Niedawno miałem okazję brać udział w dyskusji zorganizowanej przez Europejski Bank Inwestycyjny oraz NBP nt perspektyw wzrostu gospodarczego w Europie. Poniżej kilka przemyśleń, którymi starałem się podzielić.

  • W kontekście różnorodnych szacunków potencjalnego wzrostu w Europie na poziomie 0-1%, ostatnie 2-3 lata dobrej koniunktury wydają się być wyjątkiem raczej niż sygnałem trwałej poprawy sytuacji. W tym kontekście kluczowe staje się pytanie, dlaczego Europa nie jest w stanie wyrwać się z długotrwałego marazmu. Przez ostatni 10 lat średnioroczne tempo wzrostu gospodarczego w UE wynosiło zaledwie 0.9%. Pod tym względem UE udało się pobić nawet Japonię, kraj który przez lata uchodził za synonim problemów gospodarczych i słabego wzrostu (po pęknięciu w 1992 r. bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości i giełdzie wzrost gospodarczy w kolejnych dziesięciu latach wyniósł średnio 1%).
  • W moim przekonaniu u podstaw problemów leży niewłaściwa konstrukcja instytucjonalna Europy, a konkretnie strefy euro. Każdy wie, że nie stanowi ona optymalnego obszaru walutowego, jednocześnie jednak przez minione 10 lat niewiele zrobiono by tę sytuację zmienić. Wprowadzono wprawdzie pewne nowe rozwiązania (jak np. fundusze pomocowe czy elementy unii bankowej), ale o ile są one w stanie zapewnić “techniczną wypłacalność” strefy euro, to nie są wystarczające do tego by wszystkie obszary strefy mogły się rozwijać. Dla zapewnienia tego ostatniego niezbędne jest bowiem przeprowadzenie głębokich zmian strukturalnych (wspieranych przez budżet centralny strefy euro) oraz restrukturyzacja zbyt wysokich w wielu krajach długów. Tak długo jak tych rozwiązań brakuje uchylone pozostają drzwi dla alternatywnego scenariusza, w którym w pewnym momencie w czasie może nastąpić rezygnacja z projektu wspólnej waluty, przynajmniej przez niektórych jej członków. Taka sytuacja przekłada się na podwyższony poziom niepewności, co z kolei odbija się na procesach inwestycyjnych.
  • To jednak nie wszystko. Ponieważ problemy słabszych ogniw strefy euro pozostają nierozwiązane, zmusza to Europejski Bank Centralny do utrzymywania ich wypłacalności poprzez ekspansywną politykę monetarną. W efekcie stopy procentowe pozostają w Europie „za niskie, zbyt długo”. Taka sytuacja rodzi zawsze koszt w postaci rosnącej penetracji w gospodarce tzw. firm zombie (które normalnie powinny upaść, ale tani pieniądz utrzymuje je sztucznie przy życiu). Jak wskazują na to dane Banku Rozrachunków Międzynarodowych i OECD odsetek tego typu firm w strukturze sektora przedsiębiorstw rośnie. Jest to wyraźny sygnał, że procesy twórczej destrukcji nie zachodzą w gospodarce w takiej skali jak powinny, co z kolei prowadzi do niewłaściwej alokacji kapitału. Kapitał i zasoby nie są w stanie przepływać do efektywnych firm, ograniczając tym samym ich rozwój. Końcowym rezultatem jest wolne tempo wzrostu produktywności, przekładające się na wolne tempo wzrostu PKB.
  • Jak by jednak tego wszystkiego było mało, brak rozwiązania problemu pierwszego rzędu (jakim jest nieoptymalny kształt strefy euro) tworzy środowisko, w którym bardzo łatwo rodzą się kolejne problemy. Takimi problemami są Brexit (reakcja Brytyjczyków na nieporadność europejskich struktur) oraz narastający populizm. W efekcie strefa euro (a wraz z nią cała UE) znajduje się w swego rodzaju „kręgu niemożliwości”, rodzącym coraz to nowe negatywne wydarzenia. Przerwanie tego kręgu jest bardzo trudne, ponieważ wymaga porozumienia rządów aż 19 krajów. Każdy z nich znajduje się nieco odmiennej sytuacji i stara się bronić swoich własnych interesów (w końcu odpowiada przed lokalnymi, a nie europejskimi wyborcami).
  • Powyższe implikuje moim zdaniem, że dopiero kolejny poważny kryzys może doprowadzić do bardziej zdecydowanych działań i zmian. Tymczasem postępować będzie pełzająca marginalizacja roli Europy w świecie.