Ostatnimi czasy „chodzi” za mną temat domykania luki dochodowej w stosunku do najbogatszych krajów. Poruszałem go w swym poprzednim felietonie („Jak dalej gonić świat”, Parkiet 24.09.2019), chcę do niego powrócić także teraz. Tym razem jednak w innym ujęciu, w odniesieniu się do składanych w trakcie kampanii wyborczej deklaracji „rychłego dogonienia Niemiec”, osiągnięcia przeciętnego dochodu na mieszkańca takiego jak u naszych zachodnich sąsiadów, który dziś w ujęciu nominalnym wynosi ok. 35%, a z uwzględnieniem siły nabywczej niespełna 60%.

Mówiąc o doganianiu trzeba zacząć od tego, że poziom uzyskiwanych w danym kraju dochodów jest generalnie pochodną poziomu zaawansowania gospodarki – tego co i jak się w niej wytwarza. Jest tak, ponieważ to jak zaawansowana jest strona podażowa gospodarki przekłada się na produktywność (wartość wytworzoną średnio na pracownika), co z kolei znajduje odzwierciedlenie w dochodach. Że tak właśnie jest dobitnie świadczy historia naszej transformacji – gdyby nie dokonana w minionych 30 latach transformacja sektora wytwórczego, poziom dochodów pozostałby niski, taki pewnie jak na Ukrainie.

Jeśli nie zadba się o stronę podażową, to wszelkie próby „zadekretowania” wyższych dochodów – np. poprzez radykalne podwyżki płacy minimalnej – stosunkowo szybko kończą się wyższym poziomem cen i/lub narastającym deficytem handlowym, a stąd już prosta droga do poważnych problemów gospodarczych. O działaniu tej prawidłowości dobitnie w ostatnich dziesięcioleciach przekonały się m.in. takie kraje jak Grecja czy Hiszpania. Swego czasu podstawiły one na stymulowanie popytu wewnętrznego zakładając, że strona podażowa sama się dostosuje. Dostosowanie rzeczywiście wystąpiło, ale nie w kierunku zapewniającym trwały rozwój – wykreowany przez politykę gospodarczą konsumpcyjny boom doprowadził do rozwoju sektora prostych usług, handlu i budownictwa mieszkaniowego, gwałtownie zmalała natomiast rola najbardziej złożonej i wysoce-produktywnej części gospodarki jaką jest przemysł. Ten ostatni poległ w konkurencji z innymi krajami.
W kontekście powyższych prawidłowości można pokusić się o wskazanie kilku elementów, kluczowych by doganianie Niemiec przez kraj taki jak Polska mogło mieć trwały charakter. Wszystkie one sprowadzają się do mechanizmów, które „popychałyby” gospodarkę w kierunku wspomnianej już wcześniej większej złożoności i wyższej produktywności.

Pierwszym z tych elementów jest mechanizm funkcjonowania rynku pracy. W Niemczech dominuje negocjacyjny tryb ustalania płac, w którym rolę wiodącą odgrywa wystawiony na międzynarodową konkurencję przemysł. Sprawia to, że wzrost płac jest ściśle powiązany ze wzrostem produktywności. Ustalenia z przemysłu są następnie przekładane na pozostałe części sektora biznesowego oraz sferę usług publicznych (powszechnie uznaje się, że wysoki poziom edukacji, służby zdrowia i innych służb jest tak samo ważny dla rozwoju kraju jak biznes). Jest to możliwe ze względu na dość jednolity charakter rynku pracy (form zatrudnienia) oraz wzajemny szacunek wszystkich partnerów dialogu społecznego.

A jak proces kształtowania płac – czy szerzej dialogu społecznego – wygląda w naszym kraju? Mamy okazję właśnie to obserwować. Aspekt produktywności w zasadzie się w nim nie pojawia, podobnie jak elementy rzeczywistego dialogu.

Dobrze zaprojektowany mechanizm powiązania płac i produktywności na poziomie makro przekłada się w Niemczech na poziom mikro – poszczególnych firm – tworząc swego rodzaju dodatnie sprzężenie zwrotne: uzależnienie wzrostu płac od wzrostu produktywności stymuluje współpracę pracowników i menedżerów, ich kreatywność i innowacyjność. Wszystko oczywiście po to by podnosić wydajność.

Także w tym względzie sytuacja w Polsce wygląda odmiennie. Szczególnie w przypadku małych i średnich firm, gdzie interesy pracowników i menedżerów są z reguły rozbieżne. Dla menedżerów pracownik to przede wszystkim koszt, który trzeba minimalizować. Znajduje to m.in. wyraz w ograniczaniu inwestycji w tzw. kapitał ludzki. Można mówić nawet o błędnym kole – w wielu badaniach menedżerowie i właściciele firm jako jedną z istotnych barier rozwoju (wzrostu produktywności) widzą brak odpowiednich kompetencji (np. cyfrowych), ale równocześnie w tych samych badaniach przyznają, że sami w nie u swych pracowników nie inwestują.

Kolejnym ważnym elementem polityki doganiania jest kwestia wspierania firm przez państwo. Wspierane powinny być procesy rozwojowe (inwestycje w maszyny, B&R, kapitał ludzki), a nie określone segmenty firm jako takie (np. mikro i małe za to, że są właśnie małe). Wszelkie badania pokazują, że zdecydowana większość mikro/małych podmiotów nie ma wcale ambicji, aby się rozwijać. W tej sytuacji ich subsydiowanie, to swego rodzaju zaproszenie do niskiej produktywności w gospodarce. Efekt ten dobrze widać w Ameryce Południowej (pisałem o tym swego czasu w „Struktura firm, a produktywność i wzrost”, Parkiet 16.10.2015), widać także w naszym kraju: hołubione od lat mikro firmy wykazują zaledwie 1/3 poziomu produktywności swych odpowiedników w UE, podczas gdy w przypadku dużych firm jest to ponad 50%.

Następna kwestia, to współpraca biznesu i nauki. Wraz z dojrzewaniem gospodarki rola tego czynnika znacząco rośnie. W Polsce brakuje instytucji – jaką w Niemczech jest Towarzystwo Fraunhofera Wspierania Badań Stosowanych – która skutecznie wspierałaby biznes w opracowywaniu rozwiązań mających praktyczne zastosowanie w przemyśle i życiu codziennym

Czwarty istotny element to umiejętność osiągania ponadpartyjnych konsensusów w najważniejszych sprawach. W Niemczech taka praktyka ma miejsce od dziesięcioleci. U nas w większości istotnych obszarów sfery publicznej (edukacja, służba zdrowia itd.), a także wielu ważnych obszarach biznesowych (np. energia odnawialna) nie jesteśmy w stanie wypracować trwałych rozwiązań, gdyż każde nowe polityczne rozdanie oznacza zanegowanie tego co stworzyli poprzednicy.

Jest jeszcze pewnie kilka innych istotnych kwestii (jak chociażby system edukacji, o którym pisałem niedawno w „Globalna przewaga dzięki edukacji”), ale już tylko z powyższego zestawienia wynika, że tak naprawdę o wszystkim decyduje….jakość i ewolucja rozwiązań instytucjonalnych. Tych formalnych i nieformalnych. To właśnie one są kluczowe dla procesu „popychania” gospodarki ku większej złożoności i wyższej produktywności.

Istnienie instytucjonalnej luki w Polsce potwierdzają międzynarodowe zestawienia i rankingi. Dla przykładu w raporcie globalnej konkurencyjności (Global Competitiveness Index) w odniesieniu do „instytucji” zajmujemy 53 pozycję w świecie, a Niemcy 16. Podobny obraz rysuje się z zestawienia Banku Światowego – w rankingu „skuteczności władz publicznych” zajmujemy 47 pozycję, a Niemcy 13-tą.

Jaki wypływa z tego wniosek? Że jeśli pod względem poziomu dochodów chcemy dognić Niemcy, to powinnyśmy uwagę koncentrować przede wszystkim na poprawianiu rozwiązań instytucjonalnych, a wówczas wskaźniki takie jak PKB na mieszkańca będą konwergować same. W tym procesie niekoniecznie chodzi o to, aby naśladować rozwiązania niemieckie – chodzi bardziej o znajdowanie własnych (pasujących do lokalnych uwarunkowań), które będą służyły nadrzędnemu celowi: wyższej złożoności i produktywności. Oparcie się na własnych rozwiązaniach stwarza nawet szansę na przeskoczenie Niemiec – najpierw w zakresie instytucjonalnym, a wraz z tym docelowo także pod względem dochodów. W teorii taki scenariusz jest jak najbardziej możliwy. Równocześnie jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że w naszym kraju do kwestii rozwiązań instytucjonalnych podchodzi się dziś jak do zbędnych wojskowych taborów, które opóźniają marsz w kierunku światłych wizji, deklaracji i obietnic. Tyle tylko, że bez taborów nikt jeszcze nie wygrał żadnej znaczącej kampanii.

Opublikowane: Parkiet 05.10.2019