Nie opadł jeszcze kurz po burzy nowych rozwiązań podatkowo-regulacyjnych jakie dotknęły sektor bankowy w minionych 3 latach, a na horyzoncie widać już kolejne chmury. Na polskim rynku bezrefleksyjnie implementowane są rozwiązania, które zostały stworzone na bazie doświadczeń i na potrzeby nadmiernie ufinansowionych krajów, do których Polska nie należy. Czym może grozić taka nad-regulacja w kraju, w którym rozwój gospodarczy wymaga zapewnienia źródeł finansowania? Stłumieniem potencjału rozwojowego lub rosnącym uzależnieniem go od finansowania zagranicznego, od którego tak bardzo w ostatnich latach próbowaliśmy się …uniezależnić.

Unoszący się jeszcze kurz

Minione lata oznaczały dla sektora bankowego w Polsce prawdziwą rewolucję. Wprowadzenie podatku bankowego, nowe zasady naliczania i dwukrotnie wyższy poziom składek na Bankowy Fundusz Gwarancyjny, powołanie Funduszy Wsparcia Kredytobiorców opłacanego przez banki, wszystkie te zmiany silnie wpłynęły na sytuację sektora. W wymiarze finansowym w samym 2017 r. oznaczały one koszty wyższe o ok. 4.5-5 mld złotych. Równocześnie w ramach dostosowania do tzw. Bazylei III banki musiały znacznie podnieść poziom kapitałów – o ile jeszcze na koniec 2014 r. wynosiły one niespełna 140 mld złotych, to na koniec 2017 r. sięgnęły 200 mld. To wszystko nie mogło pozostać obojętne dla rentowności sektora. Najpowszechniej wykorzystywany wskaźnik zwrotu na kapitale spadł z poziomu 11-12% do 7-8%. To bardzo istotna zmiana – przy obecnym poziomie rentowności banki nie są w stanie zapewnić pokrycia kosztu kapitału szacowanego na ok. 8.5-9.5%. To jeden z głównych powodów zachodzącej w naszym kraju konsolidacji – brak możliwości uzyskania satysfakcjonującej inwestorów rentowności powoduje, że część z nich pozbywa się posiadanych w naszym kraju aktywów. Z kolei ci, którzy je nabywają liczą na efekty skali, na to że przy większych aktywach łatwiej będzie im osiągnąć oczekiwany zwrot.

Warto zauważyć, że ostatnia fala dostosowań regulacyjno-podatkowych wystąpiła pomimo tego, że w Polsce nie mieliśmy kryzysu wywołanego nieodpowiedzialnymi działaniami banków, a szok zewnętrzy w postaci globalnego kryzysu finansowego polskie banki zniosły bardzo dobrze – nie trzeba było żadnego z nich ratować, a sektor jako całość przez cały czas pozostał rentowny. Nieliczne przypadki upadłości banków jakie miały miejsce w ostatnich latach dotyczyły bardzo małych instytucji i nie miały nic wspólnego ze zjawiskami kryzysowymi. Mieliśmy więc do czynienia ze znacznym wzrostem wymogów bezpieczeństwa wobec sektora bankowego, pomimo tego, że istniejące już wcześniej mechanizmy okazały się skuteczne i zupełnie wystarczające nawet w warunkach unikalnego w swej skali globalnego kryzysu.

Kolejne chmury na horyzoncie

Mogłoby się wydawać, że mając „przetestowany” przez globalny kryzys i na dodatek wzmocniony o wprowadzone w ostatnich latach dodatkowe zabezpieczenia sektor bankowy można uznać za super-bezpieczny. Regulatorzy tak jednak nie uważają i czeka nas w najbliższych latach kolejna fala nowych wymogów. Z jednej strony odnosić się one będą do samych kapitałów, z drugiej do tzw. minimalnego wymogu środków własnych i zobowiązań kwalifikowanych (z ang. MREL). Nie wchodząc w szczegóły oznaczają one w praktyce, że kapitały banków wciąż będą musiały rosnąć w tempie szybszym od aktywów, a poza tym wzrosną koszty finansowania banków. Dlaczego? Wprowadzenie MREL spowoduje konieczność emitowania przez banki specjalnego rodzaju papierów wartościowych, od których trzeba będzie płacić odsetki, znacznie wyższe niż te, które płaci się dziś od depozytów.

Jak się wydaje cały problem polega na tym, że MREL i kolejne wymogi kapitałowe to nie nasz lokalny pomysł, tylko przeniesienie do Polski rozwiązań pan-europejskich. Nawet jednak jeśli określone rozwiązania „bierzemy” od innych, to nie oznacza to, że nie warto stawiać pytań o sensowność „ślepej” implementacji tego typu rozwiązań w kraju takim jak Polska, który pod względem ubankowienia bardzo różni się do zachodniej Europy (by przywołać tylko jedną miarę: aktywa sektora bankowego stanowią u nas równowartość ok. 90% PKB, podczas gdy w Europie Zachodniej standardem jest 300-400%).

Na logikę wprowadzanie kolejnych obostrzeń ma sens wówczas, gdy pojawiają się przesłanki, że ryzyka zakumulowane w sektorze mogą w przyszłości zaowocować kryzysem finansowym. Czy u nas w Polsce takie przesłanki występują? Moim zdaniem trudno znaleźć argumenty, które by taką tezę wspierały. Żadna miara wykorzystywana do oceny bezpieczeństwa nie wskazuje na to by był on bardziej ryzykowny niż w 2008 r. Wynika to z faktu, że funkcjonuje on w ramach tradycyjnego modelu depozytowo-kredytowego, z bardzo ograniczoną skalą potencjalnie mniej przewidywalnej (tym samym bardziej ryzykownej) działalności handlowej. Co więcej dziś na każdą złotówkę aktywów przypada już kilkanaście groszy zakumulowanych kapitałów (na pokrycie nie przewidzianych strat), podczas gdy w 2008 r. było to 6 groszy. Udział detalicznych kredytów walutowych w bilansie sektora spadł z 15% do 8%. Poza tym kredytobiorcy przeżywający trudności mogą dziś liczyć na wsparcie specjalnego funduszu, co sprawia, że nawet pogorszenie koniunktury nie musi przekładać się na znacząco wyższe koszty ryzyka w bankach (szczególnie w segmencie detalicznym).

Nad-regulacja ma znaczenie

Powie ktoś a komu to przeszkadza, że wymogi wobec banków rosną – bezpieczeństwa nigdy za wiele. Problem polega na tym, że to budowanie bezpieczeństwa nie odbywa się bezkosztowo. Przy przekroczeniu określonych granic nadmierna regulacja staje się kontr-produktywna; nie dodaje do bezpieczeństwa będąc równocześnie obciążeniem dla gospodarki. Jak już bowiem wspomniałem narastające wymogi nie są obojętne dla działalności banków, a tym samym dla ogólnej zdolności finansowania. Na banki przypada dziś ok. 2/3 wszystkich aktywów sektora finansowego stąd ich kondycja ma bardzo istotny wpływ na funkcjonowanie gospodarki jako całości.

Przyjrzyjmy się więc potencjalnym skutkom nowych regulacji. Zacznijmy od samego sektora bankowego. Emisja „drogich” papierów to dodatkowe koszty finansowania. Ale to jedna strona równania. Uzyskane środki można bowiem wykorzystać. Najprostsza forma to lokowanie w papiery dłużne emitowane przez Skarb Państwa, ale na takiej inwestycji nie da się raczej zarobić, tak więc efekt netto będzie dla banków ujemny (uderzając w rentowność). By nie ponosić straty banki mogą: i) rozłożyć wyższe koszty na „standardowe” produkty bankowe (np. marże kredytowe) przenosząc je tym samym na klientów, ii) poszukiwać bardziej rentownych inwestycji (np. w obligacje korporacyjne). Tyle tylko, że z tymi większymi rentownościami wiąże się też wyższe ryzyko. Może być więc tak, że system nominalnie zaprojektowany po to by ograniczyć ryzyko związane z funkcjonowaniem sektora bankowego może paradoksalnie spowodować akumulację tego ryzyka.

Innym skutkiem MREL-a będzie jeszcze większa presja na konsolidację sektora bankowego; po prostu jeszcze trudniej będzie osiągnąć satysfakcjonującą rentowność, tak więc kolejni inwestorzy powiedzą „pas”. Będziemy więc mieć nasilenie procesu tworzenia dużych instytucji, oby nie „za dużych by upaść”, bo wówczas mielibyśmy do czynienia z zupełnym zaprzeczeniem wyjściowych intencji odnoszących się do nowej fali regulacji.

Ale to jeszcze nie wszystko. Spójrzmy szerzej, wychodząc poza sektor. Po pierwsze , jeśli koszty związane z emisjami zostaną przerzucone – w postaci wyższej marży – na klientów, to MREL może oznaczać wyższe koszty finansowania gospodarki, utrudniać tym samym jej rozwój. Po drugie przy rosnących wymogach kapitałowych sama podaż kredytu będzie mniejsza – jej skala zależy od tzw. lewara (dopuszczalnej relacji aktywów do kapitałów), a ten przy wyższych wymogach kapitałowych będzie mniejszy. Część firm może zostać zmuszona do poszukiwania alternatywnych źródeł finansowania. Będą to robić na rynku kapitałowym, ale ten jest w polskich warunkach bardzo płytki. Co więcej poszukujące na nim kapitału firmy napotkają tam konkurencję ze strony…banków, które same będą starały się uplasować na nim nowe emisje wymaganych przez regulatora papierów. Jedynym możliwym dostosowaniem w takiej sytuacji okaże się zwiększony import kapitału z zagranicy. Zamiast więc uniezależniać się od koniunktury światowej i ograniczyć wrażliwość naszej gospodarki na zewnętrzne szoki, staniemy się bardziej zależni od zagranicznego kapitału niż dziś.

 

Podsumowując, warto postawić kilka pytań: jaki ma sens inwestowanie w budowę „schronu atomowego” w sytuacji, gdy nasz rynek jest na etapie muszkietów? Jaki ma sens tworzenie mechanizmu, który ma zabezpieczać przed zagrożeniami, których nie ma i które de-facto sam prawdopodobnie dopiero wykreuje? Jaki ma sens tworzenie mechanizmu, który zwiększy nasze uzależnienie od finansowania z zagranicy, w sytuacji gdy to ona może dziś być dla nas źródłem najbardziej groźnych dla gospodarki szoków? Szkoda, że odpowiedzi na te pytania nie poszukują nasi nadzorcy i regulatorzy, skupiając się na bezkrytycznym implementowaniu będących zdecydowanie na wyrost jak na nasze warunki standardów.