Poniższy tekst został pierwotnie opublikowany w thinkletterze Kongresu Obywatelskiego (wersja pdf jest dostępna tutaj), a zainspirowany został dyskusją podczas sesji „Idea prawdy – czy jest nam jeszcze potrzebna?”, która miała miejsce podczas XIV Kongresu Obywatelskiego.

 

Cóż to jest prawda?

Prawda to jedno z tych pojęć, w przypadku których mamy przekonanie, że wiemy czego dotyczy, ale gdy zapytać wprost, co przez nią rozumiemy, okazałoby się, że większość z nas miałaby problem z jej zdefiniowaniem. Nie ma się co temu dziwić. Nad definicją prawdy przez całe wieki głowili się filozofowie. Dziś niestety zainteresowanie prawdą spada – świat w tym względzie przypomina postawę Poncjusza Piłata, który wprawdzie zadaje Jezusowi to fundamentalne pytanie: Cóż to jest prawda?, ale swoim zachowaniem jednoznacznie wskazuje, że tak naprawdę odpowiedzią nie jest zainteresowany.

W życiu potocznym powszechnie przyjmuje się, że prawda polega na zgodności wypowiadanych opinii z rzeczywistością. Mówię, że coś się wydarzyło, ktoś był w coś konkretnego ubrany, wynik meczu był jaki był i można te wszystkie rzeczy zweryfikować. To na pozór proste i oczywiste podejście kryje jednak liczne pułapki. Część z nich odnosi się do warstwy komunikacyjnej – w zależności od cech charakteru, doświadczenia, wykształcenia itd. inaczej postrzegamy określone rzeczy. Inne związane są z kwestią odbioru przekazu – przypisywanej mówiącemu czy piszącemu wiarygodności. Kolejne pojawiają się, gdy zaczynamy wkraczać w obszary, których zweryfikować się nie da – mówimy np. o prawdach wynikających z doświadczenia czy mądrości życia. Na to wszystko nakłada się jeszcze jeden fenomen – olbrzymia ilość zalewających nas informacji, a co za tym idzie bardzo ograniczone możliwości i chęć ich weryfikacji.

Narodziny bzdury

Największym wyzwaniem jest jednak to, że dziś powszechnie poświęca się prawdę na rzecz osiągnięcia określonego celu: wywołania określonych emocji czy skłonienia do określonych zachowań, np. zakupowych czy wyborczych. Jednym z wymiarów tego fenomenu jest „opowiadanie bzdur”. Na zagrożenia z nim związane zwraca uwagę filozof H. Frankfurt – w eseju On bullshit pisze on: Kłamca i człowiek prawdomówny znajdują się po przeciwnych stronach boiska, ale jednak grają w to samo. Obaj liczą się z faktami zgodnie z własnym ich postrzeganiem, chociaż jednemu przyświeca prawda, a drugi odwraca się do niej plecami. Opowiadającemu bzdury prawda jest obojętna. Nie odwraca się od prawdy ani jej nie odrzuca, jak czyni to kłamca. W ogóle nie zwraca na nią uwagi.

Wątek bzdur pogłębia w swych badaniach amerykańska socjolog B. Brown. W Z odwagą w nieznane zauważa ona, że zwalczanie bzdur wymaga z reguły znacznie więcej zaangażowania i energii niż przewalczenie kłamstwa, które na koniec dnia można jednak wykazać. Bzdury rozprzestrzeniają się znacznie powszechniej, gdyż nieweryfikowalne znajdują łatwy nośnik w postaci wszechobecnej dziś potrzeby wypowiadania się wszystkich o wszystkim.

Jak pisze Frankfurt bzdury są niebezpieczne, gdyż przyczyniają się do budowania w ludziach przekonania, że prawdy poznać się nie da, że być może prawda w ogóle nie istnieje, że w zależności od okoliczności różne rzeczy mogą uchodzić za prawdę, że biel i czerń to barwy tylko teoretyczne, a rzeczywistość to szarość. W praktyce takie przekonania to prosta droga do relatywizmu i budowania – z reguły wrogich wobec siebie – „wspólnot”, w ramach których elementem łączącym jest akceptacja, a niekiedy wręcz kult, określonej narracji. Jednak – jak dopowiada B.Brown – nawet w ramach owych „wspólnot” trudno mówić o prawdziwych więziach, gdyż: więź społeczna zbudowana na krytyce i szyderstwie z innych nie ma realnego charakteru. Realny jest jedynie ból który wywołuje.

By przekonać się jak prawdziwe są powyższe stwierdzenia nie musimy daleko szukać – Polska jest dziś głęboko podzielona na wyznawców „zielonej wyspy” i „Polski w ruinie”. Ten społeczny rozłam sięga poziomu poszczególnych rodzin, sprzyja radykalizacji sceny politycznej, a wraz z tym coraz częściej towarzyszy mu fala wzajemnej pogardy, a nierzadko wręcz nienawiści.

Relatywizm i absolutyzm

Aspekty związane z prawdą mogą być postrzegane w kontekście rywalizacji pomiędzy dwoma światami: absolutyzmu i relatywizmu. Rosnąca w ostatnich dziesięcioleciach siła relatywizmu wydaje się być formą swego rodzaju odreagowania XX-wiecznych systemów autorytarnych, których specyfiką było monopolizowanie prawdy. Systemy te pod wodzą „zbawców narodu” oferowały jedynie słuszną wizję świata. Wizję, której realizacja wymagała światłych „nowych ludzi” i „nowych elit” czemu towarzyszyło stygmatyzowanie tych, którzy jej nie zaakceptowali („kto nie jest z nami, jest przeciwko nam”).

Społeczeństwa wchodzą w relatywizm, bo ten wydaje się w wielu sytuacjach na swój sposób praktyczny, np. dla rozmywania podstawowych praw moralnych. Na dłuższą metę okazuje się jednak męczący – ile można żeglować bez kompasu, sonaru czy GPS-u? Jak w encyklice Fides et ratio wskazywał Jan Paweł II, nawet wtedy, gdy człowiek unika prawdy, to jednak wywiera ona wpływ na jego życie, gdyż człowiek nie może przecież oprzeć swego życia na czymś nieokreślonym, na niepewności albo na kłamstwie, gdyż takie życie byłoby nieustannie nękane przez lęk i niepokój.

Niestety często znajdują się tacy, którzy ten lęk i niepokój chcą w określonych uwarunkowaniach wykorzystać dla przejęcia władzy i realizowania własnych idee fixe. W efekcie koło się zamyka i społeczeństwo popada w autorytaryzm. Można odnieść wrażenie, że w niektórych krajach mamy do czynienia z takim właśnie kolejnym punktem zwrotnym.

Nauczanie Jana Pawła II pełne jest odniesień do powiązań pomiędzy prawdą, wolnością i rządzeniem. W encyklice Centesimus annus papież Polak pisał: w sytuacji, w której nie istnieje żadna ostateczna prawda, będąca przewodnikiem dla działalności politycznej i nadająca jej kierunek, łatwo o instrumentalizację idei i przekonań dla celów, jakie stawia sobie władza. Nauczanie papieża wskazuje również, że: wolność wymaga consensusu opartego na transcendentnej prawdzie. Tak samo jak osoby tracą wolność, gdy próbują uwolnić się od norm moralnych, tak społeczeństwo zrzeka się wolności, gdy nie szanuje osobowej godności swych członków. Ważne przy tym jest dopowiedzenie, że consensus nie jest w tym przypadku rozumiany jako „opinia większości”, ale doktryna lub pogląd, cieszący się powszechnym uznaniem z powodu wartości argumentów za nim przemawiających. Tak rozumiany consensus wyrażają „mądrzy i uczciwi”, posiadający zdolność do rozpoznania, jakie prawa i środki polityczne najlepiej chronią godność i uprawnienia obywateli. Ich ocena opiera się na starannym badaniu, w którym inteligencja wsparta jest doświadczeniem i refleksją, a przewodnikiem jest instynkt słuszności i dobra.

Wybór należy do nas

W odniesieniu do zarysowanych powyżej zagadnień, stoimy dziś u progu bardzo ważnych wyborów. Możemy, za innymi nacjami, podążyć ścieżką jednego ze skrajnych nurtów – relatywizmu lub absolutyzmu, przy czym ta druga w chwili obecnej wydaje się być bardziej prawdopodobna. Nie są to na szczęście jedyne dostępne alternatywy – opcją jest także droga prawdy. Najprostszym sposobem, by na nią wejść jest ponowne wczytanie się w nauczanie Jana Pawła II.

Bardzo ważna w kontekście zarysowanego powyżej wyboru wydaje się postawa kościoła, tego rozumianego jako instytucja, hierarchia. W minionym wiekach wiele było okresów, gdy to kościół był w naszym kraju głównym lub nawet jedynym obrońcą prawdy. Może tę rolę odegrać także teraz. Patrząc na doświadczenia z przeszłości wydaje się, że kluczowym warunkiem skutecznego wypełniania takiej roli jest zachowywanie dystansu do (każdej) świeckiej władzy, w tym także w wymiarze finansowym. Jak pokazuje historia – nie tylko zresztą nasza – znacznie trudniej bowiem o obiektywizm wobec „swoich”; w takich sytuacjach odwróceniem się od prawdy nie jest z reguły to, co się mówi, ale bardziej to, czego się nie mówi, na co przymyka się oko i przemilcza, bo przecież ci „nasi” i tak są lepsi niż ci „drudzy”. Tym sposobem samemu popada się w relatywizm, wybiera się szarość.

Druga ważna kwestia dotyczy jednostek, obywateli. Liczne w naszym kraju afery odnoszące się do osób piastujących czołowe funkcje publiczne jak też poziom politycznej debaty obrazują ogólną kondycję społeczeństwa. To pochodna tego, że na poziomie indywidualnym zaniedbaliśmy proces szukania prawdy w sobie i o sobie. Życie w prawdzie o samym sobie to podstawowy warunek by dostrzegać ją później także w wymiarze społecznym. Tymczasem dziś zdecydowana większość z nas funkcjonuje w świecie w oparciu o coś, co psychologowie nazywają „fałszywym ja” lub „ego” – jest to zbiór przekonań i postaw wynikających z naszego doświadczenia, lęków, w szczególności wykształconych w odpowiedzi na trudne sytuacje, jako swego rodzaju mechanizmy obronne. Nie są one dobrym przewodnikiem na drodze ku prawdzie.

Samoświadomość to jedyna droga do wykształcenia kręgosłupa moralnego, a w szerszym ujęciu do zbudowania społecznej bazy owych definiujących consensus „mądrych i uczciwych”.

Główną barierą dla samopoznania stanowi to, że proces ten wymaga wyrzeczenia się ego, nabrania dystansu do otaczającego nas świata. Dotarcia do wnętrza, co dokonuje się z reguły w ciszy, najlepiej na pustkowiu. Dzisiejszy świat bardzo tego nie lubi. Stara się za wszelką cenę pozbawić nas czasu i okazji do poznania siebie. Wmawia, że dużo lepszym rozwiązaniem jest pogoń za pieniędzmi i karierą, trwanie przed ekranem telewizyjnego lub komputerowego monitora czy też włóczenie się po centrach handlowych. Przeciwstawić się tej „sile świata” jest niezwykle trudno, ale jest to możliwe. Określone instytucje, w tym w szczególności Kościół (tym razem ten rozumiany jako wspólnota) mogą nam w tym pomóc, ale nie zrobią tego za nas. To indywidualna odpowiedzialność i wybór każdego z nas.

Deficyt przywódców ukierunkowanych na to by służyć społeczeństwu, zainteresowanych wartościami jako takimi, a nie ich instrumentalnym wykorzystywaniem sprawia, że na naszej scenie politycznej istnieje dziś próżnia – to miejsce na pozytywną wizję, nowoczesnej i zbudowanej na chrześcijańskich wartościach Polski. Wizję Polski zakorzenionej w prawdzie o naszej przeszłości, ale zorientowanej na przyszłość, włączającej, zbudowanej nie na strachu i przeciw komuś, ale dla czegoś pozytywnego. Opartej – w relacjach wewnętrznych i zewnętrznych – na zasadzie „wygrany-wygrany”. Powstanie takiej świeżej siły wydaje się warunkiem koniecznym, by procesy modernizacyjne nabrały nowego rozpędu, zarówno w wymiarze społecznym jak i gospodarczym.