Czy Trump okaże się nowym Reaganem?
 Oceń wpis
   

Tytułowe odwołanie do R.Reagana (prezydent Stanów Zjednoczonych w latach 1981-1989) nie jest przypadkowe. Sytuację jego i D.Trumpa sporo bowiem łączy (choć oczywiście nie brakuje także elementów które są dla obu przypadków specyficzne). Obaj Panowie mają za sobą doświadczenie w show-biznesie, jeden był aktorem a drugi prowadzącym telewizyjne talk-showy. Podobnie jak obecnie Trump, Reagan także doszedł do władzy pod hasłami „przywrócenia Ameryce należnego jej miejsca i wyprostowania spuścizny wcześniejszych prezydentów, która doprowadziła do tego, że wszyscy na Ameryce żerowali”. Z punktu widzenia gospodarczego podobne jest to, że tak jak Reagan Trump doszedł do władzy po trudnych latach dla gospodarki. W dużej mierze podobne są też recepty obu prezydentów (stymulacja fiskalna, deregulacja, wydatki na zbrojenia). Czy w tej sytuacji tak demonizowany w wielu mediach  Trump ma szansę stać się wybitnym przywódcą w kwestiach gospodarczych? Wybitnym nie, ale jego polityka może zapewnić USA kilka lat solidnego wzrostu. Równocześnie jednak istnieje ryzyko, że Trump obudzi demona inflacji oraz że ewentualne błędy w polityce zagranicznej zniwelują skutki pozostałych działań.

Dywagacje o Trumpie trzeba zacząć od tego co składa się na jego gospodarczy program. Otóż szedł on do wyborów z następującymi obietnicami:

  • Cięć podatkowych, zarówno dla gospodarstw domowych jak i firm, przy czym po stronie gospodarstw domowych największymi beneficjentami mieliby być najbogatsi. Szacowana wielkość wszystkich ulg (dla firm i gospodarstw) to ok. 1.6% PKB, a więc stosunkowo dużo,
  • Programu wydatków na infrastrukturę, przy czym by przebić deklaracje H.Clinton w tym względzie Trump obiecał podwojenie jej planów (daje to ok. 0.6% PKB rocznie),
  • Obietnicą zrównoważenia budżetu w perspektywie 8 lat, co – wg deklaracji Trumpa – miało zostać w głównej mierze osiągnięte przez swego rodzaju samo-sfinansowanie się podatkowych ulg i inwestycji poprzez większą aktywność gospodarczą (a tym samym szerszą bazę podatkową),
  • Obietnicą deregulacji (znoszeniem ograniczeń i barier w działalności gospodarczej), szczególnie w zakresie sektora niefinansowego. Deregulacja miałaby także oznaczać swego rodzaju zwrot w zakresie polityki sektorowej – wsparcie rozwoju tradycyjnych branż (wydobycie, energetyka, zbrojenia) przy równoczesnym ograniczeniu wsparcia dla tzw. „czystych” (ekologicznych) sektorów,
  • Protekcjonizmu gospodarczego skierowanego przede wszystkim przeciwko krajom takim jaki Chiny czy Meksyk. Miałoby się to wyrażać aktywnym wykorzystywaniem wszelkich dostępnych instrumentów w celu ochrony lokalnego rynku, a także renegocjowaniem (czy też wypowiadaniem) umów handlowych uznanych za niekorzystne. Drugim elementem protekcjonizmu miałaby być  ochrona rynku pracy przed imigrantami (zaostrzenie systemu kontroli, zaostrzenie zasad udzielania pozwoleń itd.)

Jak się temu bliżej przyjrzeć to pojawia się kilka ciekawych wątków, które mogą mieć wpływ na funkcjonowanie amerykańskiej - i nie tylko – gospodarki, a także rynków finansowych w następnych latach:

  • Po pierwsze stymulacja fiskalna może mieć w krótkim okresie silne przełożenie na wzrost gospodarczy w USA, szczególnie od 2018 r. (rok budżetowy zaczyna się w Stanach 1 października, tak więc budżetem Trumpa będzie nie obecny, a ten następny),
  • Deregulacja i ulgi podatkowe powinny się pozytywnie przełożyć na wyniki firm, a jeśli za tym pójdzie wyższa skłonność do inwestowania, to może to być dodatkowy czynnik wspierający wzrost w USA od 2018 r.,
  • Samo-finansowanie się ulg podatkowych oczywiście się nie zmaterializuje. To założenie, to wyraz tradycyjnej – i niezmiennie naiwnej - wśród Republikanów wiary, że stymulacja fiskalna na tyle pobudza aktywność gospodarczą, że spadki stawek podatkowych rekompensowane są poprzez poszerzenie się bazy podatkowej. Działanie tej prawidłowości w praktyce testowali m.in. Reagan i Bush i w obu przypadkach kończyło się gwałtownym przyrostem zadłużenia. Trudno oczekiwać, by w przypadku Trumpa miało być inaczej. Oznacza to istotny przyrost długu publicznego, a tym samym rosnącą podaż obligacji (które pewnie w istotnej części kupował będzie Fed),
  • Jak się bliżej przyjrzeć to polityka Trumpa, wcale nie musi być korzystna dla większości jego elektoratu. Przypomina ona bowiem podejście w rodzaju „biedni musicie pozwolić na to, że bogaci będą jeszcze bogatsi i że ochrona socjalna i pracownicza będzie mniejsza, ale dzięki temu gospodarka się rozkręci na tyle, że i wam coś z tego skapnie” (notabene to w dużej mierze tłumaczy zwycięstwo Trumpa nad Clinton wśród osób o najwyższych dochodach),
  • Kluczowe znaczenie w skali globalnej będzie to, na ile retoryka protekcjonizmu znajdzie odzwierciedlenie w faktach. USA ma w tym względzie własne, złe doświadczenia. W czasie kryzysu lat 30-tych minionego wieku (konkretnie w 1930 r.) w celu ochrony amerykańskiego rynku uchwalona została tzw. ustawa Smoota-Hawleya, która nałożyła wysokie cła na import wielu towarów do USA. Efektem była wojna celna, która doprowadziła do drastycznego załamania wymiany handlowej i postrzegana jest dziś, jako czynnik, który wydatnie przyczyni się do pogłębienia kryzysowej traumy. Są też nowsze doświadczenia (opisane m.in. lipcowym numerze Foreign Affairs): w 2009 r. prezydent B.Obama próbował ograniczyć import opon z Chin, by w ten sposób wesprzeć lokalnych producentów w obliczu taniej (i jak zarzucano nieuczciwej) konkurencji. Jaki był rezultat? Chiński import został wprawdzie wyeliminowany, ale niemal w całości w miejsce Chińczyków weszli dostawcy z Indonezji i Tajlandii.

Już tylko te dwa przykłady pokazują, że protekcjonizm to miecz niebezpieczny i trudny w użyciu. W rękach niewprawnego użytkowania może wywołać wiele szkód. Z tych też względów to najbardziej kontrowersyjny i najbardziej „niebezpieczny” punkt w programie Trumpa.

  • Warto zauważyć, że kształt polityki Trumpa jest taki, że w ujęciu relatywnym jej wynik w większości przypadków będzie korzystny dla USA. Nawet bowiem jeśli polityka protekcjonizmu wyrządzi globalne szkody, to dla USA będą one względnie najmniejsze (USA generują globalnie największą konsumpcję, a udział eksportu w PKB jest na tle innych krajów bardzo niski – 13%, wobec 22% w przypadku Chin i 47% dla Niemiec). Jest jeden wyjątek od tej zasady. Jeśli Trump w swej polityce zagranicznej doprowadzi do konfliktu zbrojnego, który dotknie tereny USA, to bez względu na wyniki takiego konfliktu będzie generalnie przegrany. Warto bowiem zauważyć, że jedną z podwalin obecnej potęgi Stanów Zjednoczonych jest to, że od ponad 150 lat na jej terenach nie toczyła się żadna wojna.  

W co to wszystko może się złożyć? Otóż mnie osobiście rysuje się z tego następujący, gospodarczy scenariusz (z pewnością nie jedynie możliwy, ale w tym momencie uznałbym go za najbardziej prawdopodobny) dla USA:

  • prezydentura Trumpa może się rozpocząć, od…recesji. Paradoksalnie taka przejściowa recesja w pierwszej połowie 2017 r. byłaby korzystna dla nowego prezydenta. Potwierdzałoby jego twierdzenia o tym, że w ostatnim czasie wzrost w USA był sztucznie podtrzymywany przez ultra-luźną politykę monetarną, po to by wspierać w ten sposób kandydatkę Demokratów. Poza tym przejściowy spadek (2-3 kwartały) PKB tworzyłby doskonały punkt startu dla działań Trumpa w kolejnych latach (pamiętajmy, że obecna faza ekspansji trwa już 8 lat i bez korekty uzyskanie spektakularnych efektów może być trudne),
  • kolejne dwa-trzy lata to potencjalnie okres silnego wzrostu (w granicach 3-4%) opartego na czynnikach krajowych. Zakładam przy tym, że protekcjonistyczna retoryka pozostanie w dużej mierze retoryką, że w praktyce Trump będzie raczej starał się zachować status quo (nie będzie podejmował nowych działań liberalizujących handel z tymi czy innymi) niż, że będzie na siłę starał się coś odkręcać. Moim zdaniem przy zbyt radykalnych działaniach ryzykowałby, że działania odwetowe mogą podważyć sukces gospodarczy (potrzeby do wygrania drugiej kadencji), który już sama stymulacja fiskalna jest w stanie mu zapewnić. 

 

Co ten scenariusz oznaczałby dla innych części świata? Nawet jeśli Trump ograniczy swoje zapędy w zakresie protekcjonizmu, to ten scenariusz rysuje dość trudne uwarunkowania dla innych. W przypadku tzw. krajów wschodzących widoczny już teraz wzrost rentowności papierów amerykańskich (związany z rosnącymi oczekiwaniami inflacyjnymi w związku z zapowiedziami ekspansywnej polityki) przełoży się na koszty obsługi dolarowego długu (o tym dlaczego jest on tak istotny pisałem w „EBC i BoJ mogą pogorszyć globalną sytuację”), szczególnie gdyby towarzyszył temu mocny dolar (a tak może się stać, gdy - ze względu na to co pisałem powyżej - USA w każdej sytuacji będą się miały relatywnie lepiej). Nie można więc w przyszłym roku wykluczyć na rynkach wschodzących powtórki z 2015 (odpływ kapitału, osłabianie się walut, słabszy wzrost).

Jeśli chodzi o Europę, to ewentualna recesja w 2017 r. w USA mogłaby podważyć podstawy i tak kruchego wzrostu. Byłaby to woda na młyn dla ruchów populistycznych w Europie, co może przełożyć się na wyniki wyborów (ważne wybory będą mieć miejsce m.in. w Niemczech i Francji). Zapowiedzią tego co w kwestiach społeczno-politycznych może się w Europie w nadchodzących miesiącach wydarzyć będzie prawdopodobnie grudniowe referendum we Włoszech. Jeśli na fali narastającego globalnie populizmu propozycje obecnego premiera zostaną odrzucone otworzy to drogę do przedterminowych wyborów (i być może zwycięstwa tamtejszego anty-establishmentu).

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze jedno istotne, globalne ryzyko. Jeśli dojście do władzy Trumpa na dobre obudzi uśpione do tej pory oczekiwania inflacyjne, to możemy mieć do czynienia z potężną wyprzedażą obligacji. Nie odbije się do bez echa na sytuacji tych którzy je mają, w tym w szczególności banków i innych instytucji finansowych. Co to może oznaczać? Teoretycznie paraliż systemu finansowego (nawet podobny do tego po upadku Lehman Brothers), w praktyce banki centralne będą się starały temu zapobiec. W konsekwencji może to prowadzić do paradoksalnych sytuacji, np. poluzowania ilościowego (skupu obligacji przez banki centralne by ograniczyć spadek ich cen) w warunkach powracającej inflacji.  Jednym słowem w najbliższych latach będzie się dużo działo. A wszystko to w ramach szerszego procesu przedefiniowywania globalnego modelu finansowo-gospodarczego (o czym pisałem m.in. w „Chiny, Fed, ropa i co to oznacza dla Polski – cz.2”), chociaż właściwiej byłoby powiedzieć, że w ramach kolejnej (być może ostatniej) desperackiej próby utrzymania obecnego modelu, tego opartego na nieustannie narastającym długu.

Na koniec jeszcze jedna myśl, która nasunęła mi się na bazie wyborów w USA. W moim przekonaniu zwycięstwo Trumpa, to wyraz frustracji starszych pokoleń (to one głosowały za Trumpem), swego rodzaju pretensji „dlaczego ten świat tak szybko się zmienia” (podobny efekt wystąpił przy Brexicie). Głosując na Trumpa liczą oni na to, że swego rodzaju anty-globalizacyjnymi działaniami ograniczy on wpływ otoczenia na procesy zachodzące w USA, a tym samym na ich własne życie. Że wszystko trochę spowolni, a w szczególności że znów będzie dobrze płatna i stabilna praca. Takie oczekiwania są moim zdaniem źle ukierunkowane. Dziś - z perspektywy przeciętnego obywatela USA, ale także każdego innego kraju - to nie globalizacja wydaje się być największym wyzwaniem. Paradoksalnie bowiem ostatnie lata przyniosły swego rodzaju odwrót w tendencji „wyprowadzania” przemysłu z USA (i innych rozwiniętych krajów) do tańszych lokalizacji. Wiele amerykańskich firm powróciło do produkcji w USA. Tyle tylko, że nie przekłada się to na odtwarzanie dużej ilości wysokopłatnych miejsc pracy w przemyśle. Każda nowa fabryka bazuje bowiem na najnowocześniejszych rozwiązaniach w zakresie automatyzacji i robotyzacji, w związku z czym produkując kilka razy tyle co w przeszłości, równocześnie zatrudniając jedynie niewielką część tego co dawniej. To jednoznacznie wskazuje, że wbrew oczekiwaniom obywateli powrotu do przeszłości nie ma. Trzeba szukać innych, nowych rozwiązań i im szybciej wszyscy sobie to uświadomią, tym mniej bolesny będzie globalny proces społeczno-gospodarczej transformacji.     

Komentarze (0)
O wieku emerytalnym, który wiele... Czy Trump jest w stanie...

Komentarze


   

Najnowsze wpisy
2017-11-26 14:48 Optymizm Komisji
2017-11-15 20:40 Co po obecnym boomie?
2017-11-03 10:57 Kto będzie finansował (duże) firmy?
2017-10-22 16:03 Spokój na powierzchni oceanu
2017-10-14 09:15 MMŚP - motor napędowy gospodarki?
Najnowsze komentarze
2017-11-16 03:28
piotr janiszewski1:
Co po obecnym boomie?
CO...!!??? Kierunek ex ante pokazuje od wielu miesięcy SWIG80...!!!
2017-11-07 15:46
angling:
Kto będzie finansował (duże) firmy?
Crowdfunding też odpada w Polsce po ostatnim "incydencie" z Secret Service.
2017-11-05 08:29
artysta:
Kto będzie finansował (duże) firmy?
Najlepszy jest kredyt kupiecki.
O mnie
Andrzej Halesiak
Komentator polskiej rzeczywistości. Więcej na: linkedin: https://pl.linkedin.com/in/andrzej-halesiak-0b9363 Twitter: @AndrzejHalesiak