Czy Trump jest w stanie rozwiązać problem Ameryki?
 Oceń wpis
   

By pokusić się o odpowiedź na postawione w tytule pytanie trzeba najpierw ten problem zdefiniować. W tym miejscu napotykamy na pierwsze poważne wyzwanie, bo od diagnoz odnoszących się do tego co się obecnie w Ameryce dzieje aż się roi. W niniejszym tekście odnosił się będę do tej, która do mnie osobiście przemawia najbardziej. Nawiązuje ona do pojęcia społeczeństwa „włączającego”, takiego które stwarza atrakcyjne szanse rozwojowe odpowiednio szerokim grupom. W myśl tej diagnozy Ameryka zatraciła tę cechę, czego wyrazem jest kurczenie się i swego rodzaju przedefiniowanie amerykańskiej klasy średniej, a wraz z tym narastające społeczne niezadowolenie.

Idąc dalej wytyczonym powyżej tropem ludzie są zadowoleni, tak długo jak mają przeświadczenie, że to co się z nimi dzieje (w kontekście ich własnego rozwoju i sytuacji ekonomicznej) pozwala im być „w głównym nurcie”, że ich sytuacja w stosunku do grupy referencyjnej (grupy do której się odnoszą, aspirują) nie pogarsza się, a najlepiej jak się poprawia. Innymi słowy, że mogą czuć się wygrani.

Przy tak zdefiniowanym zadowoleniu jednostek zapewnienie krajowi (społeczeństwu) trwałego rozwoju wymaga – w warunkach demokracji - spełnienia w zasadzie jednego warunku. Otóż demokratyczne społeczeństwo podąża pro-rozwojową ścieżką tak długo, jak grupa tych którzy mają poczucie przynależności do „wygranych” jest na tyle szeroka, aby zapewnić określone wybory polityczne, tzn. powierzać władzę tym, którzy unikają ekonomicznych eksperymentów (sięgania po populistyczne rozwiązania) i trzymają się pewnych (na ogół zdroworozsądkowych) kanonów, zapewniając podstawowe elementy otoczenia biznesowego takie jak: państwo prawa, stabilność fiskalna czy wolność ekonomiczna.

Warto jeszcze zauważyć, jak ważne jest przyjęte we wcześniejszym akapicie zastrzeżenia o systemie demokratycznym. W systemach totalitarnych albo nie ma troski o szczęście jednostki (nie bierze się go pod uwagę), albo realizowana jest polityka uszczęśliwiania na siłę (tzn. według wizji szczęścia wyznawanej przez dyktatora).

W minionych dziesięcioleciach w poszczególnych krajach rozwiniętych zapewnienie istnienia tej szerokiej grupy wygranych zapewniane było w różnoraki sposób. W USA poprzez efektywne funkcjonowanie zasady „równości szans” – nie ważne skąd pochodzisz także w twoim przypadku, jeśli tylko będziesz chciał ciężko pracować, może się zmaterializować „American dream”. W Niemczech z kolei mechanizm tworzenia szerokiej awangardy był (i wciąż jest) inny, oparty na rozwiązaniach instytucjonalnych, które mają zapewnić swego rodzaju „ciągnięcie” (w kontekście dochodów, statusu) szerokiej części społeczeństwa w górę (pisałem o tym w „Daleko nam do niemieckiego modelu gospodarki”). Jeszcze inaczej wygląda to w Skandynawii, gdzie króluje kreatywny korporacjonizm (więcej na ten temat w „Jeśli nie (neo)liberalizm to co?”)

Powracając do definicji amerykańskiego problemu. Jak już zostało to powiedziane polega on na rosnącym wykluczeniu, innymi słowy na stopniowej erozji grupy tych, którzy postrzegają się jako „wygrani”. W efekcie przewagę zdobywają osoby niezadowolone, co w polityce zaczyna przekładać się na radykalne deklaracje, radykalne wybory (patrz Trump), a za chwilę być może także radykalne działania.

Można wskazać co najmniej kilka czynników, które na tę erozję mają wpływ. Pierwszym z nich jest bez wątpienia proces globalizacji. Szerokie otwarcie krajów rozwiniętych na bezpośrednią konkurencję z krajami rozwijającymi doprowadziło do transferu wielu miejsc pracy do tych ostatnich. Globalizacja (a wraz  z nią relokacja produkcji) pozwoliła ominąć misternie budowane przez lata systemy ochrony pracowników w krajach rozwiniętych oraz radykalnie ograniczyła ich siłę przetargową wobec pracodawców. Oczywiście także ci pracownicy odnosili korzyści z globalizacji – np. mogąc kupować tanie towary z Chin  - tyle tylko, że liczy się efekt netto. Jeśli wzrost siły nabywczej związany ze spadkiem cen jest wolniejszy niż utrata siły nabywczej w skutek spadku dochodów (w skrajnym przypadku utraty tych dochodów w ogóle) odczucie wykluczenia szybko się pogłębia.

Do tego dochodzi inny aspekt -  w warunkach globalizacji szybciej postępuje różnicowanie dochodowe społeczeństwa. Dzieje się tak dlatego, że globalizacja prowadzi na poziomie krajów do specjalizacji – każdy specjalizuje się w tych aktywnościach, w których posiada tzw. przewagi komparatywne (związane z relatywnym bogactwem zasobów tj. praca, kapitał czy wiedza). W ramach tej specjalizacji w krajach rozwiniętych pozostają i rozwijają się aktywności wymagające z reguły wyższych kwalifikacji. To co jest stosunkowo proste jest bowiem relokowane do „tańszych krajów”.  W tej sytuacji by osiągnąć sukces (być w grupie wygranych) nie wystarczy już tylko chcieć pracować ciężko. Trzeba też mieć coraz to większe predyspozycje i wyższe kwalifikacje. Wiele osób tym kryteriom nie jest w stanie (czasami nie chce) sprostać.  

To wszystko co napisałem powyżej jest jeszcze potęgowane przez inny proces, proces postępu technologicznego prowadzący do dwóch istotnych efektów. Po pierwsze do automatyzacji produkcji – zastępowania coraz to szerszego zakresu czynności pracą maszyn i robotów (pisałem o tym w „Konsekwencje mikro globalnego kryzysu”). Sprawia ona, że globalnie jesteśmy w stanie wyprodukować coraz to więcej różnego rodzaju dóbr, przy zaangażowaniu coraz mniejszej ilości ludzi. W efekcie podaż (zwłaszcza produkcja przemysłowa) przestaje tworzyć wystarczający popyt, którego podstawowym źródłem zawsze w przeszłości były dochody pracowników uzyskiwane z pracy przy wytwarzaniu dóbr.

Po drugie postęp technologiczny prowadzi do zmiany struktury gospodarki. Można by o nich wiele pisać, ale w tym miejscu chodzi jedynie o zarysowanie istotny tej zmiany – polega ona na tym, że nowe modele biznesowe coraz częściej nie sprzyjają zapewnianiu solidnych dochodów szerokim grupom społeczeństwa. Klasycznym przykładem są liderzy nowej gospodarki, serwisy typu google czy facebook – generują one olbrzymie dochody niewielkiej grupie osób (głównych udziałowców) oraz solidne kilku tysiącom innych (zatrudnionych w tych firmach), podczas gdy kilkadziesiąt lat temu (w czasach industrializacji) największe firmy przemysłowe były w stanie dawać dobrze płatną pracę nawet setkom-tysięcy ludzi.

W tej sytuacji w Ameryce coraz mniejszej liczbie osób udaje się zrealizować „American dream”. Przez pewien czas starano się ten problem „zamaskować” poprzez ułatwiony dostęp społeczeństwa do kredytu (zwłaszcza mieszkaniowego). Tyle tylko, że każdy proces zadłużenia kiedyś osiąga swój kres.

Wracając na koniec do Trumpa. Czy jest on w stanie zaadresować wyzwanie przed którym stoi Ameryka?  Nie. Jego program może wprawdzie zastymulować (kosztem narastającego długu publicznego) mały cykl wzrostowy (pisałem o tym w „Czy Trump okaże się nowym Reaganem?”), a więc tworzenie miejsc pracy. Ale to nie o miejsca jako takie chodzi. Tych aż tak bardzo w USA nie brakuje. Chodzi o jakość tych miejsc, a w tym zakresie polityka proponowana przez Trumpa niewiele zmieni. Nawet jeśli jego zapowiedzi protekcjonizmu się w jakiejś mierze zmaterializują, a przez to wzmocni się (i tak już widoczny) trend do przenoszenia produkcji z powrotem do USA, to niewiele to zmieni. Powstaną bowiem w pełni zrobotyzowane fabryki, w których dobrze płatnej pracy będzie wciąż jak na lekarstwo.  Reasumując, polityka Trumpa nie spowoduje odwrócenia procesu „zwijania” się rzeszy tych, którzy mogą uznawać się za wygranych. Może ten proces spowolnić, może na chwilę zatrzymać, ale nie odwrócić.

Wyborcy Trumpa prędzej czy później zorientują się, że nie ma on recepty na ich problem. Tym samym  Ameryka nie uniknie bolesnego procesu wypracowywania nowego ładu społeczno-gospodarczo-politycznego. Im szybciej uda się go znaleźć, im szybciej powstanie nowy (odpowiadający obecnej globalnej rzeczywistości) sposób budowania szerokiej klasy wygranych, tym lepiej dla USA i całego świata, w tym także Europy. Czy tego chcemy czy nie USA będzie najprawdopodobniej w najbliższych latach w większym stopniu koncentrować się na własnych problemach, ograniczając tym samym swego rodzaju parasol ochronny dla naszego kontynentu. W tej sytuacji najgorszym możliwym scenariuszem byłaby postępująca  dezintegracja Unii Europejskiej (o tym dlaczego pisałem w „Efektywna Unia kluczowa dla Europy”).

 

P.s.

w nawiązaniu do wątku przyszłości UE polecam ciekawy wywiad z J.Zielonką na stronach Kongresu Obywatelskiego: "Unia Europejska - rekonstrukcja albo śmierć?"

 

Komentarze (0)
Czy Trump okaże się nowym Reaganem? Growth in Western Europe: The...
1 | 2 | 3 | 4 |


   

Najnowsze wpisy
2017-11-26 14:48 Optymizm Komisji
2017-11-15 20:40 Co po obecnym boomie?
2017-11-03 10:57 Kto będzie finansował (duże) firmy?
2017-10-22 16:03 Spokój na powierzchni oceanu
2017-10-14 09:15 MMŚP - motor napędowy gospodarki?
Najnowsze komentarze
2017-11-16 03:28
piotr janiszewski1:
Co po obecnym boomie?
CO...!!??? Kierunek ex ante pokazuje od wielu miesięcy SWIG80...!!!
2017-11-07 15:46
angling:
Kto będzie finansował (duże) firmy?
Crowdfunding też odpada w Polsce po ostatnim "incydencie" z Secret Service.
2017-11-05 08:29
artysta:
Kto będzie finansował (duże) firmy?
Najlepszy jest kredyt kupiecki.
O mnie
Andrzej Halesiak
Komentator polskiej rzeczywistości. Więcej na: linkedin: https://pl.linkedin.com/in/andrzej-halesiak-0b9363 Twitter: @AndrzejHalesiak