Wprawdzie do Mikołajek pozostało jeszcze sporo czasu, ale w bieżącym roku w naszym kraju na prezenty nie trzeba będzie czekać aż do 6 grudnia. Już dziś bowiem wiemy, że tegoroczna kampania wyborcza będzie jedną z najbardziej hojnych dla elektoratu w dziejach naszej demokracji – choć wybory do parlamentu dopiero jesienią, to licytacja ugrupowań politycznych na obietnice trwa w najlepsze już od kilku miesięcy. Nim pójdziemy do urn wyborczych uda się z pewnością jeszcze wiele obiecać, a w części pewnie nawet zrealizować.

Z pewnością wpływ na hojność polityków miała dobra ostatnimi czasy koniunktura. Wzrost gospodarczy na poziomie 4-5% dodaje odwagi – w takich warunkach budżet łatwiej się „spina”, łatwiej więc kreuje się nowe wydatki. Taka perspektywa pomija jednak kilka istotnych faktów.

Po pierwsze od strony podażowej relatywnie silny wzrost gospodarczy jaki mieliśmy w ostatnich latach był możliwy dzięki wykorzystaniu ostatnich dostępnych rezerw (spadek stopy bezrobocia – obecnie jest ona jedną z najniższych w UE) i zwiększeniu zaangażowania zasobów obcych (import pracowników z Ukrainy, ale ich napływ w ostatnim czasie wyhamował). „Normalny” wzrost jest u nas szacowany na 3-3.5%, a i ten poziom wymaga wzrostu zasobów kapitałowych – aktywów wytwórczych w postaci budynków, maszyn, środków transportu itd. Tymczasem o procesach inwestycyjnych w polskiej gospodarce zbyt wiele dobrego powiedzieć się nie da. Od 2015 r. stopa inwestycji (ich relacja do PKB) spadała, by w 2017 r. osiągnąć najniższy poziom od 11 lat. Szczególnie martwi niski poziom najbardziej istotnych dla gospodarki nakładów inwestycyjnych firm – w 2017 r. ich relacja do PKB spadła poniżej 10% przy ponad 12% w „starej” UE i średnio ponad 14% w unijnych krajach naszego regionu. W 2018 było tylko nieco lepiej, a wiele wskazuje na to że także bieżący rok nie przyniesie inwestycyjnego przełomu. W sytuacji pojawiających się ograniczeń podażowych, napędzany przez wydatki socjalne konsumpcyjny boom będzie w coraz mniejszym stopniu rodził korzyści dla gospodarki – coraz większa część popytu na towary zaspokajana będzie przez import, a w przypadku lokalnych ze swej natury usług wyższy popyt przekładał się będzie w coraz większym stopniu na ich wyższe ceny, a nie na wolumeny.

Druga istotna kwestia jest związana z wysoką wrażliwością naszych finansów publicznych na stan koniunktury. Swego czasu opisywałem to zjawisko na przykładzie porównania do dziurawego dachu („Przeciekający dach”, Parkiet 24.07.2013). Gdy świeci słońce – panuje dobra koniunktura – fakt że dach jest dziurawy specjalnie nie przeszkadza. Inaczej jest jednak gdy zaczyna padać deszcz – koniunktura się pogarsza – wówczas dziury w dachu dają o sobie znać. Ostatnie lata słonecznej pogody zostały wprawdzie wykorzystane na to by część dziur załatać (poprawa ściągalności podatków), ale silny wzrost sztywnych wydatków socjalnych to jak wybijanie wielu nowych.

Po trzecie wreszcie polityka społeczno-gospodarcza, to polityka wyborów. Jeśli politycy koncentrują się na kwestiach socjalnych, to siłą rzeczy nierozwiązane pozostają ważne kwestie rozwojowe. Zmiany w tak ważnych obszarach jak chociażby niedoinwestowana służba zdrowia, armia, bezpieczeństwo wewnętrzne itd. przypominają w tej sytuacji raczej mieszanie gorzkiej herbaty niż dodawanie do niej cukru.

Można oczywiście powiedzieć, że już przy okazji ostatnich wyborów mieliśmy do czynienia z rozdawnictwem i nic złego się nie stało. Tylko na pozór. Po pierwsze jak dziś wyraźnie widać uruchomiona została spirala licytacji obietnic, z której naszemu krajowi trudno będzie się wyrwać. Po drugie trzeba pamiętać, że procesy gospodarcze z reguły nie mają charakteru laserowych cięć, po których widać natychmiastowe skutki. Złe polityki są bardziej jak rdza – ich konsekwencji nie widać od razu, ale poprzez erozję podstawowych mechanizmów gospodarczych prowadzą z czasem do problemów. Ta erozja polega na zniekształcaniu sygnałów i bodźców wysyłanych na poziom mikro (poszczególnych gospodarstw i firm). Dotyczą one np. relatywnej „opłacalności” podejmowania wysiłku pracy w stosunku do nic nie robienia (życia opartego na „budżecie”). Gdy tych, którzy mogą (przedwcześni emeryci) lub nie chcą (ze względu na szczodrość systemu socjalnego) pracować pojawia się zbyt dużo w relacji do tych, którzy generują dochody wówczas cała gospodarcza piramida zaczyna trzeszczeć. Pracujący i pracodawcy są bowiem nadmiernie obciążeni (wydatki socjalne ktoś musi przecież finansować), co działa na nich demotywująco lub wręcz przeciwnie – mobilizuje, tyle tylko że do przeniesienia się ze swą aktywnością gdzie indziej. Należy liczyć się z tym, że niekorzystne trendy wywołane złym ukierunkowaniem bodźców będą u nas narastać – w kolejnych latach bowiem na koszty składanych dziś wyborczych obietnic będą się nakładać coraz to większe ciężary wynikające z tych już obecnie realizowanych (np. skrócenia wieku emerytalnego).

Reasumując, eskalacja populistycznych obietnic i marginalizacja w programach wyborczych w zasadzie wszystkich znaczących ugrupowań politycznych elementów pro-rozwojowych to zły sygnał dla społeczeństwa i gospodarki. Owszem przez kilka lat polityka rosnących wydatków socjalnych może wspierać wzrost, ale równocześnie w mechanizmy gospodarcze wdziera się rdza. To ona sprawia, że średnio- i długofalowe skutki populizmu są zawsze negatywne i nie ma na świecie przykładu kraju, któremu taka polityka zapewniłaby trwały dobrobyt (ostatnich dowodów że tak jest dostarczają chociażby Grecja i Brazylia). Nadzieja w tym, że nasze doświadczone różnymi okolicznościami społeczeństwo nie da się tak łatwo „kupić”, choć z drugiej strony nie da się ukryć, że pokusa wiary w Świętego Mikołaja, który przynosiłby prezenty przez cały rok jest z pewnością duża.

Opublikowane: Parkiet, 11.03.2019