Do dzisiejszego wpisu zainspirował mnie schemat, który znalazłem w publikacji “The Great Divide”, instytutu FERI (wbrew ang. tytułowi publikacja jest w języku niemieckim). Spodobał mi się, gdyż w syntetyczny sposób pokazuje, to o czym ja w literackiej formie staram się od dłuższego czasu przekazywać na moim blogu. Przerobioną (udoskonaloną ;-)) wersję tego schematu zawiera poniższy slajd. Pokazuje on systemowe (a więc moje ulubione 🙂 ) podejście do tego z czym zmaga się dziś Zachód.


Nie będę tego slajdu szczegółowo opisywał. Jest on (mam nadzieję) dość oczywisty, a poza tym o różnych wątkach z nim związanych pisałem wielokrotnie (m.in. w „Globalizacja i podział dochodów”, „Powrotu do przeszłości nie ma”, „Kryzys systemowy stwarza unikalne szanse” czy ostatnio w „Największy problem współczesnego świata”). Zamiast tego kilka luźnych przemyśleń w kontekście końcowego wyniku całego procesu: alternatywy pomiędzy „przebudową i nowym porządkiem” a „destabilizacją”:

  • Wszystkie kraje Zachodu stoją dziś przed tą alternatywą, przy czym różne jest dla nich prawdopodobieństwo pierwszego lub drugiego scenariusza. Destabilizacja wyraźnie zagląda dziś w oczy USA. Za chwilę (gdy przeminie kluczowy ze względów egzystencjalnych – silne uzależnienie od turystyki – wakacyjny sezon) może dotyczyć także południa Europy,
  • Na drugim biegunie znajdują się Niemcy i Skandynawia. Tutaj jest szansa na wypracowanie (w oparciu o dialog społeczny) swego rodzaju nowego ładu. Szczególnie odnosi się to do Skandynawii, gdzie już dziś udaje się w miarę dobrze wyważyć kwestie jednostki i wspólnoty – tak ukształtować mechanizmy solidarnościowe, by nie dławiły indywidualności/przedsiębiorczości jednostki. Jest to widoczne chociażby w tak kluczowych aspektach jak podejście do opodatkowania – podatki nie są tam traktowane jako zło konieczne, ale swego rodzaju zobowiązanie jednych członków wspólnoty wobec innych. Oczywiście takie podejście nie byłoby możliwe bez przekonania, że rządowa/administracyjna machina efektywnie zarządza zbieranymi środkami, że ich nie marnuje i nie zawłaszcza.
  • W przypadku Unii Europejskiej dochodzi do tego jeszcze wymiar ponad-narodowy. Przy okazji kryzysu 2008 r. okazało się, że w sferze społecznej jest on bardzo słaby – zwyciężyło podejście narodowe, podział na winnych i niewinnych, karzących i ukaranych. Tym razem widzimy zaczyn nieco innego podejścia (bardziej solidarnościowego i wspólnotowego), być może wynika to z innej natury kryzysu (trudno wytypować winnych), a może wyciągania wniosków z przeszłości. Na ile okaże się to naprawdę „nowa jakość” przekonamy się, gdy południe zacznie się destabilizować. To bowiem wzajemnie interakcje pomiędzy narodowym i pan-europejskim poszukiwaniem wyjścia z obecnej sytuacji zdefiniują przyszłość i obraz Europy za 5 czy 10 lat. Moim zdaniem czas „liniowości” zmian się kończy, a w takiej sytuacji żadnego scenariusza (także tego bez UE, czy z okrojoną UE) nie można wykluczyć.

Oczywiście nie może zabraknąć kilku zdań o Polsce:

  •  na różne sposoby „kryzys Zachodu” oddziałuje także na nas. Po pierwsze dotyczy naszych głównych rynków zbytu, obszaru, z którym jesteśmy silnie powiązani gospodarczo. Po drugie wiele z opisanych na slajdzie mechanizmów w większej czy mniejszej skali odnosi się także bezpośrednio do naszego kraju – nie powinno to dziwić, to stamtąd kopiowaliśmy wykorzystywane dziś u nas rozwiązania,
  • co ciekawe problemy w sferze społeczno-politycznej widać pomimo faktu, że w wymiarze gospodarczym trudno kwestionować osiągnięty w ostatnich 10 latach postęp – relatywnie silny wzrost i nadganianie najbogatszych krajów. Taka sytuacja wskazuje, że w naszym kraju kryzys społeczno-polityczny nie jest pochodną tempa rozwoju, a silnej polaryzacji na ewidentnych „wygranych” i „przegranych” (prawidłowość ta dotyczy zresztą nie tylko Polski, ale znacznej części Zachodu),
  • tak jak w innych krajach, także w Polsce ludzie coraz częściej w swych opiniach/nastrojach biorą pod uwagę nie to co jest (bo wielu wciąż jeszcze nie ma powodów by narzekać), ale wyrażają narastające w nich coraz większe obawy o przyszłość, i to nie tą za 10 czy 20 lat, ale za rok czy dwa,
  • dzisiejsze prezydenckie wybory nie były – co pewnie dla wielu zabrzmi kontrowersyjnie – aż tak ważnie jak się wielu wydaje. Nie rozstrzygają one bowiem kluczowej kwestii: którą ścieżkę w najbliższych latach tak naprawdę wybierzemy (przebudowy i nowego ładu czy destabilizacji). Dlaczego? Obaj kandydaci II tury byli reprezentantami „starego świata”, odchodzącego w przeszłość sposobu myślenia. W trakcie kampanii nie zaprezentowali żadnych nowych rozwiązań systemowo-instytucjonalnych, szczególnie takich, które stawiałyby na „wspólnotowość”, a nie klanowość. W obu przypadkach budowanie poparcia odbywało się poprzez zaognianie podziałów, a stare polskie przysłowie mówi, że „kto sieje wiatr, ten zbiera burzę”,
  • co dalej? Paradoksalnie to, że po kryzysie „kasa państwa jest pusta” otworzy przed nami nowe możliwości. Sytuacja ta silnie unaoczni potrzebę nowych rozwiązań, których obecny bipolarny, sfokusowany na post-Solidarnościowym konflikcie i rozliczeniach układ nie będzie w stanie zapewnić. Pojawi się miejsce na nowe idee i nowych ludzi (liderów). Kluczowe starcie o przyszłość Polski wciąż jeszcze przed nami. Nowe dopiero nadchodzi :-).