Tuż przed obecnym długim weekendem wpadła przypadkiem w moje ręce najnowsza książka E.Bendyka „W Polsce, czyli wszędzie – rzecz o upadku i przyszłości świata”. Autor, to jedna z nielicznych w naszym kraju osób patrzących na gospodarkę i społeczeństwo całościowo (systemowo) i taka jest też książka zawierająca szeroki przekrój globalnych i lokalnych aspektów.

Gdy sięgnąłem po nią w piątkowe przedpołudnie nie przypuszczałem, że przeczytam ja jednym tchem. Bynajmniej nie stało się tak dlatego, że to rozrywkowa, lekka lektura, dobra na czas wypoczynku. Wręcz przeciwnie, to książka która przy czytaniu sprawia ból. Przynajmniej tak było ze mną. Nie jest to pewnie dobra rekomendacja, ale dzielę się moimi autentycznymi przeżyciami. Tym bardziej, że to ból z tych, który może mieć charakter ozdrowieńczy. To ból, który pojawia się, gdy dowiadujemy się prawdy o sobie. Tej wypieranej, skrywanej za murem zafałszowań i kłamstw, które sami sobie wmawiamy. Tej, o której pisałem niedawno w „Kłamstwa, którymi żyjemy”.

W przypadku książki E. Bendyka podstawowym mitem, która obala autor jest ten, że dogonimy tzw. Zachód. Co więcej w oparciu o wnikliwą analizę globalnych i lokalnych procesów stawia brutalne pytanie o to czy Polska przetrwa do 2030 r.?

Nie chcę zdradzać zbyt wiele z samej książki, ale wykorzystam kilka wątków, aby zachęcić do jej przeczytania.

O nieustannym powtarzaniu tych samych błędów

Jako naród od kilkuset lat powielamy te same błędy – snujemy mocarstwowe plany, a równocześnie robimy rzeczy, które sprowadzają nas nad „klif Seneki” – to sytuacja gwałtownej dekompozycji systemu (połączona z reguły z upadkiem państwa) wynikająca z braku diagnozy zagrożeń, ich właściwej interpretacji i zdolności odpowiednio wczesnego podjęcia przeciwdziałań. Dzieje się tak, bo nie wykształciliśmy zdolności strategicznego myślenia o naszym państwie. Także teraz – zdaniem autora – nie zauważamy lub bagatelizujemy wiele istotnych procesów związanych z tym, że świat wokół nas dramatycznie się zmienia, głównie ze względu na fakt, że rozwój (wzrost produkcji/konsumpcji) coraz bardziej zderza się z ograniczeniami wynikającymi z eksploatacji zasobów i malejącą efektywnością źródeł energii.

O „centrum” i „peryferiach” świata oraz o tym jak ich wzajemne relacje właśnie ulegają zmianie

Globalne trendy dużym prawdopodobieństwem przełożą się w najbliższych latach na zmianę globalnych reguł gry. Jeden z prawdopodobnych scenariuszy zakłada, że skończy się epoka, w której kraje rozwinięte (tzw. „centrum”) zainteresowane były ekspansją kapitału i technologii do tzw. peryferii (do których i my się zaliczamy). Choć przez lata była to dla nich atrakcyjna ścieżka akumulacji kapitału (rynki zbytu + tania siła robocza wykorzystywana w produkcji), to w warunkach fizycznych ograniczeń wzrostu związanych z wyczerpywanie zasobów i ociepleniem klimatu priorytetem dla „centrum” stanie się zachowanie dobrobytu u siebie, kosztem peryferii. Produkcja zacznie tam wracać, a pomocne w tym okażą się automatyzacja i robotyzacja (pozwolą zachować efektywność kosztową). Gdyby scenariusz ten się sprawdził, dramatycznie wpłynie to na perspektywy krajów peryferyjnych – ich dotychczasowe modele rozwoju oparte na imitacji i niskich kosztach legną w gruzach.

O naszej transformacji i dlaczego jesteśmy tu gdzie jesteśmy

W odniesieniu do polskiej transformacji E. Bendyk zauważa m.in., że:

  • w uwarunkowaniach 1989 r. w zasadzie nie mieliśmy wyboru własnej ścieżki, zostaliśmy włączeni przez „centrum” w globalny system akumulacji kapitału,
  • w swej nadgorliwości (lub niezrozumieniu) poszliśmy ścieżką „ślepego i głuchego” (to mój skrót myślowy) neoliberalizmu, szczególnie po kryzysie 2008 r., co musiało zrodzić liczną rzeszę „przegranych transformacji” (sam pisałem o tym kilka lat temu w Rzeczpospolitej: „Jak wyrwać Polskę z dryfu”) i przynieść odreagowanie. Innymi słowy PiS miał utorowaną przez PO drogę do władzy,
  • „tragedia państwa PiS” – jak to określa Bendyk – polega na tym, że partia ta zupełnie nie rozumie mechanizmów funkcjonowania złożonych systemów, w efekcie podejmowane działania prowadzą do alienacji państwa i jego ucieczki z rzeczywistości w sferę mitów i fantazji. Jak to wygląda w praktyce? Podczas gdy rolą państw jest rozwiązywanie problemów, państwo PiS koncentruje się w zasadzie na jednym: redukowaniu poczucia lęku i niepewność przyszłości. Odbywa się to w najprostszy możliwy sposób, transferów socjalnych. To działanie zapewniające wprawdzie poparcie polityczne tu i teraz, ale zarazem bardzo krótkowzroczne. Tym bardziej, że równocześnie żadne długofalowe wyzwania (zanieczyszczenia środowiska, transformacji energetycznej, problemu mieszkaniowego, zmian klimatycznych, itd.) nie są rozwiązywane. Co więcej powszechna centralizacja i paraliż wielu istotnych instytucji sprawiają, że w sytuacji globalnych zmian, gdy system dramatycznie potrzebuje elastyczności (na dostosowanie), ta jest ograniczana.

Zachęcam do lektury całości. Jest w książce dużo więcej wątków, także kontrowersyjnych. Dla mnie osobiście wywód i argumentacja E.Bendyka potwierdzają przede wszystkim to, o czym sam piszę na moim blogu od dłuższego już czasu – ani PiS ani PO nie oferują rozwiązań jakie potrzebujemy w czasach globalnych zmian. Nawet w obliczu pandemii, żadna z tych partii nie dokonała autorefleksji (o czym świadczą chociażby rozgrywki jakie toczą się przy okazji wyborów prezydenckich). Obie tkwią w mentalnych ograniczeniach, by nie powiedzieć regresie. W efekcie my dziś – w obliczu dramatycznych zmian w świecie – zamiast leczyć przyczyny bólu (rozwiązywać realne problemy) stosujemy metodę podawania przeciwbólowych leków. W polskiej polityce trwa „bal na Titanicu”.

Czy w tej sytuacji nie ma szansy na optymistyczny scenariusz? Wierzę, że jest. Tu odwołam się znów do książki Bendyka – w 1979 badania wskazywały na występowanie w Polsce próżni socjologicznej, zjawiska które nie zapowiada jakichkolwiek zmian. Tymczasem rok później zrodziła się Solidarność, pojawiło się masowe zaangażowanie i samoorganizacja. Wierzę, że 2020 jest pod tym względem jak 1980, że nadchodzi nowe. By wywołać zmiany nie trzeba od razu zmieniać całego społeczeństwa, na początek potrzeba nowych liderów (pisałem o tym w „Nadchodzi nowe. Nie zmarnujmy tej szansy!). Ludzi „uczciwych i mądrych” (o których pisałem w „Polska droga prawdy – pomiędzy relatywizmem i absolutyzmem”). Wierzę, że tacy ludzie w Polsce są – trzeba koniecznie dopuścić ich do głosu.

W praktyce, najbardziej według mnie pożądana opcja to przejściowy rząd ekspertów. To dziś wydaje się utopią, ale jestem pewien, że dynamika nadchodzących miesięcy będzie olbrzymia i niemożliwe dziś, jutro może stać się rzeczywistością. Są też inne opcje, np. połączenie sił młodych liderów (W.W. Kamysz i Sz.Hołownia) w formie nowej partii, która wywróci dotychczasowy układ i przedstawi program oparty na nadziei (a nie strachu). Być może też w polityce wyłamią się zupełnie nowi liderzy. W każdym razie wierzę, że ból prawdy wyzwala i pobudzi nas do (nowego) działania!