Poniższa treść stanowi swego rodzaju uzupełnienie do mojego artykułu, który ukazał się w bieżącym tygodniu w Rzeczpospolitej („Bunt źle ukierunkowany”). Do napisania tego uzupełnienia skłoniły mnie liczne komentarze jakie pojawiły się po publikacji. Nie jest to bezpośrednie odniesienie się do nich (ich charakter był bardzo różnorodny), ale próba nieco innego ukierunkowania dyskusji. Nie ma żadnych dowodów na to, że wyższy dług publiczny do PKB jest pewną drogą do trwale lepszego życia danego społeczeństwa. Dlatego też punktem wyjścia dyskusji powinien być nie dług publiczny, ale kwestia rozwoju społeczno-gospodarczego jako taka (w tym kontekście koncentrowanie się na kwestii długu publicznego, to jak podchodzenie do kwestii rozwojowych „od ogona”). Ponieważ w moim artykule zabrakło na to trochę miejsca, staram się to nadrobić.

A to – w wielkim skrócie – mój sposób patrzenia na rozwój:

1/ Trwale lepsze życie danego społeczeństwa jest pochodną procesów realnych, a nie pieniężnych:

  • nieustanie rosnącej złożoności/produktywności gospodarki (przekładającej się na międzynarodową konkurencyjność) oraz
  • rozwiązań zapewniających powszechne korzystanie z owoców wzrostu (swego czasu opisałem to na przykładzie Niemiec: „Daleko nam do niemieckiego modelu gospodarki”), a tym samym stabilność społeczną.

2/ Powyższe jest z kolei pochodną rozwiązań instytucjonalnych, w tym w szczególności tych odnoszących się do:

  • mechanizmów dialogu społecznego zapewniających m.in. minimum stabilności działania, a nie „jazdę od bandy do bandy” przy okazji zmian rządzących ekip,
  • bodźców do inwestowania firm.

3/ Dług publiczny przekłada się na trwale lepsze życie, jeśli jest jednym z elementów tworzenia dobrych warunków do inwestowania firm (np. poprzez rozwój infrastruktury, kapitału ludzkiego, finansowanie badań). W takiej sytuacji dług publiczny do PKB jednak nie rośnie, bo wysoki wzrost PKB go kompensuje.

4/ Trzeba podkreślić, że jeśli dług publiczny narasta w warunkach, które nie sprzyjają inwestycjom firm, (np. ze względu na niestabilne otoczenie podatkowo-regulacyjne), to aktywa, które finansuje dług publiczny stają się z czasem obciążeniem dla gospodarki (koszty utrzymania, spłaty długu), a nie jej atutem. Wyrazem tego jest spirala narastającego długu publicznego w relacji do PKB.

5/ W Polsce:

  • warunki do inwestycji firm są od lat niekorzystne (patrz badania EBI + stopa inwestycji firm), a co gorsza odbija się to w szczególności na lokalnych, prywatnych firmach (wg. danych NBP poziom inwestycji w tym segmencie powrócił do poziomu z 2015 r. dopiero w 2019 r.),
  • obecne rozwiązania instytucjonalne (chociażby „kadłubkowe” mechanizmy dialogu społecznego) nie gwarantują, że dodatkowy dług publiczny będzie ukierunkowany na rozwój (duże prawdopodobieństwo „przejedzenia”).

Nie są więc moim zdaniem spełnione dwa kluczowe warunki, by nowo-zaciągany dług publiczny trwale wspierał u nas rozwój społeczno-gospodarczy. To od spełnienia tych warunków powinniśmy zacząć!

Na koniec jeszcze krótkie odniesienie do prof. Kelton (tej od MMT), na którą powołują się dziś wszyscy zwolennicy tezy o tym, że dług publiczny – o ile ma charakter krajowy – jest nieszkodliwy. Otóż ja w jej książce („The deficit myth”) nie znalazłem nic nowego, o czym świat by już wcześniej nie wiedział. Co więcej, czego by w przeszłości nie testował (choć wówczas jeszcze nie nazywało się to MMT). To wszystkie te okresy, gdzie narastający publiczny dług kończył się zubożającą zdecydowaną większość społeczeństwa inflacją. Bo jak pisze sama Pani Kelton, nawet jeśli jej teoria jest prawdziwa, to i tak kluczowa jest ODPOWIEDZIALNOŚĆ. I to nie odpowiedzialność przed partią, a całym społeczeństwem. Ja takiej odpowiedzialności w naszej klasie politycznej nie widzę.