Staram się trzymać zasady, że nie wypowiadam się na tematy, którymi na co dzień się nie zajmuję. Tym jednak razem postanowiłem uczynić swego rodzaju wyjątek – pedagogiki i zagadnień związanych z edukacją wprawdzie nie studiowałem, ale od lat – ze względu na moje dzieci – stykam się dzień w dzień z funkcjonowaniem systemu oświaty i to właśnie te codzienne obserwacje skłoniły mnie do napisania niniejszego felietonu.

Kiedy przyglądam się funkcjonowaniu systemu edukacji w Polsce, to moją uwagę zwraca kilka kwestii. Przede wszystkim narastająca frustracja nauczycieli, która w głównej mierze jest związana z poziomem wynagrodzeń (szczególnie w ujęciu relatywnym – na tle szybkiego w ostatnich latach wzrostu płac w sektorze przedsiębiorstw), ale także z utratą poczucia bezpieczeństwa pracy w związku z trendami demograficznymi (o ile 10 lat temu osób w wieku 7-18 lat było w Polsce 5.5 mln, to obecnie jedynie 4.5 mln). Do tego wszystkiego dochodzą rosnące oczekiwania rodziców, którzy nie rzadko chcieliby widzieć w szkole nie tylko miejsce edukacji swoich dzieci, ale także zrzucić na placówki oświatowe pełną odpowiedzialność za ich wychowanie.

Inną cechą charakteryzującą nasz system edukacji jest rosnący stopień oderwania od otaczającej nas rzeczywistości. To w moim przekonaniu pochodna przestarzałych treści i metod nauczania, zupełnie nieprzystających do potrzeb XXI wieku. Szkoła koncentruje się na przekazywaniu wiedzy – często stosunkowo mało przydatnej – a zaniedbuje proces kształtowania określonych kompetencji. Jednym z głównych powodów takiej sytuacji jest standaryzacja „produktu” (usługi edukacyjnej), co idzie pod prąd ogólnemu trendowi by to co jest oferowane było w możliwie wysokim stopniu „szyte na miarę”, dostosowane do indywidualnych potrzeb i oczekiwań. To wystandaryzowanie edukacji występuje pomimo, że postęp w różnych dziedzinach wiedzy (pedagogice, psychologii, technologii, itd.) pozwala dziś na szybkie diagnozowanie i identyfikowanie wzorców uczenia się czy predyspozycji poszczególnych uczniów. Problem nie polega więc na tym, że edukacja jest specyficzna i, że w jej przypadku zindywidualizowanie nie jest możliwe, ale na tym, że nasza edukacja zupełnie z najnowszych zdobyczy nauki nie korzysta. Standaryzacja obejmuje także uposażenie kadry uczącej. Pomimo rozbudowanego systemu ocen nauczycieli – z czym związana jest olbrzymia sfera biurokracji – ostateczny ich wpływ na to, ile się faktycznie zarabia pozostaje niewielki.

Standaryzacja edukacji jest ściśle związana z jej centralizacją. Choć formalnie za większość szkół w Polsce odpowiadają samorządy, to w praktyce odnosi się to kwestii organizacyjno-finansowych. Z punktu widzenia kwestii merytorycznych cały system jest wysoce scentralizowany. Na zlecenie ministerstwa „tęgie głowy” wtłaczają otaczający nas świat i wiedzę o nim w tzw. ramy programowe, Odgórnie ustalane jest to co i jak powinno być w szkołach przekazywane. Ponieważ „tęgie głowy” dziś to w dużym procencie te same osoby co kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt lat temu, więc kreatywność w zakresie meritum ogranicza się z reguły do przesuwania poszczególnych bloków tematycznych z jednego poziomu do innego – np. w ramach tzw. reformy zamiast w 5 klasie uczy się danego zagadnienia w 6-tej.

Opisane powyżej cechy naszego systemu edukacji powodują, że brak w nim mechanizmów, które sprawiałyby że dobre pomysły i rozwiązania (w zakresie tego co i jak uczyć) miałyby szansę się przebić, wypłynąć. Co więcej w wysoce wystandaryzowanym modelu nie ma też bodźców (zwłaszcza finansowych), by do takich innowatorskich rozwiązań i treści w ogóle poszukiwać. To zła wiadomość. W dzisiejszym świecie – szybkiego postępu technologicznego, szybkich zmian społeczno/ekonomiczno/procesowych – edukacja staje się kluczem do sukcesu. To prawda, że na dzień dzisiejszy niewiele krajów ma pomysł na edukację XXI wieku, ale nie powinno to być dla nas żadne pocieszenie. Tym bardziej, że gdy inni przynajmniej poszukują nowych rozwiązań, my poprzez wprowadzane w ostatnich latach zmiany cofnęliśmy się wstecz. Sytuacja w edukacji to jedna z głównych niewykorzystywanych przez nas szans – dobry system edukacji mógłby być dla nas źródłem przewagi konkurencyjnej nad innymi krajami. Tymczasem wciąż nastawiony jest on na kształcenie setek tysięcy przyszłych „dokręcaczy śrubek”, a nie kadry dla kreatywnej i innowacyjnej gospodarki. Kadry które zapewniłyby sukces w cyfrowym świecie robotów, sztucznej inteligencji itd.

Czego więc potrzeba naszemu systemowi edukacji? Jest jedna uniwersalna recepta na wszystkie wspomniane wyżej bolączki – wprowadzenie tam gdzie się tylko da mechanizmów rynkowych i związana z tym decentralizacja. Jestem świadom tego, że edukacji nie można (i nie wolno) w pełni oddać we władanie „niewidzialnej ręki rynku”, ale dzisiejszy stan w Polsce jest drugim, bardzo szkodliwym ekstremum. Konkurencja jest przede wszystkim potrzebna na poziomie tworzenia programów i praktyk nauczania. W tym zakresie – poza ściśle zdefiniowanym faktycznym minimum programowym (takim „minimum minimum”) – powinna być możliwość niemalże dowolnego kształtowania programów, co do tzw. „twardej wiedzy” i miękkich kompetencji. Konkurencja potrzebna jest także na poziomie implementacji programów – tutaj kluczowi stają się nauczyciele. Ci, którzy są w stanie osiągać ponadprzeciętne wyniki powinni znacznie więcej od przeciętnej zarabiać. Nie uda się powyższych elementów zapewnić, jeśli pieniądze nie będą szły za uczniem – np. w formie bonu edukacyjnego.

Na terenach wiejskich i w małych miejscowościach wykreowanie warunków dla konkurencji może się na pierwszy rzut oka wydawać trudne. Tak jest jednak jedynie wówczas, jeśli patrzymy na szkołę w tradycyjny sposób, jako na gmach, rejonizację i nienaruszalny plan lekcji. Gdy tylko wyrwać się poza te – sztuczne w praktyce – ograniczenia, wówczas okaże się, że dla zapewnienia konkurencji można wykorzystać nowoczesne rozwiązania techniczne i organizacyjne. Do dyspozycji stoją dziś wideokonferencje czy e-learning. Można też organizować np. 2, 3 czy 5 dniowe sesje tematyczne związane z przyjazdem określnego nauczyciela, wykładowcy czy też zewnętrznej firmy zajmującej się przekazywaniem określonych treści. Równocześnie, jeśli tylko rodzice będą mieć przekonanie, że szkoła położona 15 czy 20 km od domu, ze względu na swą ofertę, stwarza ich dzieciom lepsze szanse na przyszłość, to z pewnością będą je tam dowozić. Edukacja może i powinna zaoferować znacznie więcej niż dziś. Trzeba tylko stworzyć ramy instytucjonalne dopuszczające nowe rozwiązania oraz wykreować bodźce do tego, by zarządcy szkół chcieli z tych rozwiązań korzystać. Innymi słowy potrzebne jest świeże spojrzenie na edukację w naszym kraju, a nie ciągłe kiszenie się w sosie tych samych, coraz bardziej nieprzystających do dzisiejszego świata rozwiązań.

Opublikowane: Parkiet, 28.04.2019