas koncentrują się na kluczowych zagadnieniach, stanowiących wąskie gardła rozwoju danej branży. Dotychczasowa praktyka wskazuje, że pomagają we wzajemnym zrozumieniu interesów różnych stron. Przyspieszają także rozwiązywanie poszczególnych problemów, szczególnie tych o charakterze regulacyjno-instytucjonalnym – biorący udział w mesas przedstawiciele rządu czują się współodpowiedzialni nie tylko za znalezienie właściwych rozwiązań, ale także ich wdrożenie. Tym bardziej, że zadaniem mesas jest także monitorowanie implementacji.

Wydaje się, że także w Polsce tego typu instytucja mogłaby z powodzeniem znaleźć zastosowanie. Pierwszym kandydatem branżowym dla powołania Mesas Ejecutivas wydaje się być budownictwo. To bardzo znaczący w naszej gospodarce sektor, odpowiadający za ponad 7% wartości dodanej, obejmujący blisko 300 tys. aktywnych firm i dający zatrudnienie setkom tysięcy osób. Ze swej natury ma on charakter cykliczny (okresy wzmożonych i ograniczonych wydatków). Nie to jest jednak największym problemem w naszym kraju. Jest nim natomiast fakt, że ze względu na istniejące od lat rozwiązania instytucjonalno-regulacyjne (kryteria przetargowe, kwestie indeksowania kontraktów, spiętrzenia zamówień itd.) nawet w okresach dobrej koniunktury, gdy wartość realizowanych robót osiąga wielkość 200 mld złotych, firmom z branży budowlanej trudno jest osiągać godziwe zyski. Tym samym trudno jest im inwestować w swoją przyszłość, być źródłem stabilnego zatrudnienia itd.

Polskie Mesas Ejecutivas sektora budowlanego mogłyby przyczynić się do wypracowania takich rozwiązań instytucjonalno-regulacyjnych, które w czasie boomu infrastrukturalnego tworzyłyby warunki do kreowania w Polsce silnych, posiadających szerokie kompetencje firm budowlanych. Firm zdolnych do realizowania największych projektów nie tylko w Polsce, ale także za granicą (co stabilizowałoby ich sytuację w średnim i długim okresie). Na razie, zamiast kreowania Pan-europejskich liderów mamy nieustającą walkę o przetrwanie.

Page 1 of 5

Powered by THE NEW LOOK