Przełom września i października to tradycyjnie czas protestów i demonstracji różnych grup zawodowych, które przybywają do Warszawy, by w okresie prac nad budżetem walczyć o swoje. Nie inaczej jest i w tym roku. Największą część protestujących stanowią przedstawiciele sfery budżetowej: nauczyciele, służby mundurowe itd. Postulatów jest z reguły kilka, ale na czoło tradycyjnie wybijają się te odnoszące się do wzrostu płac. W tym roku protestujących wspiera otoczenie makroekonomiczne: Produkt Krajowy Brutto rośnie w tempie 5% realnie, płace w sektorze firm rosną w tempie 7-8%, rząd chwali się dobrą sytuacją budżetu oraz znaczącą poprawą w zakresie ściągalności podatków. Równocześnie planowany na 2019 r. wzrost funduszu płac w państwowej sferze budżetowej ma wynieść niewiele ponad 2%. Trzeba mieć jednak świadomość, że wszystkich tych liczb nie można porównywać wprost. Tempo wzrostu funduszu wynagrodzeń to pochodna wielu czynników, nie tylko wzrostu średniej płacy. Wpływ na niego ma np. zmiana struktury zatrudnienia – jeśli np. odchodzące na emerytury osoby (z reguły o relatywnie wysokich wynagrodzeniach) zastępowane są przez młode, bez doświadczenia (którym na starcie płaci się mniej), to zjawisko to prowadzi do spowolnienia ogólnego tempa wzrostu funduszu wynagrodzeń.

Takich kwestii matematyczno-statystycznych jest więcej. Nie na nich jednak chciałbym się skoncentrować, a na szerszej sprawie tzw. dialogu społecznego. To bardzo ważny element każdego systemu społeczno-gospodarczego. Jeśli procesy dialogu funkcjonują właściwie, wzmacniają system, z kolei gdy mają ułomny charakter bardzo go osłabiają. W moim przekonaniu pomimo instytucjonalnych zmian w ostatnich latach wciąż znacznie nam bliżej do tej drugiej sytuacji. Dlaczego? Głównie z dwóch powodów. Po pierwsze, w ramach dialogu społecznego nie ma u nas podejścia całościowego. Nie dyskutuje się równocześnie nad pełną paletą kwestii socjalnych i nie dąży do osiągniecia konsensusu co w ich zakresie powinno – w danym okresie – uznane zostać za priorytet. O ile już, to dyskutuje się indywidualne kwestie – oddzielnie poziom płacy minimalnej, oddzielnie kwestie wynagrodzeń nauczycieli, oddzielnie sprawy odnoszące się do emerytur itd. Takie podejście siłą rzeczy abstrahuje od tego, że wszystkie kwestie socjalne odnoszą się do jednego wspólnego „worka” o nazwie budżet państwa. W efekcie nie powinno dziwić, że proces przeciągania zawsze zbyt przykrótkiej kołdry przenosi się na ulice.

Po drugie, formalny proces dialogu społecznego (w oparciu o przewidzianą dla niego infrastrukturę, np. Radę Dialogu Społecznego) jedynie w ograniczonym zakresie wpływa na rzeczywiste kształtowanie struktury wydatków socjalnych. Te ostatnie – od wielu już lat – są w największej mierze kształtowane w trakcie kampanii wyborczych. W efekcie mają maksymalizować krótkoterminowe poparcie, a nie efektywność socjalnych funkcji państwa. Konsekwencją tego jest to, że część wydatków w sferze socjalnej trafia nie koniecznie tam gdzie powinna oraz to, że niektóre rozwiązania abstrahują od rzeczywistości gospodarczej (np. przyczyniają się do narastania napięć na rynku pracy w warunkach malejącej jej podaży).

W związku z nieuchronnymi procesami demograficznymi (malejąca i starzejąca się populacja) należy oczekiwać, że presja na wydatki budżetu będzie coraz to bardziej narastać. Jeśli w tej sytuacji chcemy zapewnić trwały, zrównoważony wzrost gospodarczy potrzebujemy nowych, bardziej dojrzałych rozwiązań w zakresie dialogu społecznego. Przede wszystkim główny nurt tego dialogu musi przebiegać w ramach instytucji dlań przewidzianych, a nie w ramach wieców przedwyborczych. Równocześnie wszystkie strony tego procesu muszą czuć się odpowiedzialne, nie tylko za interesy grup, które reprezentują, ale także za interesy kraju.