Rytm gospodarki

Andrzej Halesiak

Czy potrzebujemy polityków?

Kilkanaście dni temu w tekście „Umiejętność czytania i rozumienia czasu” pisałem o tym, że w naszej polityce potrzebujemy pokoleniowej zmiany. To scenariusz naturalnej ewolucji systemu politycznego. Dziś chciałbym pójść jeszcze dalej i zarysować alternatywny scenariusz, tym razem mający już charakter rewolucji. Otóż w mojej ocenie funkcjonowanie naszego społeczeństwa i kraju miałoby się lepiej, gdybyśmy całkowicie podziękowali zawodowym politykom. W dobie zanikania wielu tradycyjnych zawodów nic złego by się nie stało, gdybyśmy także i tę profesję odesłali do lamusa. Ale po kolei.

Zacznijmy od tego czym jest polityka. Jej rozumienie ewaluowało na przestrzeni czasów i w zasadzie nigdy nie było jednej uniwersalnej definicji. Dziś jest podobnie. Według jednego z podejść polityka to SŁUŻBA dążąca do zmniejszenia, czy też usuwania ograniczeń w zaspokajaniu potrzeb ludzi. Na drugim końcu skali można znaleźć z kolei definicję mówiącą, że polityka to umiejętność rozróżnienia wroga od sojusznika, umiejętność klasyfikowania podmiotów politycznych wedle schematu „my i oni”. Warto zwrócić uwagę, że choć ta ostatnia koncepcja – C. Schmitta – wywodzi się z lat 30-tych XX wieku, z Niemiec, to niestety właśnie ona najlepiej odzwierciedla to, co z czym mamy dziś do czynienia w naszym kraju („kto nie jest z nami jest przeciwko nam”).

Równocześnie trzeba przyznać, że agresywne, silnie konfrontacyjne nastawienie w polityce to nie tylko nasz problem. Podobną sytuację można zaobserwować w wielu innych krajach Europy czy świata. To zastanawiające, bo mogłoby się wydawać, że rozwój ludzkości, społeczeństw i narodów oraz wzrost poziomu zrozumienia zasad funkcjonowania świata (zwłaszcza silnych, wzajemnych powiązań) powinny prowadzić do ewolucji polityki w kierunku WSPÓLNEJ troski o DOBRO WSPÓLNE i to zarówno w wymiarze narodowym jak i globalnym. Tymczasem zamiast współdziałania i koegzystowania mamy do czynienia z narastaniem tendencji konfrontacyjnych.

Taka sytuacja ma duże znaczenie. Istniejący dziś w Polsce system partyjny jest wysoce dysfunkcjonalny. Od blisko 20 lat największe siły polityczne nie wykazują chęci i zdolności budowania konsensusu wokół najważniejszych spraw. Przekłada się to na wysoce niewydolną sferę usług publicznych takich jak edukacja, służba zdrowia, armia itd. Wszystkie one funkcjonują na zasadzie „jeden krok do przodu dwa kroki do tyłu”. Jednym z klasycznych przykładów tego chocholego tańca jest ostatnia anty-reforma edukacji – nie rozwiązała ona żadnych kluczowych wyzwań odnoszących się do tego czego i jak uczą się nasze dzieci rodząc przy tym olbrzymi chaos. Stało się tak ponieważ zasadniczym motywem zmian było zanegowanie tego co zrobili poprzednicy.

Funkcjonowanie systemu politycznego w Polsce jest także dysfunkcjonalne z innych powodów. Po pierwsze chęć trwania przy władzy lub jej uzyskania za wszelką cenę rodzi narastający populizm, widoczny w szerokiej fali rozdawnictwa. W średnim terminie będzie to rodzić bardzo negatywne konsekwencje, o których pisałem w „Rok Świętego Mikołaja”. Po drugie metody wykorzystywane w bezpardonowej walce o władzę prowadzą do podziału społeczeństwa – to przełamanie widać dziś bardzo wyraźnie, a jest to niezmiernie niebezpieczne zjawisko. By naświetlić związane z nim zagrożenia warto przywołać cytat z procesu norymberskiego. Jeden z czołowych przywódców III Rzeszy, H.Goering, zeznał wówczas: „zwykli ludzie z natury rzeczy nie chcą wojny, ale o polityce decydują przywódcy kraju, a pociąganie ludzi za sobą zawsze jest proste. Wystarczy powiedzieć im, że są atakowani, a tym którym się to nie podoba zarzucić brak patriotyzmu”.

Goering odnosił się głównie do relacji między narodami, ale opisane przez niego mechanizmy można dziś wyraźnie dostrzec w naszych relacjach wewnętrznych. Jeśli nic z naszą sferą polityki nie zrobimy, to politycy w obronie WŁASNYCH INTERESÓW doprowadzą nas do swego rodzaju wojny. W zasadzie to ona już się toczy. „Sprzedając” społeczeństwu – z wykorzystaniem mediów – swoje wynaturzone i wyolbrzymione historie politycy dążą do tego by zasiać strach przed i wrogość do innych. Swymi działaniami skutecznie dzielą dziś nawet poszczególne rodziny.

Musimy się obudzić z amoku. Rzeczywiste różnice w społeczeństwie nie są tak wielkie jak przedstawiają je politycy, a żadna z nich nie jest takiego kalibru by rodzić nienawiść i agresję, z którą mamy do czynienia. Wszyscy zwykli obywatele naszego kraju chcą tak naprawdę tego samego – zaspokojenia podstawowych potrzeb to jest tego by móc godnie i bezpiecznie żyć, mieć poczucie przynależności oraz możliwość samorealizacji. Różnice w światopoglądach oraz w patrzeniu na te czy inne sprawy są celowo wyostrzane poprzez działania polityków, gdyż polaryzacja społeczeństwa pomaga im konsolidować swój elektorat i zyskiwać przyzwolenie na bardziej radykalne działania. W tym celu politycy wykorzystują prosty mechanizm znany z psychologii, który polega na tym, że poszczególne jednostki w przekazie medialnym podświadomie dobierają treści, które wspierają ich ogląd świata, co utrudnia otwarcie na poglądy innych, a tym samym dialog. Równocześnie jako społeczeństwo biernie akceptujemy narrację polityków i ich „opowieść”, że w obecnych uwarunkowaniach nie ma alternatywy dla podziału i polaryzacji. Że tak po prostu musi być, bo tak wygląda demokracja.

TO TYLKO OPOWIEŚĆ, NA DODATEK NIEPRAWDZIWA! Co więcej bardzo niebezpieczna, bo w warunkach szybko zmieniającego się świata i związanych z tym wyzwań nie stać nas na dysfunkcjonalną sferę polityki. Alternatywne scenariusze istnieją. Spróbujmy sobie np. wyobrazić, że zapominamy na chwilę o popieranych partiach i stworzonych przez nich ideologiach. Że zaczynamy jako obywatele ze sobą rozmawiać bez „pośrednictwa” polityki i polityków. Myślę, że bez sączonych przez politykę emocji i wzajemnego szczucia bylibyśmy w stosunkowo krótkim czasie wypracować konsensusy we wszystkich kluczowych sprawach. Zwłaszcza, gdyby dialog ten umiejętnie poprowadzić tzn. skupić go na przyczynach poszczególnych zjawisk i procesów a nie ich symptomach.

Wyobraźmy sobie dalej sytuację, że wszystkie partie polityczne zostają zdelegalizowane. Do Sejmu natomiast wybierani są przedstawiciele istniejących w Polsce organizacji pozarządowych – faktycznie działających stowarzyszeń i fundacji, np. proporcjonalnie do liczby posiadanych członków. Czy Sejm składający się z silnej reprezentacji kół gospodyń wiejskich, ochotniczej straży pożarnej, związków zawodowych, organizacji skupiających pracodawców, organizacji charytatywnych itd. nie byłby lepszą reprezentacją społeczeństwa? Jestem pewien, że w znacznie większej mierze niż dziś miałby na uwadze nasz wspólny interes i posiadał znacznie większą umiejętność wypracowywania konsensusów. Poza tym w takim Sejmie prawo stanowione byłoby pod wpływem merytorycznych głosów ekspertów, a nie różnego rodzaju lobby powiązanych dziś z poszczególnymi partiami politycznymi. Także władza wykonawcza – rząd – miałby w tych warunkach znacznie silniejszy pierwiastek merytoryczny; dziś dość powszechnie ministerialne biurko dostaje się nie za wiedzę, a za partyjne zasługi.

Przedstawiony powyżej quazi-model to tylko jeden z możliwych pomysłów na stworzenie lepszej dla naszego kraju reprezentacji parlamentarnej i kształtowania władzy wykonawczej. Takich pomysłów z pewnością można stworzyć więcej. Trzeba tylko uznać funkcjonowanie kraju bez polityków za możliwe. Uwierzyć, że nie jest to jakaś tam utopia, bo przecież dzisiejszy świat tak nie wygląda, że się po prostu nie da. Świat od stuleci idzie naprzód właśnie poprzez kwestionowanie „nie da się”. W taki sposób powstają nie tylko nowe wynalazki, ale także nowe idee. A i pierwsze praktyczne przykłady tego że naprawdę można istnieją – takim przykładem jest np. historia meksykańskiego miasta Cheran, które w 2011 r. pozbyło się swoich polityków.

Poprzedni

Umiejętność czytania i rozumienia czasu

Następne

Świat się nie kończy

  1. Lukasz

    W 100% się zgadzam !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powered by THE NEW LOOK