W miniony weekend, w jednej z gazet można było przeczytać taką oto diagnozę społeczeństwa i gospodarki, co ważne z okresu przed pojawieniem się wirusa:

  • Co druga z dorosłych osób deklaruje, że to co zarabia wystarcza jedynie na pokrycie bieżących potrzeb,
  • Galopujące ceny mieszkań i najmu stanowią dla młodych ludzi jedną z kluczowych bolączek,
  • W ostatnich latach kupno domu, odkładanie na emeryturę, zapewnienie edukacji dzieci staje się coraz większym wyzwaniem,
  • Technologia izoluje i tworzy bariery pomiędzy członkami rodzin,
  • Wśród osób w wieku 18-34 lata znacząco wzrósł odsetek tych ze zdiagnozowaną depresją,
  • 1/10 pracujących spędza w podróży do i z pracy ponad 1 godzinę dziennie.

Potem przyszedł wirus, zatrzymał na chwilę galopujący świat, stworzył szansę na dokonanie unikalnych przemyśleń i pojawiło się kolejne pytanie: czy taki świat jak opisany powyżej, to miejsce, do którego ludzie chcą po pandemii powrócić? Okazało się, że 70% nie chce, że zdecydowana większość pragnie chociażby częściowych zmian, szczególnie w kontekście zrównoważenia pracy i życia prywatnego oraz poczucia bezpieczeństwa. Nie chce powrotu do „normalnej-nienormalności”.

Być może nie byłoby w tych informacjach i danych nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nie są to doniesienia z polskiej prasy. To fakty stanowiące tło dla cyklu artykułów jakie opublikowane zostały w miniony weekend na łamach The Irish Times, pod wspólnym tytułem „Remaking Irleland”. To opis życia w Irlandii! W kraju, gdzie PKB na mieszkańca jest blisko 2-krotnie wyższy od średniej unijnej i ponad 2.5-krotnie wyższy niż w Polsce. Nawet jeśli wziąć pod uwagę, że spora część tego dochodu przypada wszechobecnym w tym kraju inwestorom zagranicznym, to nie zmienia to faktu, że mowa jest o jednym z najbogatszych i najlepiej rozwiniętych krajów świata, synonimie sukcesu gospodarczego ostatnich kilkudziesięciu lat.

Myślę, że warto na chwilę zatrzymać się przy tych informacjach. Moim zdaniem niosą one ze sobą bardzo głęboki przekaz, odkrywają przed nami szerszą perspektywę na tak zwany sukces gospodarczy i rozwój. Oto kilka moich refleksji.

Po pierwsze powyższe dane i informacje uświadamiają, że nawet jeśli przez kolejne 10, 20 czy nawet 30 lat nasz PKB będzie rósł w solidnym tempie i dzięki temu pod względem średniego dochodu znacząco skrócimy dystans do bogatszych od nas krajów, to jako jednostki/społeczeństwo wcale nie staniemy się przez to bardziej szczęśliwi, wcale nie musi nam się lepiej żyć. Problem polega bowiem na tym, że dzisiejszy świat jest źle skonstruowany – szczęście nie jest w nim celem przewidzianym dla ludzi. Celem tym jest posiadanie dóbr materialnych, a to nie są równoważne rzeczy, o czym znacznie więcej nie tak dawno pisałem w „Poukładać siebie, Polskę i świat na nowo”.

Druga istotna kwestia dotyczy czegoś, co można określić mianem mentalnego zaćmienia, przekładającego się na nieumiejętność rozwiązywania problemów z jakimi mierzy się współczesny świat. Jak się okazuje jest to fenomen, który może występować bez względu na poziom dochodów. W efekcie liczne uciążliwości codziennego życia (wpływające na to jak go całościowo postrzegamy) pojawiają się bez względu na to jak bogaty jest dany kraj. Przejawem tego zaćmienia jest moim zdaniem wszechobecna dziś silosowość, brak systemowego patrzenia na sprawy i bezmyślne replikowanie – często nie zweryfikowanych – schematów myślowych. Klasycznym przykładem w tym względzie jest problem zatłoczonych dróg i związanych z tym czasochłonnych dojazdów. Jeśli są korki, to podstawowa recepta brzmi od lat: „więcej dróg”. Tymczasem w praktyce więcej dróg, to powszechniejsze wykorzystanie samochodów. Korki więc nie znikają, a na dodatek rośnie zanieczyszczenie powietrza i zamiast rozwiązanego problemu, mamy w jego miejsce dwa. Gdzie szukać prawdziwego rozwiązania pokazała pandemia; trzeba przeorganizować nasze funkcjonowanie. Zamiast „przewalać” każdego poranka i wieczora miliony ludzi z jednego miejsca do drugiego, można część pracy, uczelnianych zajęć, nauki i innych aktywności przenieść w świat wirtualny. W ten sposób da się z pewnością wyeliminować 15-20% codziennego ruchu, z korzyścią zarówno dla ludzi jak i środowiska. Nie trzeba przy tym wydawać żadnych pieniędzy! Jest pewnie cała masa problemów, które dałoby się w ten sposób rozwiązać (ułatwiając życie), gdyby tylko zacząć wreszcie szukać tam gdzie trzeba. To nic nie kosztuje, można to robić bez względu na poziom dochodów.

Kolejna ważna sprawa odnosi się do powszechnie zaniedbywanej dziś kwestii poczucia bezpieczeństwa przez obywateli. W moim przekonaniu, to element, który w najbliższych latach będzie decydował o wyniku większości politycznych potyczek/wyborów. Rola tego czynnika wzrosła, gdy okazało się, że zglobalizowany, wykorzystujący najnowsze technologie świat stwarza wprawdzie jednostkom liczne i unikalne szanse, ale równocześnie towarzyszy temu gwałtowny wzrost ryzyka. Wraz z rozmywaniem norm, tradycji, obyczajów składających się na taką lub inną formę ładu społecznego świat z punktu widzenia jednostki stał się znacznie bardziej nieprzewidywalny. Szeroka (w moim przekonaniu coraz większa) rzesza osób nie potrafi sobie z tym poradzić.

Spinając powyższe wątki w konkluzję odnoszącą się do postawionego w tytule pytania: jeśli gonienie ma się odbywać jedynie w materialnym wymiarze, to moim zdaniem zdecydowanie nie warto. Znacznie lepszym rozwiązaniem jest wyciągnie wniosków z doświadczeń Zachodu i obranie za cel – na kolejne dekady – szeroko pojętego i powszechnego dobrobytu, w ramach którego kwestie materialne stanowić będą tylko jeden z elementów. Można w tym względzie inspirować się u innych (chociażby inicjatywy Wellbeing Economy Governments, do której należą Nowa Zelandia, Szkocja i Islandia), ale przede wszystkim trzeba kierować się własnym rozumem, systemem wartości i potrzebami ludzi. Co więcej, wycofując się ze zdefiniowanego w tradycyjny sposób globalnego wyścigu można – paradoksalnie – wysforować się na czoło cywilizacyjnego rankingu, gdyż inni do takiego holistycznego myślenia dopiero dojrzewają.

Patrząc szerzej – poza nasze lokalne podwórko – pandemia stwarza każdemu społeczeństwu unikalną szansę by skorygować kurs, przewartościować życie i przeorganizować świat wokół. Zatrzymać się w pogoni, która nie daje satysfakcji i szczęścia, bo dać nie może, a poza tym pozbawia świat przyszłości. Jeśli teraz nie dokonamy takiej refleksji, to za chwilę może być już za późno. Dalszy pęd i narastająca wraz z nim niepewność wzmagać będą u wielu poczucie lęku. W konsekwencji coraz większa część globalnego społeczeństwa może być skłonna zrezygnować ze swej wolności, dla chociażby namiastki poczucia stabilności i bezpieczeństwa. To otworzy drogę dla systemów totalitarnych i zamiast dokonać kroku w przyszłość, świat wybierze powrót do przeszłości.