2.5 roku temu w tekście „Konsekwencje mikro globalnego kryzysu” zwracałam uwagę, na to, że globalny kryzys finansowy wywołał skutki nie tylko w wymiarze makroekonomicznym, ale także mikro. Te ostatnie są związane z olbrzymią presją pro-efektywnościową; w czasach nadpodaży mocy produkcyjnych jeszcze bardziej liczy się to, kto jest w stanie produkować taniej, być bardziej efektywnym, szybciej dostosowywać się do zmieniających wymagań i zmieniającego się otoczenia. Efektem tej sytuacji jest gwałtowny wzrost zainteresowania rozwiązaniami związanymi z automatyzacją i robotyzacją procesów produkcyjnych czemu dodatkowo służy dostępność taniego kapitału. Zjawisko to widać chociażby w statystykach odnoszących się do liczby instalowanych na świecie robotów przemysłowych. O ile jeszcze na początku obecnej dekady zapotrzebowanie na tego typu rozwiązania kształtowało się na poziomie 100-120 tys. rocznie, to według szacunków w 2017 r. sięgnęło ok. 350 tys., a w 2020 r. wynosić będzie już ponad 0.5 mln (dane Międzynarodowej Federacji Robotyki).

Automatyzacja i robotyzacja procesów produkcyjnych ma olbrzymie znaczenie dla ludzi, głównie poprzez wpływ na rynek pracy. Co ciekawe wciąż brak jest jednoznacznej opinii na temat tego czy praca automatów i robotów będzie na dłuższą metę czymś korzystnym czy niekorzystnym dla społeczeństwa. Optymiści liczą na to, że technika odciąży ludzi i będą oni mieli więcej wolnego czasu dla siebie. Sceptycy zauważają, że wolnego czasu może i rzeczywiście będzie więcej, ale znacznie trudniej będzie o dochody z pracy. Jak się wydaje to właśnie ten drugi pogląd – że roboty i automaty w znacznym stopniu wyprą pracę ludzi – dominował jeszcze kilka lat temu. W związku z tym zaczęto na poważnie myśleć o potencjalnych sposobach zapewnienia ludności chociażby minimalnego, wystarczającego na przeżycie dochodu (w końcu ktoś produkowane towary musi kupować!). Ostatnie lata przyniosły jednak swego rodzaju ewolucję poglądów. Coraz bardziej dominować zaczyna przekonanie, że tak jak to miało miejsce w przypadku wcześniejszych etapów rewolucji przemysłowej (maszyna parowa, elektryfikacja, informatyzacja), także ta obecna doprowadzi wprawdzie do likwidacji wielu tradycyjnych (obecnych) stanowisk pracy, ale w ich miejsce powstaną nowe. Te nowe będą pochodną pojawiania się nowych potrzeb, a wraz za tym pojawienia się nowego rodzaju produktów i usług.

Wiele dzisiejszych analiz kończy się właśnie w tym miejscu, na tej generalnie dość optymistycznej konkluzji. A szkoda. Jeśli bowiem nawet na poziomie globalnym wszystko się zbilansuje, to równocześnie na poziomie poszczególnych krajów z pewnością pojawią się wygrani i przegrani. By ocenić szanse znalezienia się danego kraju wśród tych pierwszych trzeba wziąć pod uwagę w zasadzie jedną tylko kwestię – to na ile dany kraj jest (będzie) atrakcyjny dla lokowania zaawansowanych, zautomatyzowanych form produkcji. I nie można w tym względzie w prosty sposób przenosić obecnej atrakcyjności, której podstawą są niskie koszty wytwarzania. Istota obecnej rewolucji przemysłowej polega bowiem na tym, że znaczenie tego czynnika osłabnie. Dla zaawansowanej technologicznie produkcji kluczowymi kryteriami lokalizacji inwestycji są stopień zaawansowania infrastruktury (w tym regulacyjnej), niskie koszty i niezawodność dostaw energii, funkcjonowanie zaawansowanego otoczenia biznesowego (np. firm oferujących zaawansowane usługi logistyczne) i oczywiście dostępność wysokiej klasy specjalistów.

Co to oznacza w praktyce? W krajach, które wpiszą się w nowe trendy stopniowo rosnąć będzie liczba inwestycji produkcyjnych, co z kolei oddziaływać będzie korzystnie na całą gospodarkę i tworzenie w niej dobrze płatnych miejsc pracy. Ci którzy się nie dostosują doświadczą malejącego zainteresowania inwestorów. Negatywne efekty nie będą wprawdzie odczuwalne z dnia na dzień, ale stopniowy proces deindustrializacji spowoduje, że nowe miejsca pracy jeśli będą powstawać, to w obszarach stosunkowo prostych usług. Wraz z tym trudno będzie o szybki wzrost gospodarczy i doganianie bogatszych krajów.

Czy Polska ma szanse znaleźć się wśród wygranych nowego globalnego rozdania? Mamy z pewnością kilka atutów (chociażby wysoki odsetek osób z wyższym wykształceniem). Jest jednak wiele obszarów, gdzie sytuacja musi się zmienić. Dotyczy to m.in. kwestii jakości rozwiązań regulacyjnych, inwestowania w kapitał ludzki (dziś pod tym względem plasujemy się w ogonie krajów UE) oraz współpracy biznesu z nauką (tutaj sytuacja jest bardzo zła). Czasu jest coraz mniej i już dziś trzeba zabrać się za konieczne dostosowania.

Opublikowane: Parkiet, 26.05.2018