Poniższy tekst to robocza wersja wywiadu ze mną, który w ostatecznej formie opublikowany został w książce „Druga transformacja polskiej gospodarki„. Publikacja ta stanowi  podsumowanie zagadnień ekonomicznych poruszanych podczas XII Kongresu Obywatelskiego. Gorąco zachęcam do jej lektury!

Gdy rozmawialiśmy półtorej roku temu („Wyjdźmy z bezimiennego rozwoju Polski”) zwracałeś uwagę na zachodzące w kraju i globalnie zmiany, które wymuszą dostosowania w polskiej gospodarce. Mówiłeś wówczas o tym, że kurczenie się zasobów pracy, robotyzacja oraz chęć dalszego bogacenia się Polaków będą wytwarzać coraz większą presję na prosty, kosztowy model konkurowania, charakterystyczny dla wielu polskich firm. Wyjściem z tej sytuacji miały być zmiany polegające z jednej strony na wzroście mechanizacji i automatyzacji produkcji, a z drugiej na budowaniu wyższej wartości (uzasadniającej wyższe ceny) ofertowanych produktów i usług. Jak postrzegasz sytuację obecnie, czy ta diagnoza jest nadal aktualna?

Jest nie tylko aktualna, ale w pełni materializuje się w rzeczywistości. Chociaż trendy, o których wówczas rozwialiśmy to trendy średnio- i długookresowe, to nawet z tak krótkiej perspektyw jak kilkanaście miesięcy wyraźnie widać że bardzo się intensyfikują. Zmiany na rynku pracy dostrzega dziś chyba każdy. Gdy rozmawialiśmy poprzednim razem stopa bezrobocia – mierzona zgodnie z metodologią Eurostatu – była jeszcze w okolicach 6%, dziś zbliża się do 4%. Półtorej roku temu płace w firmach rosły w tempie 3-4%, dziś 7-8%, a z dużym prawdopodobieństwem pod koniec roku ten wzrost będzie dwucyfrowy. I nie jest to zasługa jedynie czynników cyklicznych (choć akurat jesteśmy w szczycie koniunktury), ale przede wszystkim zmian o charakterze strukturalnym, malejącej ilości dostępnych zasobów pracy – wspomniana wcześniej stopa bezrobocia nigdy nie była w Polsce (tej post-transformacyjnej) na tak niskim poziomie.

Automatyzacja i robotyzacja nabierają globalnie coraz bardziej zaawansowanego wyrazu kryjącego się pod pojęciem Przemysłu 4.0. To metody wytwarzania wykorzysujące najnowsze zdobycze techniki. Nie udaje się to jeszcze w pełni, ale wiele firm jest dziś na etapie przejściowym; w istniejących fabrykach łączą stare i nowe rozwiązania, a równocześnie powstają koncepcje fabryk 4.0, składających się z komunikujących się ze sobą, samouczących się i przewidujących przyszłe zdarzenia maszyn i systemów. Takie fabryki mają – w swym zamyśle – znacząco ograniczyć rolę kosztów pracy, tym samym zmieniając reguły gry jeśli chodzi o lokalizację produkcji. Kraje rozwinięte liczą, że nowe modele wytwarzania staną się bodźcem do reindustrializacji. Co ważne dla nas jednym z globalnych pionierów Przemysłu 4.0 są Niemcy, a więc gospodarka, z którą jesteśmy bardzo silnie powiązani więzami kooperacyjnymi. Wiele działających u nas firm jest – jako poddostawcy – częścią łańcucha tworzenia wartości niemieckich koncernów. Jeśli połączymy te wszystkie fakty, to wyraźnie widać istotę wyzwania – jeśli nasze firmy w najbliższych latach nie dostosują się technologicznie, organizacyjnie i operacyjnie to mogą wypaść z tych globalnych łańcuchów.

A czy są jakieś nowe wątki na które warto zwrócić uwagę?

W kontekście globalnym takim wątkiem jest rosnące znaczenie inwestycji w aktywa niematerialne i kapitał ludzki. Jeszcze do niedawna inwestycje w aktywa niematerialne utożsamiano były głównie z nakładami na badania i rozwój, zakupami oprogramowania czy innych praw autorskich. Dziś pojęcie aktywów niematerialnych jest znacznie szersze. Okazuje się, że kluczowym aktywem może być baza danych o klientach pozwalająca na lepsze dopasowanie oferty i mniej kosztowne do nich dotarcie. Może nim być także marka firmy, umiejętność zrozumienia potrzeb klientów (np. w oparciu o umiejętnie przeprowadzone badania marketingowe), czy nabyty przez lata praktykowania unikalny „kapitał organizacyjny”, czyli wszystko to co sprawia, że organizacja działa efektywniej niż inne.

Zauważmy, że w zasadzie wszystkie te elementy oparte są na kapitale ludzkim. Bez wątpienia można powiedzieć, że w dzisiejszym świecie nie zasoby naturalne typu ropa naftowa, nie kapitał finansowy, ale właśnie zakumulowany w danym kraju kapitał ludzki w połączeniu z umiejętnością jego efektywnego wykorzystania stają się kluczowym elementem przewagi konkurencyjnej. Tym bardziej w przyszłości będą decydować o sukcesie gospodarczym i społecznym poszczególnych krajów.

Dobrze, w teorii coraz lepiej rozumiemy rolę aktywów niematerialnych, ale co oznacza to w praktyce?

Wiele wskazuje na to, że to właśnie struktura nakładów na aktywa materialne i niematerialne jest jednym z głównych czynników, który wyjaśnia dlaczego w latach 90-tych minionego wieku Stany Zjednoczone Ameryki zaczęły odstawiać Unię Europejską, jeśli chodzi o wzrost produktywności, a tym samym tempo rozwoju gospodarczego. Jeszcze w 1995 r. produktywność „starej Unii” kształtowała się na poziomie 95% amerykańskiej, ale od tamtego czasu zaczął się zjazd i dziś jest to już tylko nieco ponad 80%. W tym samym czasie widoczne były znaczące różnice w strukturze wydatków inwestycyjnych; podczas gdy Unia trzymała się aktywów materialnych (budynki, maszyny, środki transportu itd.), to w USA nastąpiło wyraźne przesunięcie w kierunku aktywów niematerialnych – w ostatnich 20 latach nakłady na aktywa niematerialne były tam większe niż na aktywa materialne. Innymi słowy w czasie, gdy Europa obrastała w kolejne kilometry w wielu miejscach rzadko wykorzystywanych dziś autostrad, gdy inwestowała w różnego rodzaju nieruchomości i inne tradycyjne aktywa, amerykanie koncentrowali swoje wydatki na tym, co okazuje się być znacznie bardziej przydatne i efektywne w nowoczesnej gospodarce.

A jak pod względem inwestycji w aktywa niematerialne wypada Polska?

Dostępne dla Polski dane są ograniczone, ale z badań przeprowadzanych na Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie wynika, że w ostatnich 15 latach inwestycje tego typu kształtowały się na średniorocznym poziomie 5.5% PKB (przy średniej dla „starej Unii” wynoszącej 7.2%, a dla USA 8.8%). Warto zauważyć, że w wielu krajach naszego regionu wydatki na aktywa materialne są znacznie wyższe; w Czechach to 7.1% PKB, na Słowenii 7.0%, a na Węgrzech 5.9%.

Ta sytuacja powinna się jednak zmienić, prawda?. W ostatnim czasie wiele uwagi przykłada się do kwestii innowacyjności, a na dodatek jest dziś w Polsce sporo środków, które można pozyskać umiejętnie podpinając się pod to magiczne słowo-klucz.

Tyle tylko, że w przypadku takiej „gorączki złota” bardzo łatwo o marnotrawstwo, „przepalenie” środków na inicjatywy i projekty których średnio- i długofalowy wpływ na gospodarkę będzie ograniczony lub żaden. Nie chcę przy tym dyskredytować kwestii innowacyjności. Jest ona bardzo ważna, ale inicjatywa w tym względzie musi wyjść od dołu, od strony firm. Każda firma, która jest w stanie przetrwać na rynku musi nieustannie wykazywać się innowacyjnością. I tak jest także w Polsce. Pytanie dotyczy jej formy. Przez wiele lat innowacyjność niektórych firm w Polsce koncentrowała się np. na zagadnieniach księgowo-podatkowych i/lub różnego rodzaju formach wykorzystywania pracowników. Teraz na szczęście czas tego typu kreatywności i opartych na niej „modeli biznesowych” powoli przemija. Z jednej strony Państwo staje się bardziej skuteczne w egzekwowaniu swoich danin, a z drugiej sytuacja na rynku pracy zmienia relacje pracodawca-pracownik. Pytanie jaki kierunek obierze w najbliższych latach innowacyjność działających w Polsce firm? Miejmy nadzieję, że ten najbardziej pożądany – nowe produkty, innowacyjne sposoby dotarcia do klientów, innowacyjne modele biznesowe, innowacyjność organizacyjna i procesowa.

Z kolei patrząc z perspektywy makroekonomicznej potrzebujemy w naszym kraju wykształcenia mechanizmów, które systemowo będą „pchały” naszą gospodarkę w kierunku wyższej produktywności i płac. W ogólnym zarysie chodzi z jednej strony o mechanizm wiążący wzrost płac ze wzrostem produktywności, a z drugiej taki, który będzie uwspólniał w tym względzie interesy i cele pracowników, menedżerów i właścicieli firm. Pracownicy muszą wiedzieć, że podwyżki płac będą możliwe jeśli rosnąć będzie produktywność, z drugiej strony muszą też mieć swego rodzaju gwarancję, że jeśli te wzrosty produktywności uda się osiągnąć, to nie stanie się tak, że jedynym ich beneficjentem będą – poprzez wyższe zyski – właściciele firmy. Jako ważny element tego systemu potrzebna jest znacznie powszechniejsza partycypacja pracowników w „procesach intelektualnych” w firmach. Dziś w segmencie małych i średnich przedsiębiorstw nie rzadko jest tak, że właściciel lub prezes mają niejako monopol na dobre pomysły i idee. Reszta załogi jest jedynie od podążania za ich przywództwem i wykonywania poleceń. Drugą stroną tego podejścia jest niechęć do inwestowania w pracowników. Jeśli popatrzymy na statyki Eurostatu odnoszące się do intensywności szkoleń pracowniczych, to okazuje się że plasujemy się pod koniec unijnej stawki. A jak już wspomniałem wcześniej, to jakość kapitału ludzkiego zadecyduje o naszych konkurencyjnych przewagach w przyszłości.

A co z rolą Państwa?

To co moim zdaniem może niepokoić to swego rodzaju moda na tworzenie różnego rodzaju preferencji dla małych firm. Zwraca się uwagę, że ich warunki konkurowania z dużymi koncernami nie są równe, ale w moim przekonaniu prawda jest taka, że małe firmy często z dużymi nie konkurują. Żyją raczej w swego rodzaju symbiozie, jako poddostawcy, usługodawcy itd. Więc ułatwienia biurokratyczne dla małych firm jak najbardziej tak, ale już ulgi podatkowe, czy subwencje do zatrudnienia niekoniecznie. Doświadczenia międzynarodowe wskazują, że tego typu polityka może być kontr-produktywna. Źle skonstruowany system wsparcia powoduje – co potwierdzają liczne przykłady krajów z Ameryki Południowej – że nadmiernie duża część zatrudnienia akumuluje się w małych firmach o niskiej produktywności, co waży na ogólnym jej poziomie. Zresztą problemy te widać już także w Polsce. Okazuje się, że o ile produktywność dużych firm jest w Polsce na poziomie nieco ponad 50% dużych firm w UE, to produktywność segmentu mikro, małych i średnich firm jest na poziomie niespełna 40% mikro, małych i średnich firm w UE. Tak słaby wynik jest w dużej mierze zasługą segmentu firm mikro (do 9 zatrudnionych), gdzie produktywność jest na poziomie jedynie ok. 30% tego co w podobnych firmach, średnio w UE.

Z czego bierze się tak dramatycznie niska wydajność firm mikro w Polsce?

Moim zdaniem z charakteru tych firm. To w wielu przypadkach firmy odgrywające jedynie rolę swego rodzaju „pośredników” lub wręcz „pseudo-firmy”, nie tworzące większej wartości dodanej. Potwierdzają to dane o udziale wartości dodanej w przychodach. Otóż o ile w UE w segmencie mikro udział wartości dodanej w przychodach wynosi średnio 29%, to w Polsce zaledwie 18% (dla firm małych jest to odpowiednio 25 i 19%, a średnich 23 i 21%). Taki charakter mikro firm w Polsce to moim zdaniem pochodna dwóch czynników: i) wysokiego udziału firm, które powstały „z konieczności” (założenie firmy było przez wiele lat jedynym sposobem by coś robić w sytuacji braku możliwości znalezienia pracy na etacie) oraz ii) usankcjonowanego od lat systemu wspierania nowo-powstających firm, traktowanego jako substytut właściwej polityki rynku pracy. W efekcie w minionych 10 latach szliśmy zdecydowanie w „ilość” a nie „jakość” mikro i małych firm.

Co w takiej sytuacji można zrobić?

Jest dziś czas by dokonać znaczących korekt w polityce wobec mikro i małych firm. W odniesieniu do nowo powstających podmiotów należy odejść od powszechnego subsydiowania („dawania kasy”) i nadać wsparciu charakter ekonomiczny a nie socjalny. To ostatnie oznacza, że pomoc powinna być ukierunkowana na tych, dla których własna działalność wiąże się z chęcią realizacji innowacyjnych pomysłów, a nie na tych, dla których była ona formą pomocy socjalnej, a z czasem – w przypadku niektórych – stała się swego rodzaju modelem biznesowym polegającym na „wyciąganiu” państwowej kasy.

W obecnie panujących warunkach, gdy na rynku pracy brakuje pracowników część osób zaangażowanych dziś w segmencie mikro firm może i powinna znaleźć zatrudnienie w firmach średnich i dużych. Przeciętna produktywność osoby pracującej w dużej firmie jest 2.5-krotnie wyższa niż w firmie mikro, tak więc przepływ zasobów od nieefektywnych (ale hojnie subsydiowanych) mikro firm miałby podwójnie korzystny wpływ na gospodarkę; przyczyniał się do wzrostu przeciętnej produktywności i pozwalał zaoszczędzić publiczne fundusze. Jeśli w następstwie tych procesów ogólna liczba firm w Polsce spadnie nie jest to żaden problem. Nadszedł czas by kłaść nacisk na ich jakość a nie ilość.

Z kolei w segmencie małych firm wsparcie powinno być ukierunkowane na tych przedsiębiorców, którzy mają ambicję rosnąć i rozwijać się. Wbrew potocznemu mniemaniu większość właścicieli małych firm nie ma takich ambicji i zadowala się pewnym poziomem aktywności, takim który pozwala im godnie żyć. W tej sytuacji wsparcie małych firm powinno mieć charakter specyficzny – powinno się wspierać ściśle określone procesy/działania (np. konsolidację, sukcesję, wychodzenie na rynki zagraniczne itd.) a nie małe firmy jako małe firmy.

Elementem polityki wspierania małych firm powinno być tworzenie warunków dla powstawania dużych firm. Tak, to nie pomyłka! Jak już wspomniałem wcześniej wokół tego typu podmiotów z sukcesem funkcjonują z reguły całe eko-systemy małych przedsiębiorstw.

Podsumowując, powinniśmy być w nadchodzących latach świadkami istotnych zmian w polskiej gospodarce.

W gospodarce i mentalności. Musimy przestać pozycjonować się jako biedny kraj. Warto nieustannie mieć w pamięci, że aż 85% ludności świata mieszka w państwach, gdzie średni dochód PKB per capita jest niższy niż w Polsce. Owszem, „bycie biednym” przydaje się czasami, np. w kontekście funduszy unijnych. Ale jest to broń obosieczna. Od pomocy można się uzależnić, a poza tym zabija ona wewnętrzną kreatywność, chęć i wolę działania. Te niebezpieczne procesy widać już także w Polsce. W niektórych regionach podstawowym zmartwieniem jest dziś to, że przekraczają one lub wkrótce przekroczą próg 75% unijnego PKB per capita, co ograniczy ich dostęp do unijnych funduszy. Zamiast się tym martwić lepiej skoncentrować się na tworzeniu systemowych rozwiązań pozwalających na efektywne wykorzystywanie lokalnych – wcale nie tak małych – zasobów oraz na tworzenie nowych.    

To pozycjonowanie się na „biedny kraj” jest dziś wciąż silnie widoczne w sferze jakości usług publicznych, gdzie zbyt łatwo nierozwiązane od lat problemy usprawiedliwiamy brakiem środków. Najwyższy czas by przeobrazić wiele podstawowych obszarów takich jak policja, służba zdrowia, itd., dorobić się wreszcie e-government z prawdziwego zdarzenia. W mojej ocenie to nie jest na dzień dzisiejszy kwestia środków. To z jednej strony kwestia priorytetów – tego czy chcemy inwestować czy konsumować. Z drugiej zaś kwestia nieumiejętności brania się za duże projekty; naszą bolączką jest brak mechanizmów, które skutecznie „pchałyby” te projekty w ramach zbiurokratyzowanych struktur, a po drugie umiejętności budowania wobec nich ponadpartyjnego konsensusu (nawet jak już coś zacznie się robić to przy zmianie politycznej ekipy wysiłek jest marnotrawiony).

Polaków w nadchodzących latach będzie stać na więcej. Ich oczekiwania i preferencje powinny się zmieniać. Widać to już chociażby w sferze żywienia. Coraz więcej uwagi przykładamy do tego by to co konsumujemy było zdrowe. Co ważne jesteśmy w gotowi za to płacić. Podobne procesy powinny występować także w innych obszarach. Tym samym strona popytowa stanie się – i bardzo dobrze – poprzez rosnące wymagania dodatkowym źródłem presji na przekształcenia strony podażowej. Takiej naturalnej presji nie ma w sektorze publicznym i jest to swego rodzaju ryzyko. Jeśli przeobrażenia sektora publicznego nie będą nadążać za zmianami w biznesie, to stanie się on szybko kulą u nogi naszej gospodarki.