Trwają wakacje, ale ze względu na jesienne wybory politycy nie próżnują. Zasypują nas informacjami o swoich programach społeczno-gospodarczych, planach na najbliższe 4 lata i obietnicach jakie dla nas – wyborców – mają. To co się moim zdaniem rzuca w tych przekazach w oczy, to powszechny brak … myśli przewodniej; propozycje programowe stanowią zbiory różnego rodzaju postulatów, dobranych nie tyle po to by tworzyły jakąś spójną całość, ale by w jak najlepszy sposób przypodobać się potencjalnym wyborcom.

W tym kontekście chciałbym wrócić do mojego tekstu sprzed blisko 3 lat, opublikowanego na portalu dyskusja.biz. Tekst pt. „Jeśli nie (neo-)liberalizm to co?” przywoływał alternatywne do liberalizmu koncepcje organizacji społeczeństwa i gospodarki, te o charakterze korporacjonistycznym. W systemach tych stosunki są kształtowane w oparciu o istniejące w danym kraju grupy interesu (np. rolnicy, przemysł, banki, związki zawodowe, sądownictwo, politycy itd.) oraz ich wzajemne interakcje. Głównymi siłami wymuszającymi zmiany są z kolei postęp technologiczny i globalizacja.

Nie będę w tym miejscu przywoływał w całości wspomnianego wyżej artykułu, ale w kontekście tego o czym chcę tym razem napisać warto przypomnieć krótkie charakterystyki podstawowych form korporacjonizmu:

  1. Tradycyjny – w jego ramach odpowiedzią na wyzwania związane z globalizacją i technologią jest usilna ochrona istniejącego układu (rodzajów działalności, interesów dominujących grup). Działania mają charakter defensywny. Polegają na stosowaniu narzędzi, które mają ograniczyć wpływ otoczenia na sytuację wewnętrzną (subsydia, tanie finansowanie) a tym samym opóźniać jak tylko się da zmiany strukturalne. W praktyce wygląda to np. w ten sposób, że banki finansują głównie tradycyjne rodzaje działalności, a z kolei państwo subsydiuje (w formalny lub nieformalny sposób) banki lub rozwija publiczne instytucje finansowe (wehikuły inwestycyjne, banki rozwoju itd.). Równocześnie polityka społeczna koncentruje się na ochronie zatrudnienia, np. poprzez rozbudowę liczby miejsc pracy w sektorze publicznym, po to by zapewnić spokój społeczny.
  2. Konkurencyjny – w tym przypadku dostosowanie (w obliczu narastającej konkurencji globalnej) przybiera formę zmian instytucjonalnych, tak aby w nowych uwarunkowaniach mogły one spełniać nowe funkcje. W praktyce polega na tym, że zamiast rynku (jak w neoliberalizmie) siłą sprawczą w zakresie niezbędnego dostosowania staje się państwo, które albo forsuje określone rozwiązania, albo też prowadzi do zawarcia porozumień pomiędzy grupami interesu zapewniających utrzymanie międzynarodowej konkurencyjności gospodarki, generalnie w ramach istniejącego status quo (w odniesieniu do struktury gospodarki). Porozumienia te mogą np. obejmować kwestie redukcji kosztów, ograniczenie wydatków państwa, itd.
  3. Kreatywny – dostosowanie zachodzi tu poprzez zinstytucjonalizowaną współpracę poszczególnych grup interesu w celu inwestowania w zasoby (kapitał ludzki, wiedzę, kapitał finansowy podwyższonego ryzyka) czemu towarzyszy proces powstawania nowych firm, branż i rodzajów aktywności. W praktyce proces ten prowadzi do głębokiego przedefiniowania gospodarki, np. w sektorze finansowym relacyjna bankowość (długotrwałe relacje pomiędzy bankami a tradycyjnymi firmami) zostaje zastąpiona przez bardziej odpowiednie dla finansowania ryzykownych przedsięwzięć rozwiązania oparte o rynek kapitałowy. Z kolei w zakresie rynku pracy tradycyjną ochronę zatrudnienia zastępuje współpraca mająca na celu zapewnienie procesu nieustanego kształcenia, po to by pewność zatrudnienia w konkretnym miejscu zastąpić pewnością znalezienia pracy. W zakresie polityki przemysłowej wszelkie sektorowe formy subsydiów zostają wyeliminowane, a cały wysiłek zostaje skoncentrowany na wspieraniu procesu eksperymentowania w gospodarce (np. poprzez wsparcie procesów badawczo-rozwojowych).

Patrząc na prezentowane przed jesiennymi wyborami programy społeczno-gospodarcze głównych ugrupowań politycznych odnoszę wrażenie, że żadna ze znaczących sił politycznych w naszym kraju nie ma jasno sprecyzowanej wizji modelu społeczno-gospodarczego. Odnośnie rządzącej koalicji wiemy, że odrzuca ona (neo-)liberalizm i próbuje przesunąć nasz kraj w kierunku „twardego” korporacjonizmu, z jasno zarysowanymi grupami interesu. Pytanie jakiego? W warstwie deklaracji można odnieść wrażenie, że kreatywnego, ale w praktyce wiele jest działań charakterystycznych dla korporacjonizmu tradycyjnego. Może to wynikać z faktu, że ten drugi jest znacznie łatwiejszy do wyegzekwowania. Pierwszy wymaga większej kreatywności i przede wszystkim odmiennego podłoża społecznego: deficytowych u nas elementów takich jak powszechne zaufanie, chęć współpracy, chęć poszukiwania rozwiązań o charakterze „wygrany-wygrany” itd.

Jeśli chodzi z kolei o główną siłę opozycyjną, to w warstwie deklaratywnej widać przywiązanie do (neo-)liberalizmu. Mam jednak wrażenie, że w praktyce dość głęboko zakorzeniony jest w niej korporacjonizm konkurencyjny. Jego mechanizmy ujawniają się z reguły w sytuacji spowolnienia gospodarczego – w tym kontekście warto sobie przypomnieć politykę PO w latach 2008-2015. W moim przekonaniu od tego czasu pod względem myślenia o społeczeństwie i gospodarce w PO niewiele się zmieniło.

Na koniec warto postawić pytanie o to, co byłoby najlepsze dla Polski? Moim zdaniem, do czasu gdy nie będzie pełnego zrozumienia procesów związanych z globalizacją (w tym np. jej oddziaływania na rozwarstwienie dochodów) oraz gdy nie powstaną światowe mechanizmy i instytucje ograniczające negatywne aspekty globalizacji (np. nieuczciwa konkurencja wynikająca z unikania opodatkowania poprzez rejestracje w rajach podatkowych) trudno oczekiwać powrotu do neoliberalizmu. Choć prawdopodobnie jest to system najbardziej efektywny w zapewnieniu krótko- i średnio-terminowego wzrostu gospodarczego, to międzynarodowe doświadczenia ostatnich lat pokazały, że stwierdzenie to nie musi być już prawdziwe, jeśli wziąć pod uwagę dłuższy okres (10 i więcej lat). Głównie ze względu na możliwe skutki społeczne (nierównomierne rozłożenie korzyści płynących ze wzrostu) i groźbę populizmu.

W tej sytuacji powinniśmy moim zdaniem dążyć do stworzenia „miękkiej” formy (koncentrującej się na kreatywnych rozwiązaniach, a nie silnie zarysowanych podziałach grup interesów) korporacjonizmu kreatywnego. Byłby on także przydatny w kontekście naszych lokalnych wyzwań związanych z trendami demograficznymi. Problem polega na tym, że jak już wspomniałem wcześniej system ten wymaga ściśle określonego zestawu kompetencji, m.in.: umiejętności budowania konsensusu, współpracy, poszukiwania rozwiązań „wygrany-wygrany”, itd. O ile w biznesie tego typu kompetencje występują już stosunkowo często, to niestety w polityce szukać ich ze świecą. Jednym z głównych powodów takiej sytuacji jest moim zdaniem brak pokoleniowej zmiany. Bez niej trudno będzie o nową jakość, a tym samym stworzenie systemu społeczno-gospodarczego, który stanowiłby właściwą odpowiedź na czasy w jakich żyjemy.