25-07-2021
10 minut

Nieokiełznany kapitalizm zjada własną przyszłość – cz.2

Tak jak zapowiedziałem w cz. 1, tym razem o bieżących zagrożeniach dla funkcjonowania kapitalizmu oraz o jak to wszystko ma się do Polski.

Zaburzona równowaga

Najważniejszym problemem dzisiejszego kapitalizmu jest zdaniem Thurowa utrata równowagi pomiędzy indywidualizmem a wspólnotowością. Taka sytuacja jest pochodną:

  • braku społeczno-politycznej wizji, która zastąpiłaby tę coraz bardziej nieaktualną o klasie średniej,
  • powstania i funkcjonowania globalnych korporacji, które stały się źródłem własnej ideologii, coraz częściej dominującej nad przekazem lokalnej wspólnoty,
  • braku presji konkurencyjnej – po upadku systemów socjalistycznych bodziec do wspólnotowego działania/myślenia w ramach kapitalistycznych państw zachodu uległ osłabieniu, łatwo tym samym oddając pole narastającej presji indywidualizmu.

Wiele wskazuje na to, że problem z wizją ma w zachodnim kapitalizmie trwały charakter – narracja o klasie średniej jest w dzisiejszych uwarunkowaniach społeczno-technologiczno-gospodarczych w zasadzie niemożliwa do utrzymania. Jest to pochodna wielu różnorakich czynników – m.in. globalizacji – na opis których w tym tekście nie ma miejsca (odsyłam do książki).

Ponieważ jak na razie nie udaje się stworzyć równie atrakcyjnej i wiarygodnej alternatywnej opowieści, ostatnie dziesięciolecia, to wysiłki klasy politycznej zachodu mające na celu wydłużenie agonii mitu klasy średniej. Jak? Poprzez rozbudowę instytucji państwa opiekuńczego i/lub ułatwiony dostęp do kredytu.

W wielu krajach europejskich rosnący socjal miał zapewnić spokój społeczny. Polityczna władza starała się także – mniej lub bardziej bezpośrednio – wskazać alternatywne rozwiązanie problemu niezaspokojonych aspiracji konsumpcyjnych; coraz tańszy i bardziej dostępny kredyt. Tego typu rozwiązanie nie może jednak działać trwale. Prędzej czy później poziom zadłużenia gospodarstw domowych dochodzi „do ściany”, a dziś – jak się wydaje – w wielu krajach jesteśmy już blisko tego właśnie punktu. Tego typu działanie odbywa się kosztem przyszłości – kolejne pokolenia dostaną w spadku nie tylko aktywa (jak bywało w przeszłości), ale także olbrzymią masę towarzyszących im długów. Tak „zaprogramowany” kapitalizm – uśmierzający dzisiejszy ból kosztem następnych pokoleń – tak naprawdę zjada swoją przyszłość. Zwłaszcza jeśli dodamy do tego jeszcze jeden aspekt – konsumpcyjnemu boomowi towarzyszy szybka eksploatacja rzadkich zasobów, wymieranie wielu gatunków fauny i floty oraz narastające zmiany klimatyczne.

Ostatnimi czasy wkroczyliśmy w jeszcze bardziej wyrafinowaną formą przedłużania agonii – tak zwane „pieniądze z helikoptera”. Rozdawanie przez państwo kreowanych przez bank centralny bezzwrotnych świadczeń będzie z pewnością tak długo przybierać na sile (podtrzymując iluzję, że wszystko jest w porządku), aż nie zacznie prowadzić do powszechnego zubożenia poprzez inflację.

Jeśli chodzi o globalne korporacje, to zmierzając do realizacji swoich (krótkoterminowych z natury) celów, w postaci rosnących zysków, stały się one głównymi propagatorami konsumeryzmu i indywidualizmu. Osiągają to poprzez masowy przekaz marketingowy, a siła oddziaływania kreowanej przez nich ideologii wzrosła bardzo w ostatnich latach wraz z rozwojem mediów (dedykowanego im przez ludzi czasu), w tym mediów społecznościowych. Siła ta jest dziś tak wielka, że bez trudu wypiera przekaz/ideologię tradycyjnych instytucji takich jak rodzina, szkoła czy kościół. Tym bardziej, że każda z nich przechodzi poważny kryzys.

Brak konkurencji dla kapitalizmu stanowi problem, ponieważ wiele zaszczepionych w kapitalizmie pro-wspólnotowych rozwiązań – takich jak chociażby publiczne emerytury czy opieka zdrowotna – zrodziło się swego czasu w obawie przed zwrotem społeczeństwa w kierunku socjalizmu. Gdy po upadku gospodarek socjalistycznych groźba zmiany ustroju zniknęła, motywacja by poszukiwać nowych, skuteczniejszych pro-wspólnotowych rozwiązań wyraźnie spadła.

Okiełznać kapitalizm

Przedstawiona powyżej charakterystyka kapitalizmu wskazuje, że ze swej natury ma on wiele wspólnego z żywiołem – jeśli okiełznany może czynić wiele dobrego, ale jeśli nie to może prowadzić do wielce niepożądanych rezultatów. W dzisiejszej rzeczywistości okiełznanie kapitalizmu wymaga jak się wydaje:

  • nowej opowieści, nowego ukierunkowania kapitalizmu i nowej wizji drogi do dobrobytu dla (większości) społeczeństwa,
  • nowego zdefiniowania samego pojęcia dobrobytu. Jest to niezbędne ze względu na ograniczone zasoby i widoczne coraz wyraźniej zmiany klimatyczne,
  • ochrony przez państwo – poprzez przyjmowane rozwiązania i prowadzoną politykę – przyszłości przed teraźniejszością.

W odniesieniu do ostatniego punktu państwo musi stanowić przeciwwagę, dla krótkowzroczności działań firm i jednostek, co powinno przejawiać się m.in. w:

  • przedefiniowaniu relacji państwo-biznes: państwo powinno stać się bezstronnym arbitrem, a nie poplecznikiem korporacji (co powszechnie jest dziś widoczne w przyzwoleniu na unikanie opodatkowania, tworzeniu rożnego rodzaju preferencji, itd.) i w konsekwencji propagowanych przez nie ideologii,
  • konsekwentnej ochronie wydatków publicznych na kapitał ludzki i infrastrukturę przed populistycznymi, politycznie motywowanymi zakusami by dostępne fundusze kierować głównie na bieżącą konsumpcję (transfery).

To wszystko wymaga olbrzymiej odpowiedzialności tych, którzy są u władzy. Niestety dzisiejsze elity polityczne nie zdają egzaminu; albo nie rozumieją w pełni mechanizmów kapitalizmu i wynikających z tego wyzwań, albo „mają to gdzieś”, bo liczy się dla nich jedynie „tu i teraz” i wąski, partyjny interes.

Polska klasa średnia

Najwyższy już czas przejść do Polski. Jak pisałem wJak Polak z Polakiem, czyli dlaczego nie potrafimy się dogadać – cz.2” w Polsce drogę indywidualizmowi otworzył upadek socjalizmu. Objawiło się to m.in. rozbudzeniem uśpionej przez dziesięciolecia przedsiębiorczości i inicjatywy oraz konsumpcji. Stały się one głównymi motorami napędowymi społeczno-gospodarczej przemiany i późniejszego, szybkiego rozwoju Polski. Równocześnie na poziomie wspólnoty jednoczącą wizją stał się marsz w kierunku dojrzałego kapitalizmu, w kierunku upragnionego zachodu. Ukoronowaniem tego etapu „polskiej drogi” stało się przystąpienie do Unii Europejskiej.

Ta ogólna wizja jawiła się też jako droga do powszechnego dobrobytu, osiągniętego dzięki uruchomieniu określonych procesów ekonomicznych. Jednym ze skutków społeczno-politycznych przemian lat 90-tych stało się włączenie Polski w procesy globalizacji – jako kraj staliśmy się beneficjentami relokacji produkcji i niektórych usług, wraz z czym pojawiły się w naszym kraju nowe miejsca pracy. To, w połączeniu z przedsiębiorczością, pozwoliło na wykreowanie lokalnej namiastki wizji klasy średniej: jeśli tyko wykażesz się przedsiębiorczością i będziesz inwestował (m.in. w wykształcenie) to możesz się dorobić. W przypadku wielu tak właśnie się stało.

Problem z narracją o lokalnej klasie średniej polegał jednak na tym, że nie przybrała ona – wbrew oczekiwaniom – wystarczająco uniwersalnego charakteru. Jak opisałem kilka lat temu w „Jak wyrwać Polskę z dryfu” nastąpił wyraźny podział społeczeństwa, na tych którzy stali się beneficjentami zmian ustrojowych oraz na tych, którzy często pomimo ciężkiej pracy i inwestycji w edukację postrzegali się zdecydowanie jako przegrani. Poza tym, możliwość powszechnego dorabiania się stosunkowo szybko wygasła – przedstawiciele roczników wchodzących na rynek pracy po globalnym kryzysie finansowym zdecydowanie częściej doświadczali „zderzenia ze ścianą” (brak pracy, ekspansja tzw. umów śmieciowych) niż ścieżki stopniowego bogacenia się. W tej sytuacji wielu z nich musiało szukać swej szansy za granicą.

W okresie pierwszych 15-20 post-transformacyjnych lat nie interesowały nas – dochodzące już wówczas – sygnały, wskazujące że nie wszytko w zachodnim modelu kapitalizmu działa w sposób optymalny. W tym kontekście coraz częściej zaczęło pojawiać się pytanie: co dalej? Tym bardziej, że wkrótce potem słabości obecnego modelu zachodniego kapitalizmu zaczęły się silne ujawniać, czego kulminację stanowiły globalny kryzys finansowy i kryzys strefy euro. Oba silnie uderzyły w rozwinięte gospodarki zachodu.

W Polsce odpowiedzią na globalne zjawiska kryzysowe było jeszcze większe ukierunkowanie na indywidualizm, wiara w to, że to indywidualna inicjatywa pozowali zminimalizować skutki zewnętrznych szoków. Z wymiarze makroekonomicznym, tak w dużej mierze rzeczywiście się stało, przy olbrzymim jednak koszcie społecznym (pisałem o tym m.in. w „Przeżuci i wypluci”). W moim przekonaniu, to właśnie post-kryzysowe dostosowania i związane z nimi procesy społeczne utorowały drogę do zmian politycznych jakie miały miejsce w 2015 r. Pojawiła się wówczas „nowa opowieść” (pisałem o tym w „Wizja Polski”), która trafiła do wystarczająco szerokiej, by sięgnąć po władzę, grupy elektoratu. Trafiła do tych, którym w funkcjonowaniu naszego państwa coraz bardziej doskwierał brak wspólnotowości.

Polska – jako wzór do naśladowania?

Patrząc na to co powyżej napisałem mogłoby się wydawać, że ostatnie lata (rządy Zjednoczonej Prawicy), to swego rodzaju realizacja przedstawionych powyżej postulatów odnoszących się do reformy kapitalizmu. Począwszy od strategii odpowiedzialnego rozwoju, poprzez programy społeczne takie jak 500+, a na „Polskim Ładzie” skończywszy wszystkie można w teorii interpretować jako próby bardziej równomiernego rozkładania akcentów pomiędzy indywidualizmem a wspólnotowością. Problem polega na tym, że to moim zdaniem tylko pozory. W rzeczywistości działania te mają niewiele wspólnego z rzeczywistym budowaniem szerokiej wspólnoty. Świadczy o tym towarzysząca im narracja – wręcz ukierunkowana na społeczne podziały – i towarzysząca jej polityka: „kto nie jest z nami jest przeciwko nam”.

To z czym mamy w ostatnich latach do czynienia to nasza lokalna forma opisanej w cz. 1 etniczności, służąca konsolidowaniu własnego elektoratu poprzez kreowanie coraz to nowych – wewnętrznych i zewnętrznych – wrogów. Zjednoczona Prawica nie ma do zaoferowania nowej, ogólno-wspólnotowej opowieści i nie zmienia tego częste ostatnimi czasy odwoływanie się do klasy średniej (przy okazji reformy podatkowej) czy powrót do retoryki „gonienia Niemiec”. Kształtowana przez obecną władzę polityczną Polska, to Polska klanowa, która ma wyraźnie na celu różnicowanie na: „my” i „oni”.

O ile w 2015 roku mogło się jeszcze niektórym wydawać, że etniczność obecnego obozu władzy ma szansę/potencjał by przerodzić się w bardziej uniwersalną, ogolno-wspólnotową wizję/narrację, to dziś wyraźnie widać, że tak się nie stanie. Z politycznego punktu widzenia (wygrania kolejnych wyborów) zresztą nie musi. Zjednoczona Prawica wygrywa już bowiem nie tyle mocą swojego własnego przekazu, co słabością tego co do zaoferowania ma obecna opozycja.

Polacy wciąż czekają na prawdziwie wspólnotową opowieść. Na wskazanie im czego razem mogliby chcieć, do czego jako naród aspirować. Jak mogliby żyć lepiej, co nie oznacza jedynie „żyć bogaciej”.

O tym jak moim zdaniem może wyglądać taka opowieść już wkrótce.

2 Comments

  1. Dziękuję za jak zawsze interesujący wpis. W poszukiwaniu źródeł zatracania wspólnotowości w kapitalizmie, a także kilku innych wielkich przemian będących konsekwencją nowoczesności, bardzo odkrywcza okazała się dla mnie „Globalizacja” Zygmunta Baumana.

    Ta opublikowana blisko cztery dekady temu mało traci na aktualności i oferuje ramy do interpretacji społecznego zwrotu w stronę budowania prywatnych utopii (finansowanych na kredyt).

    • Dzięki za komentarz! Każdego wizjonera można ocenić dopiero po latach, gdy nadchodzi czas werfikacji przedstawianych przez niego wizji. Zarówno Bauman jak i Thurow tę weryfikację przszli pozytywnie :-). Pozdrawiam ah

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *