Rytm gospodarki

Andrzej Halesiak

Kategoria: Polska gospodarka Page 1 of 2

Globalna przewaga dzięki edukacji

Staram się trzymać zasady, że nie wypowiadam się na tematy, którymi na co dzień się nie zajmuję. Tym jednak razem postanowiłem uczynić swego rodzaju wyjątek – pedagogiki i zagadnień związanych z edukacją wprawdzie nie studiowałem, ale od lat – ze względu na moje dzieci – stykam się dzień w dzień z funkcjonowaniem systemu oświaty i to właśnie te codzienne obserwacje skłoniły mnie do napisania niniejszego felietonu.

Kiedy przyglądam się funkcjonowaniu systemu edukacji w Polsce, to moją uwagę zwraca kilka kwestii. Przede wszystkim narastająca frustracja nauczycieli, która w głównej mierze jest związana z poziomem wynagrodzeń (szczególnie w ujęciu relatywnym – na tle szybkiego w ostatnich latach wzrostu płac w sektorze przedsiębiorstw), ale także z utratą poczucia bezpieczeństwa pracy w związku z trendami demograficznymi (o ile 10 lat temu osób w wieku 7-18 lat było w Polsce 5.5 mln, to obecnie jedynie 4.5 mln). Do tego wszystkiego dochodzą rosnące oczekiwania rodziców, którzy nie rzadko chcieliby widzieć w szkole nie tylko miejsce edukacji swoich dzieci, ale także zrzucić na placówki oświatowe pełną odpowiedzialność za ich wychowanie.

Inną cechą charakteryzującą nasz system edukacji jest rosnący stopień oderwania od otaczającej nas rzeczywistości. To w moim przekonaniu pochodna przestarzałych treści i metod nauczania, zupełnie nieprzystających do potrzeb XXI wieku. Szkoła koncentruje się na przekazywaniu wiedzy – często stosunkowo mało przydatnej – a zaniedbuje proces kształtowania określonych kompetencji. Jednym z głównych powodów takiej sytuacji jest standaryzacja „produktu” (usługi edukacyjnej), co idzie pod prąd ogólnemu trendowi by to co jest oferowane było w możliwie wysokim stopniu „szyte na miarę”, dostosowane do indywidualnych potrzeb i oczekiwań. To wystandaryzowanie edukacji występuje pomimo, że postęp w różnych dziedzinach wiedzy (pedagogice, psychologii, technologii, itd.) pozwala dziś na szybkie diagnozowanie i identyfikowanie wzorców uczenia się czy predyspozycji poszczególnych uczniów. Problem nie polega więc na tym, że edukacja jest specyficzna i, że w jej przypadku zindywidualizowanie nie jest możliwe, ale na tym, że nasza edukacja zupełnie z najnowszych zdobyczy nauki nie korzysta. Standaryzacja obejmuje także uposażenie kadry uczącej. Pomimo rozbudowanego systemu ocen nauczycieli – z czym związana jest olbrzymia sfera biurokracji – ostateczny ich wpływ na to, ile się faktycznie zarabia pozostaje niewielki.

Standaryzacja edukacji jest ściśle związana z jej centralizacją. Choć formalnie za większość szkół w Polsce odpowiadają samorządy, to w praktyce odnosi się to kwestii organizacyjno-finansowych. Z punktu widzenia kwestii merytorycznych cały system jest wysoce scentralizowany. Na zlecenie ministerstwa „tęgie głowy” wtłaczają otaczający nas świat i wiedzę o nim w tzw. ramy programowe, Odgórnie ustalane jest to co i jak powinno być w szkołach przekazywane. Ponieważ „tęgie głowy” dziś to w dużym procencie te same osoby co kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt lat temu, więc kreatywność w zakresie meritum ogranicza się z reguły do przesuwania poszczególnych bloków tematycznych z jednego poziomu do innego – np. w ramach tzw. reformy zamiast w 5 klasie uczy się danego zagadnienia w 6-tej.

Opisane powyżej cechy naszego systemu edukacji powodują, że brak w nim mechanizmów, które sprawiałyby że dobre pomysły i rozwiązania (w zakresie tego co i jak uczyć) miałyby szansę się przebić, wypłynąć. Co więcej w wysoce wystandaryzowanym modelu nie ma też bodźców (zwłaszcza finansowych), by do takich innowatorskich rozwiązań i treści w ogóle poszukiwać. To zła wiadomość. W dzisiejszym świecie – szybkiego postępu technologicznego, szybkich zmian społeczno/ekonomiczno/procesowych – edukacja staje się kluczem do sukcesu. To prawda, że na dzień dzisiejszy niewiele krajów ma pomysł na edukację XXI wieku, ale nie powinno to być dla nas żadne pocieszenie. Tym bardziej, że gdy inni przynajmniej poszukują nowych rozwiązań, my poprzez wprowadzane w ostatnich latach zmiany cofnęliśmy się wstecz. Sytuacja w edukacji to jedna z głównych niewykorzystywanych przez nas szans – dobry system edukacji mógłby być dla nas źródłem przewagi konkurencyjnej nad innymi krajami. Tymczasem wciąż nastawiony jest on na kształcenie setek tysięcy przyszłych „dokręcaczy śrubek”, a nie kadry dla kreatywnej i innowacyjnej gospodarki. Kadry które zapewniłyby sukces w cyfrowym świecie robotów, sztucznej inteligencji itd.

Czego więc potrzeba naszemu systemowi edukacji? Jest jedna uniwersalna recepta na wszystkie wspomniane wyżej bolączki – wprowadzenie tam gdzie się tylko da mechanizmów rynkowych i związana z tym decentralizacja. Jestem świadom tego, że edukacji nie można (i nie wolno) w pełni oddać we władanie „niewidzialnej ręki rynku”, ale dzisiejszy stan w Polsce jest drugim, bardzo szkodliwym ekstremum. Konkurencja jest przede wszystkim potrzebna na poziomie tworzenia programów i praktyk nauczania. W tym zakresie – poza ściśle zdefiniowanym faktycznym minimum programowym (takim „minimum minimum”) – powinna być możliwość niemalże dowolnego kształtowania programów, co do tzw. „twardej wiedzy” i miękkich kompetencji. Konkurencja potrzebna jest także na poziomie implementacji programów – tutaj kluczowi stają się nauczyciele. Ci, którzy są w stanie osiągać ponadprzeciętne wyniki powinni znacznie więcej od przeciętnej zarabiać. Nie uda się powyższych elementów zapewnić, jeśli pieniądze nie będą szły za uczniem – np. w formie bonu edukacyjnego.

Na terenach wiejskich i w małych miejscowościach wykreowanie warunków dla konkurencji może się na pierwszy rzut oka wydawać trudne. Tak jest jednak jedynie wówczas, jeśli patrzymy na szkołę w tradycyjny sposób, jako na gmach, rejonizację i nienaruszalny plan lekcji. Gdy tylko wyrwać się poza te – sztuczne w praktyce – ograniczenia, wówczas okaże się, że dla zapewnienia konkurencji można wykorzystać nowoczesne rozwiązania techniczne i organizacyjne. Do dyspozycji stoją dziś wideokonferencje czy e-learning. Można też organizować np. 2, 3 czy 5 dniowe sesje tematyczne związane z przyjazdem określnego nauczyciela, wykładowcy czy też zewnętrznej firmy zajmującej się przekazywaniem określonych treści. Równocześnie, jeśli tylko rodzice będą mieć przekonanie, że szkoła położona 15 czy 20 km od domu, ze względu na swą ofertę, stwarza ich dzieciom lepsze szanse na przyszłość, to z pewnością będą je tam dowozić. Edukacja może i powinna zaoferować znacznie więcej niż dziś. Trzeba tylko stworzyć ramy instytucjonalne dopuszczające nowe rozwiązania oraz wykreować bodźce do tego, by zarządcy szkół chcieli z tych rozwiązań korzystać. Innymi słowy potrzebne jest świeże spojrzenie na edukację w naszym kraju, a nie ciągłe kiszenie się w sosie tych samych, coraz bardziej nieprzystających do dzisiejszego świata rozwiązań.

Opublikowane: Parkiet, 28.04.2019

Trzeba podnieść firmom CIT

Tak, tak słowo „podnieść”, to nie drukarski chochlik. Tytuł właściwie odzwierciedla to, o czym chce napisać w niniejszym felietonie. Od razu też pragnę uspokoić, że nie mam zamiaru snuć czarnych scenariuszy odnośnie sytuacji budżetu w nadchodzących latach. Moją intencją jest wskazanie, że podatek CIT może i powinien zostać potraktowany jako narzędzie osiągnięcia kluczowego celu na najbliższe lata, przekształceń strukturalnych w sektorze przedsiębiorstw. Skala tych przekształceń zadecyduje o tym, czy kolejne dziesięciolecia będą dla naszej gospodarki czasem prosperity, czy też popadniemy w przeciętności. Ale po kolei.
Kilkakrotnie w przeszłości, w swoich felietonach (m.in. w „Stan podgorączkowy”, Parkiet 09.07.2016) wskazywałem na to, że w sytuacji malejącej podaży pracy – to bezpośrednia pochodna naszej demografii – firmy powinny dokonać radykalnej zmiany struktury wykorzystania czynników produkcji, zwiększenia roli aktywów trwałych, wiedzy/technologii i kapitału ludzkiego (wysokich kwalifikacji i wiedzy pracowników). Bez tego produktywność nie będzie rosła wystarczająco szybko, by kompensować malejące zatrudnienie, a stąd już prosta droga do niskiego potencjalnego tempa wzrostu PKB (poniżej 3%), trudności budżetowych itd.

Jak na razie proces dostosowań strukturalnych zachodzi w ograniczonej skali (pisałem o tym szerzej w „Strategia na przeczekanie”, 01.09.2018), a czasu już w zasadzie nie ma. Inwestycje krajowych firm prywatnych od 3 lat pozostają w stagnacji, pod względem nakładów na kapitał ludzki niezmiennie okupujemy ostatnie pozycje w UE, wydatki firm na B&R nieco drgnęły, ale i tak w ujęciu relatywnym – do PKB – pozostają na poziomie ½ unijnej średniej, która sama na tle globalnych liderów wygląda mizernie. Ten swego rodzaju marazm bywa różnie tłumaczony. Z reguły niepewnością, szczególnie tą wywołaną licznymi w ostatnich latach zmianami regulacyjno-podatkowymi. Czasem kwestiami sukcesji, innym znów razem….brakiem pracowników. Ja bym do tego dołożył jeszcze jeden, pewnie kontrowersyjny, ale moim zdaniem ważny czynnik. Firmom w Polsce powodzi się na tyle dobrze, że demotywuje je to do działania. Wspierana przez szczodre programy socjalne i fundusze unijne koniunktura sprawia, że w ostatnich latach sektor przedsiębiorstw osiągał wysokie rentowności (zwrot na kapitale jest ponad dwukrotnie wyższy od średniej unijnej), wartość zgromadzonych płynnych aktywów finansowych przekracza 300 mld złotych, a presja na konsolidację – która jest wprost proporcjonalna do poziomu konkurencji – pozostaje ograniczona. W tej sytuacji nie powinno dziwić, że wiele firm nie widzi przesłanek do tego by coś zmieniać. W efekcie wysokie zyski nie przekładają się – jak można by tego oczekiwać – na inwestycje. Na tle innych krajów regionu pozostają one niskie: w ostatnich latach stanowiły ok. 10% PKB przy średniej dla naszych sąsiadów na poziomie 14%. Także wyniki najnowszego badania Europejskiego Banku Inwestycyjnego („EIB Group survey on investment and investment finance”) wskazują, że strukturalnie rzecz biorąc inwestycje firm powinny być wyższe. Ponieważ nie są, od kilku lat nadwyżka generowanych w sektorze przedsiębiorstw oszczędności nad ich nakładami kapitałowymi sięga 100 mld złotych, a środki te – za pośrednictwem systemu finansowego – finansują znacznie mniej produktywne inwestycje sektora publicznego i gospodarstw domowych.

Ponieważ moim zdaniem grozi nam, że firmy prześpią czas zmian strukturalnych trzeb sięgnąć po bardziej radykalne środki i pobudzić falę dostosowań. W jaki sposób? Poprzez system podatkowy, znaczące podniesienie bazowej stawki podatku od dochodów (do co najmniej 25%) przy równoczesnym wprowadzeniu ulg inwestycyjnych. Trzeba do firm wysłać silny i jasny sygnał: podnieść im koszt „braku modernizacji”, tak by odczuły go już dziś a nie za kilka lat, gdy na dostosowania może być zbyt późno. Mam świadomość, że to propozycja kontrowersyjna. Po pierwsze idzie pod prąd obecnych trendów – w modzie jest (nie tylko u nas w kraju) obniżanie obciążeń podatkowych dla firm. Po drugie zmiana ta związana byłaby z większą złożonością systemu podatkowego, czego generalnie powinno się unikać. Po trzecie wreszcie poprzez mniejsze wypłaty z zysków uderzyłaby we właścicieli firm. Pomimo jednak tych zastrzeżeń – jak też jeszcze wielu innych możliwych do wyobrażenia – jest to moim zdaniem rozwiązanie pożądane. Mamy dziś sytuację wyjątkową – jeśli prześpimy „okno zmian”, to potem może być na nie za późno. Tych, którzy nie chcą się zmieniać wyższy CIT powinien skłonić do podjęcia decyzji o tym by wyjść z biznesu. W obecnych uwarunkowaniach koniunkturalnych będą go mogli jeszcze w miarę atrakcyjnie sprzedać. Za kilka lat może być to znacznie trudniejsze i zdecydowanie mniej opłacalne. Równocześnie dzięki takim transakcjom ci, którzy chcą się rozwijać uzyskają pożądane zasoby.

Na koniec jeszcze o inwestycjach, które powinny być objęte systemem ulg. Najbardziej oczywiste są wydatki na środki trwałe. W nowoczesnej, opartej na wiedzy gospodarce niezmiernie ważne są jednak także nakłady na badania i rozwój czy inwestycje w kapitał ludzki. Ten ostatni obszar wymaga szczególnej uwagi. W warunkach szybko zmieniającego się świata nieustanne podnoszenie kompetencji menedżerów i pracowników staje się kluczem do sukcesu. Tymczasem w Polsce sytuacja w tym względzie wygląda wręcz dramatycznie. Dla przykładu, zajmujemy 27 miejsce na 28 krajów UE (na bazie The Digital Economy and Society Index Komisji Europejskiej) w zakresie wykorzystywania przez firmy nowoczesnych rozwiązań cyfrowych, co same firmy tłumaczą bardzo często brakiem pracowników o odpowiednich kompetencjach. Równocześnie te same firmy deklarują, że w zdobycie przez pracowników takich kompetencji nie inwestują. To błędne koło. By z niego wyjść trzeba firmom stworzyć bodziec, by widziały w tego typu nakładach nie tylko długofalowy, ale też szybki zysk. Inna sprawa, że równolegle potrzebujemy dobrych programów kształcenia ustawicznego. Powinno to być pole do popisu dla uczelni wyższych – w sytuacji malejącej liczby studentów (na przestrzeni 10 lat ich liczba spadła o blisko 700 tys.) dla wielu z nich stwarzałoby to szansę na „drugie życie”, ale to już wątek na zupełnie inny felieton.

Opublikowane: Parkiet, 15.04.2019

Rok Świętego Mikołaja

Wprawdzie do Mikołajek pozostało jeszcze sporo czasu, ale w bieżącym roku w naszym kraju na prezenty nie trzeba będzie czekać aż do 6 grudnia. Już dziś bowiem wiemy, że tegoroczna kampania wyborcza będzie jedną z najbardziej hojnych dla elektoratu w dziejach naszej demokracji – choć wybory do parlamentu dopiero jesienią, to licytacja ugrupowań politycznych na obietnice trwa w najlepsze już od kilku miesięcy. Nim pójdziemy do urn wyborczych uda się z pewnością jeszcze wiele obiecać, a w części pewnie nawet zrealizować.

Z pewnością wpływ na hojność polityków miała dobra ostatnimi czasy koniunktura. Wzrost gospodarczy na poziomie 4-5% dodaje odwagi – w takich warunkach budżet łatwiej się „spina”, łatwiej więc kreuje się nowe wydatki. Taka perspektywa pomija jednak kilka istotnych faktów.

Po pierwsze od strony podażowej relatywnie silny wzrost gospodarczy jaki mieliśmy w ostatnich latach był możliwy dzięki wykorzystaniu ostatnich dostępnych rezerw (spadek stopy bezrobocia – obecnie jest ona jedną z najniższych w UE) i zwiększeniu zaangażowania zasobów obcych (import pracowników z Ukrainy, ale ich napływ w ostatnim czasie wyhamował). „Normalny” wzrost jest u nas szacowany na 3-3.5%, a i ten poziom wymaga wzrostu zasobów kapitałowych – aktywów wytwórczych w postaci budynków, maszyn, środków transportu itd. Tymczasem o procesach inwestycyjnych w polskiej gospodarce zbyt wiele dobrego powiedzieć się nie da. Od 2015 r. stopa inwestycji (ich relacja do PKB) spadała, by w 2017 r. osiągnąć najniższy poziom od 11 lat. Szczególnie martwi niski poziom najbardziej istotnych dla gospodarki nakładów inwestycyjnych firm – w 2017 r. ich relacja do PKB spadła poniżej 10% przy ponad 12% w „starej” UE i średnio ponad 14% w unijnych krajach naszego regionu. W 2018 było tylko nieco lepiej, a wiele wskazuje na to że także bieżący rok nie przyniesie inwestycyjnego przełomu. W sytuacji pojawiających się ograniczeń podażowych, napędzany przez wydatki socjalne konsumpcyjny boom będzie w coraz mniejszym stopniu rodził korzyści dla gospodarki – coraz większa część popytu na towary zaspokajana będzie przez import, a w przypadku lokalnych ze swej natury usług wyższy popyt przekładał się będzie w coraz większym stopniu na ich wyższe ceny, a nie na wolumeny.

Druga istotna kwestia jest związana z wysoką wrażliwością naszych finansów publicznych na stan koniunktury. Swego czasu opisywałem to zjawisko na przykładzie porównania do dziurawego dachu („Przeciekający dach”, Parkiet 24.07.2013). Gdy świeci słońce – panuje dobra koniunktura – fakt że dach jest dziurawy specjalnie nie przeszkadza. Inaczej jest jednak gdy zaczyna padać deszcz – koniunktura się pogarsza – wówczas dziury w dachu dają o sobie znać. Ostatnie lata słonecznej pogody zostały wprawdzie wykorzystane na to by część dziur załatać (poprawa ściągalności podatków), ale silny wzrost sztywnych wydatków socjalnych to jak wybijanie wielu nowych.

Po trzecie wreszcie polityka społeczno-gospodarcza, to polityka wyborów. Jeśli politycy koncentrują się na kwestiach socjalnych, to siłą rzeczy nierozwiązane pozostają ważne kwestie rozwojowe. Zmiany w tak ważnych obszarach jak chociażby niedoinwestowana służba zdrowia, armia, bezpieczeństwo wewnętrzne itd. przypominają w tej sytuacji raczej mieszanie gorzkiej herbaty niż dodawanie do niej cukru.

Można oczywiście powiedzieć, że już przy okazji ostatnich wyborów mieliśmy do czynienia z rozdawnictwem i nic złego się nie stało. Tylko na pozór. Po pierwsze jak dziś wyraźnie widać uruchomiona została spirala licytacji obietnic, z której naszemu krajowi trudno będzie się wyrwać. Po drugie trzeba pamiętać, że procesy gospodarcze z reguły nie mają charakteru laserowych cięć, po których widać natychmiastowe skutki. Złe polityki są bardziej jak rdza – ich konsekwencji nie widać od razu, ale poprzez erozję podstawowych mechanizmów gospodarczych prowadzą z czasem do problemów. Ta erozja polega na zniekształcaniu sygnałów i bodźców wysyłanych na poziom mikro (poszczególnych gospodarstw i firm). Dotyczą one np. relatywnej „opłacalności” podejmowania wysiłku pracy w stosunku do nic nie robienia (życia opartego na „budżecie”). Gdy tych, którzy mogą (przedwcześni emeryci) lub nie chcą (ze względu na szczodrość systemu socjalnego) pracować pojawia się zbyt dużo w relacji do tych, którzy generują dochody wówczas cała gospodarcza piramida zaczyna trzeszczeć. Pracujący i pracodawcy są bowiem nadmiernie obciążeni (wydatki socjalne ktoś musi przecież finansować), co działa na nich demotywująco lub wręcz przeciwnie – mobilizuje, tyle tylko że do przeniesienia się ze swą aktywnością gdzie indziej. Należy liczyć się z tym, że niekorzystne trendy wywołane złym ukierunkowaniem bodźców będą u nas narastać – w kolejnych latach bowiem na koszty składanych dziś wyborczych obietnic będą się nakładać coraz to większe ciężary wynikające z tych już obecnie realizowanych (np. skrócenia wieku emerytalnego).

Reasumując, eskalacja populistycznych obietnic i marginalizacja w programach wyborczych w zasadzie wszystkich znaczących ugrupowań politycznych elementów pro-rozwojowych to zły sygnał dla społeczeństwa i gospodarki. Owszem przez kilka lat polityka rosnących wydatków socjalnych może wspierać wzrost, ale równocześnie w mechanizmy gospodarcze wdziera się rdza. To ona sprawia, że średnio- i długofalowe skutki populizmu są zawsze negatywne i nie ma na świecie przykładu kraju, któremu taka polityka zapewniłaby trwały dobrobyt (ostatnich dowodów że tak jest dostarczają chociażby Grecja i Brazylia). Nadzieja w tym, że nasze doświadczone różnymi okolicznościami społeczeństwo nie da się tak łatwo „kupić”, choć z drugiej strony nie da się ukryć, że pokusa wiary w Świętego Mikołaja, który przynosiłby prezenty przez cały rok jest z pewnością duża.

Opublikowane: Parkiet, 11.03.2019

Postawmy u nas pierwszą Fabrykę 4.0!

Jednym z głównych tematów tegorocznego szczytu w Davos był rozwój Gospodarki 4.0, w tym w szczególności przekształcenia w przemyśle – ewolucja w kierunku tzw. Przemysłu 4.0. Dla Polski to bardzo istotne zagadnienie. Należymy do stosunkowo nielicznej grupy krajów świata, które dobrze radziły sobie w ramach dotychczasowego modelu wytwarzania – byliśmy beneficjentami relokacji produkcji do tzw. „tańszych lokalizacji”, w konsekwencji przy globalnym spadku udziału wartości dodanej przetwórstwa przemysłowego w PKB, u nas udział ten rósł (w ostatnich 10 latach o blisko 5 p.p.). Rozwój przemysłu przełożył się także na znaczącą poprawę salda handlowego – z importera netto staliśmy się eksporterem.
Sukces osiągnięty w minionych latach nie może nas jednak doprowadzić do tego by spocząć na laurach – w przypadku zachodzącej właśnie rewolucji przemysłowej „dryf” jest najgorszą z możliwych opcji. Ewolucja globalnych procesów wytwarzania w kierunku Przemysłu 4.0 może prowadzić do stopniowej utraty przez nasz kraj międzynarodowej konkurencyjności. Wynika to z faktu, że Przemysł 4.0 prowadzi do przedefiniowania kryteriów inwestycyjnych – spada znaczenie niskich kosztów pracy, rośnie natomiast znaczenie wysokich kwalifikacji pracowników, tanich/niezawodnych źródeł energii oraz jakości otoczenia biznesowego. Dzięki automatyzacji w niektórych gałęziach przemysłu opłacalny staje się re-shoring (powrót fabryk do bogatszych krajów), a tym którzy prześpią zachodzące właśnie zmiany grozi wypadnięcie (na skutek braku kompatybilności) z globalnych łańcuchów tworzenia wartości.

W kontekście wymagań jakie stawia Przemysł 4.0 niepokoi fakt niskiego przeciętnie zaawansowania technologicznego polskich fabryk, niski poziom nakładów na badania i rozwój oraz niski poziom wysycenia rozwiązaniami teleinformatycznymi (szczególnie w średnich i małych firmach). Ograniczony poziom gotowości na „Przemysł 4.0” potwierdzają międzynarodowe rankingi i porównania – indeks cyfryzacji gospodarki McKinsey&Co, indeks firmy Roland Berger czy też indeks Duńskiego Instytutu Przemysłowego wskazują, że pod względem tego przygotowania plasujemy się dziś na granicy drugiej i trzeciej dziesiątki unijnych krajów.

Biorąc pod uwagę przedstawione powyżej fakty – tj. duże znaczenie przemysłu w polskiej gospodarce, ale równocześnie ogólnie niski poziom jego zaawansowania oraz rewolucyjny charakter zachodzących globalnie zmian – potrzebujemy mocnego „popchnięcia” naszej gospodarki na drodze do Przemysłu 4.0. Mogłaby temu służyć inicjatywa/projekt współfinansowany z funduszy publicznych zbudowania pierwszej w Europie Środkowo-Wschodniej Fabryki 4.0. Takie „ćwiczenie” – wykonane najlepiej we współpracy z którymś z globalnych koncernów – pozwoliłoby przetestować istniejące u nas rozwiązania regulacyjne, infrastrukturę (w szczególności tele-informatyczną), systemy logistyczne itd. Wiadomo bowiem nie od dziś, że podstawą sukcesu w dobie Przemysłu 4.0 będzie jakość otoczenia. Nie dowiemy się, gdzie i jakie istnieją w nim luki, tak długo jak tego w praktyce nie przetestujemy. Zamiast więc o Przemyśle 4.0 dywagować, lepiej po prostu go u nas stworzyć! Gdy okaże się że można, to za pierwszą Fabryką 4.0 bardzo szybko powstaną kolejne.

Opublikowane: Parkiet, 11.02.2019

Nowy fundament?

Zaczął się nowy, 2019 rok. Rok wielu symbolicznych rocznic, w tym m.in.: 30-lecia zmian ustrojowych w naszym kraju, 20-lecia członkostwa Polski w NATO, 15-lecia przystąpienia do Unii Europejskiej. W dużej mierze to właśnie na tej triadzie zasadzały się fundamenty rozwoju Polski w minionych 30 latach oraz jej funkcjonowanie w świecie. Nie da się jednak ukryć, że te fundamenty są dziś poważnie nadwyrężone. Obrany w latach 90-tych minionego wieku model liberalnej demokracji został przez część społeczeństwa w ostatnich latach zakwestionowany. Unia Europejska po dziesięcioleciach ekspansji będzie (prawdopodobnie) w 2019 r. świadkiem wyjścia jednego z krajów, a majowe wybory do Parlamentu Europejskiego mogą znacząco wzmocnić frakcję tych, którzy w mniej lub bardziej otwarty sposób podważają sens dalszego istnienia UE. W kontekście NATO rosną obawy, że coraz bardziej „luźny” stosunek do tego paktu ze strony kluczowego członka – USA – może doprowadzić do erozji całego systemu bezpieczeństwa w świecie, w tym w Europie.
W tej sytuacji rodzi się pytanie o to, czy jako kraj powinniśmy się starać położyć nowy fundament pod funkcjonowanie w nadchodzących dziesięcioleciach, czy też może poszukiwać sposobu wzmocnienia obecnych fundamentów? Jeśli mielibyśmy kłaść nowy fundament to naturalne staje się z kolei pytanie o to, co miałoby go stanowić? W kontekście polityki społeczno-gospodarczej dla niektórych taką alternatywą wydaje się być narastający powszechnie etatyzm. Jednak czy na dłuższą metę może on zdać egzamin? Trudno znaleźć jakieś racjonalne argumenty za taką tezą. Nasze własne doświadczenia epoki socjalizmu i wcześniejszych wysiłków modernizacyjnych wskazują jednoznacznie, że to ślepa droga. Wbrew twierdzeniom niektórych także sukces Chin – oparty w dużej mierze na etatyzmie – nie stanowi dowodu na to, że jest to dla nas realna alternatywa. Inne są u nas uwarunkowania społeczno-kulturowe, gospodarka jest otwarta (nie da się, jak miało to miejsce przez dziesięciolecia w Chinach, regulacyjnie ograniczyć konkurencji), a poza tym obecne tempo postępu technologicznego jest zbyt wysokie, by zbiurokratyzowane struktury mogły skutecznie kierować procesem innowacyjności (będącego dziś kluczem do globalnego sukcesu). Na dłuższą metę etatyzm uruchamia mechanizmy samodestrukcji gospodarki. Są one pochodną nepotyzmu, presji na nieuzasadnione renty czy też regulacyjnego (lub quazi-regulacyjnego) dążenia do ochrony lub uprzywilejowania pozycji państwowych firm/instytucji. Makroekonomiczną konsekwencją tych procesów jest stopniowa utrata międzynarodowej konkurencyjności gospodarki, narastanie deficytów, pojawienie się kryzysów i marginalizacja.
Drugi fundament – członkostwo w Unii Europejskiej – nie ma realnej alternatywy z bardzo prozaicznego powodu: naszej lokalizacji geograficznej. W konsekwencji nasz kraj gospodarczo zawsze będzie grawitował w kierunku najbardziej naturalnych dla niego rynków zachodnioeuropejskich. Warto przy tym przypomnieć, że UE to jeden z dwóch (obok USA) największych rynków konsumenckich w świecie (o wartości ok. 12 bilionów euro, 23% globalnej konsumpcji), więc nie bez powodu jest tam kierowane 80% naszego eksportu. O roli UE dla naszej gospodarki decyduje nie tylko potencjał tego rynku, ale także brak formalnych barier (cła, instrumenty pozataryfowe, jednolite zasady i procedury) w dostępie do niego wynikający właśnie z członkostwa w Unii.
Także w kontekście obronności brak jest realnych alternatyw dla NATO, zarówno w zakresie potencjału militarnego, jak też zdolności operacyjnych.
Reasumując, wydaje się, że szukanie nowego „zakorzenienia” dla naszego funkcjonowania w świecie to niepotrzebna strata czasu. Powinniśmy raczej zadbać o odnowienie fundamentów, które już są. W odniesieniu do stosunków społeczno-gospodarczych w praktyce oznacza to pełną implementację zapisanej w konstytucji idei społecznej gospodarki rynkowej – to mechanizmy rynkowe a nie działania urzędników muszą nadawać ton w gospodarce, czemu towarzyszyć powinny: mądra regulacja oraz mechanizmy zapewniające, że benefity prowadzonej działalności biznesowej są sprawiedliwie dzielone pomiędzy właścicieli kapitału i pracy.
W ramach UE powinniśmy wspierać działania mające na celu uzdrowienie tejże organizacji. W tym względzie największym problemem wydaje się funkcjonowanie strefy euro, która nie spełnia warunków jednolitego obszaru walutowego, co poważnie ciąży na jej rozwoju. Ponieważ scenariusz federacji jest dziś mało prawdopodobny potrzebny jest mechanizm umożliwiający potencjalne wyjście ze strefy przy pozostaniu członkiem Unii. Żaden kraj, który jest dziś w strefie nie może czuć się jej więźniem – swego rodzaju „przymusowa” obecność jej obecnych członków wzmacniania siły populistyczne w niektórych krajach UE.
W odniesieniu do NATO postulowana przez USA większa solidarność ponoszeniu kosztów funkcjonowania struktur tej organizacji jest racjonalna. Nie ma się co obrażać na to, że po latach „jazdy na gapę” przez niektóre kraje członkowskie amerykanie chcą to zmienić. Oczywiście finanse to nie jedyny problem paktu, ale czas nowej „zimnej wojny” z jaką coraz bardziej mamy do czynienia powinien zostać wykorzystany do odbudowania jedności jego członków także w wielu innych obszarach.

 

Opublikowany: Parkiet, 14.01.2019

Przemysł 4.0 – jak wyzwanie przekuć w sukces

Każdy w codziennym życiu korzysta z nowoczesnych technologii. Rzadko mamy natomiast okazję spojrzeć na zachodzący globalnie technologiczny postęp z tzw. „lotu ptaka”. A czasem warto, by zobaczyć np., że globalna populacja robotów przemysłowych – 2 mln – jest dziś zbliżona do populacji …Warszawy i będzie się rozwijać znacznie szybciej niż Warszawa – o kolejny milion przyrośnie w zaledwie 3 lata. Że przyłączonych do Internetu jest dziś ok. 10 miliardów urządzeń, to więcej niż populacja naszego globu. Że średnio w każdej minucie minionego roku w internecie wysyłanych było 452 tys. tweetów, 156 mln e-maili, w najpopularniejszej wyszukiwarce zadawanych było 3.5 mln zapytań, a w najbardziej popularnym serwisie dzielenia się treściami video przeglądanych było 4.1 mln filmów. Świat zmienia się na naszych oczach.

Read More

Strategia gry w warunkach niepewności

Choć 2017 r. przyniósł – moim zdaniem pozorny – spadek niepewności, to wciąż słowo to dobrze oddaje charakter dzisiejszego świata. Za sprawą m.in. postępu technologicznego oraz zmian geopolitycznych trudno prognozować, jak może wyglądać przyszłość. Jak w takich warunkach mądrze planować politykę społeczno-gospodarczą? Jakim działaniom i obszarom nadać priorytet? Jak w nowych warunkach gry odnajdzie się Polska?

Read More

Co po obecnym boomie?

4.7% wzrostu PKB odnotowane w Q3’2017 (po wyeliminowaniu sezonowości nawet 5%) to bardzo dobry, dawno nie widziany wynik w naszej gospodarce. To jak się wydaje szczyt obecnego cyklu koniunktury i w związku z tym chciałbym przy tej okazji powrócić do pytania jakie przewija się od jakiegoś już czasu na stronach mojego bloga: czy to ostatni taki boom? („Ostatni taki boom?”, Ostatni taki boom? – pytanie wciąż aktualne”). Dziś chciałbym spojrzeć na nie z perspektywy poszukiwania odpowiedzi na nieco inaczej postawioną kwestię: co trzeba zrobić, by nie był to ostatni taki boom?

Read More

Spokój na powierzchni oceanu

Polska gospodarka rozwija się w tempie ok. 4%. Stopa bezrobocia pozostaje rekordowo niska. Deficyt budżetu będzie w tym roku zdecydowanie mniejszy od planowanego. Patrząc jedynie na wskaźniki makroekonomiczne mogłoby się wydawać, że ze spokojem można myśleć o kolejnych latach. Czy aby na pewno?

Read More

Procesy inwestycyjne w polskich firmach – cz.2

Kontynuując wątek z cz.1 chciałbym się teraz pokusić o wyciągnięcie wniosków odnoszących się do obecnej sytuacji sektora firm. Otóż moim zdaniem trudno je dostrzec czytając wprost przedstawione w cz.1badania i analizy, trzeba ich szukać między wierszami. By dostrzec to, co ukryte warto spojrzeć na przedstawione w cz.1 informacje przez pryzmat faz procesu inwestycyjnego. Na potrzeby tego tekstu przyjmijmy jego uproszczoną wersję składającą się z: i) fazy identyfikacji okazji biznesowych, ii) fazy przekuwania „okazji” w „projekt” inwestycyjny (czyli przekształcania pewnego pomysłu w biznes plan), iii) fazy zapewnienia finansowania oraz iv) fazy realizacji. Moim zdaniem problemy koncentrują się w fazach i) i ii). W znacznie mniejszej skali w fazie iii). Ale po kolei.

Read More

Page 1 of 2

Powered by THE NEW LOOK