Ostatnimi czasy często w moich tekstach odwoływałem się do zewnętrznych źródeł, inspirujących raportów czy książek. Tym razem chciałbym podzielić się własnymi obserwacjami. Będzie „o życiu”, ale (niewielki) wątek społeczno-gospodarczy też się pojawi.

Zewnętrzna (nie-)spójność

Powszechnie wydaje nam się, że to jak się zachowujemy, wyrażamy i generalnie funkcjonujemy w społeczeństwie to pochodna naszego wychowania, wzorców z jakich czerpiemy (w tym religii w obrębie której wyrastamy/funkcjonujemy) i naszej edukacji (wiedzy, różnego rodzaju doktryn itd.). Zakładając dobre intencje rodziców, katechetów czy nauczycieli powinniśmy w takiej sytuacji wyrastać na osoby zintegrowane, pewnie wkraczające w świat i po nim stąpające. Tymczasem patrząc na otaczającą rzeczywistość sytuacja wygląda zgoła inaczej – pośród setek osób które znam, jedynie o kilku mógłbym powiedzieć że są spójne. Takich ludzi bardzo łatwo zresztą rozpoznać – charakteryzuje ich spokój. Mają zdrowy dystans do władzy, kariery i świata, dzięki czemu nie są ich niewolnikami.

Zdecydowaną większość społeczeństwa opisuje dziś zupełnie inny zestaw przymiotów: nieustanny niepokój i lęk, nerwowość zachowań, agresja i napięcie. To wszystko skrywane za zestawem zmyślnych masek, no bo przecież w świecie „zwycięzców” nie wypada okazywać słabości. Ta schizofrenia przekłada się na permanentny stres, różnego rodzaju objawy fizjologiczne (choroby) i agresywne formy odreagowywania (np. hejt w mediach społecznościowych). Ten zewnętrzny brak spójności, to pochodna tego co dzieje się w wymiarze wewnętrznym, w tym w szczególności powszechnego dziś braku wewnętrznej zgody w odniesieniu do:

  • Pracy jaką się wykonuje – wiele osób źle czuje się w swoim miejscu pracy, często nie odpowiada ono ich pasji, w efekcie muszą się zmuszać do wykonywania wymaganych przez szefa czynności,
  • Sytuacji w rodzinie – chcielibyśmy członków rodziny prawdziwie kochać, a w rzeczywistości rzadko nam się to udaje; dom dość często bywa miejscem odreagowywania frustracji związanych z pracą,
  • Naszego życia społecznego – chcielibyśmy mieć poczucie uczestniczenia w czymś wielkim, tymczasem rzeczywistość skrzeczy.

W takiej sytuacji wszelkie (w tym agresywne, takie jak np. hejt) metody wyrażania niezadowolenia, że świat nie jest taki jaki byśmy chcieli by był są tak naprawdę wykrzykiwaniem/wydobywaniem na zewnątrz własnego wewnętrznego rozdarcia, bólu niezgody na własną niespójność i niedojrzałość.

Traumy i programy

Ten powszechny dziś brak spójności każe szerzej spojrzeć na zestaw czynników, które nas determinują. W moim odczuciu determinuje nas coś co określić można szerokim słowem „kontekst”. Kontekst to zbiór parametrów, przez które zostaliśmy ukształtowani. Na kontekst składają się wspomniane już wcześniej elementy (wychowanie, wzorce i edukacja), ale także paleta innych, mniej oczywistych czynników.

Bardzo ważne elementy kontekstu, to te które są związane z miejsce w którym się urodziliśmy. Gdybyśmy np. urodzili się w Afryce to myślelibyśmy i działali zupełnie inaczej. Inną też obarczeni zostalibyśmy spuścizną narodową, narodowymi traumami. Tak, tak w każdym w nas są w jakiejś formie zapisane narodowe traumy zaborów, przegranych powstań, hitlerowskiej okupacji czy socjalizmu. Oddziałują one na nas na poziomie zbiorowym (poprzez mity i bohaterów o których uczymy się w szkole i przesiąkamy w mediach – np. zesłańca, powstańca, partyzanta, itd.), ale także indywidualnym – przenoszone bezpośrednio z pokolenia na pokolenie. Nie bez powodu coraz częściej można spotkać się z pojęciem „łańcucha trudnych relacji” – wojenne traumy naszych dziadków w tej czy w innej formie przeniesione zostały na naszych rodziców. Ci z kolei przenieśli je na nas, a my – jeśli nie przerwiemy łańcucha – przeniesiemy je na kolejne pokolenie. W doskonały wręcz sposób proces ten ukazuje książka „Gnój”, na podstawie której powstał głośny swego czasu film „Pręgi”.

Jak ważne są te elementy przekona się każdy, kto w rozmowie ze znajomym czy nieznajomym jest w stanie wyjść poza oficjalny, propagandowy przekaz. Wówczas okazuje się bowiem, że w zasadzie każdy ma jakąś swoją „traumę” (z reguły „traumy”), która ciągnie się za nim z przeszłości. W każdym przypadku są to rzeczy bardzo indywidualne i względne, wynikające z postrzegania określonych sytuacji z unikalnej – bo dostępnej jedynie nam samym – perspektywy. Takim unikalnym „czymś” jest chociażby przekonanie jednej z moich znajomych – silnie determinujące jej dorosłe życie – że jako najstarsza z trójki dzieci nigdy nie doświadczyła miłości rodziców w takiej skali jak jej rodzeństwo. Dla kogoś innego będzie to wyśmiewanie się szkolnych kolegów z nadmiernej tuszy, dla jeszcze innego słowa matki „do niczego się nie nadajesz”, itd., itd.

Piwnica

Dlaczego to wszystko jest takie ważne? Bo bagaż, który niesiemy ze sobą przez życie jest znacznie cięższy niż mogłoby się wydawać. Jego znaczną część stanowi zawartość naszych mrocznych i zapleśniałych piwnic, na którą składają się nie tylko nasze traumy, ale także związane z nimi mechanizmy obronne, które się w nas wykształciły. Te mechanizmy tkwią w nas w postaci swego rodzaju „programów”. To one w określonych sytuacjach odtwarzają się automatycznie, w praktyce podejmując za nas bardzo ważne życiowe decyzje. Jeśli zdarza Ci się łapać na tym, że ex post zadajesz sobie pytanie: dlaczego właściwie to zrobiłem(-am)?, przecież tego nie chciałem(-am), to nie byłem(-am) ja; to odpowiedź jest taka: stałeś(-aś) się „ofiarą” swoich własnych, nieuświadomionych programów.

Jesteśmy przez te „programy” z jednej strony niesamowicie ograniczeni, a z drugiej przewidywalni. Nie bez powodu wiele osób dochodzi z czasem do wniosku, że ich porypane życie jest z góry zdeterminowane i że nic z tym nie można zrobić. To jedno z największych kłamstw współczesnego świata! Przewidywalność naszego życia to bowiem nasz wybór, na którym żerują dziś różnego rodzaju firmy (wykorzystując do profilowania). Co gorsza nagminnie – poprzez reklamy – „wgrywają” nam one swoje własne oprogramowanie. W efekcie człowiek współczesny coraz częściej żyje w ułudzie – zamiast chcieć tego co wynika z jego wnętrza, za swoje pragnienia przejmuje to czego oczekuje od niego świat (rodzice, rodzina, otoczenie, korporacje,…)! W tej sytuacji nie dziwi, że tak niewielu jest na świecie prawdziwie spełnionych – trudno jest być spełnionym realizując w życiu nie swoją misję i nie swoje cele.

Nie ta wyspa

Powie ktoś, a cóż złego w tym, że działają za nas „programy”. W końcu samochód w dużym stopniu także prowadzimy na zasadzie autopilota, nie musimy np. cały czas świadomie zmieniać biegów, robimy to automatycznie. Otóż różnica polega na tym, że „program” prowadzenia samochodu zostaje wgrany pod naszą kontrolą – wiemy co w nim jest, czemu ma służyć i kiedy ma być odtwarzany. Tymczasem programy wywodzące się z traum i negatywnych przeżyć, które dziś podejmują za nas kluczowe decyzje życiowe wgrały się niejako poza naszą świadomością. Co więcej są to programy, o charakterze obronnym, które miały nas – z reguły gdy byliśmy dziećmi – chronić przed złem tego świata, a szczególnie brakiem miłości. To programy, których częstym motywem jest wyparcie, ucieczka, oziębłość, itd. Dlatego też uruchamiane dziś przy okazji ważnych życiowych decyzji sprawiają, że dokonujemy niewłaściwych wyborów i w efekcie nasze życie nie wygląda tak jak chcielibyśmy aby wyglądało! Lądujemy nie tam gdzie powinniśmy i moglibyśmy wylądować.

Można takie spojrzenie oczywiście negować nie dostrzegając związku pomiędzy tysiącem pojedynczych decyzji, a całościową wizją życia. Związek ten jest jednak bardzo silny, co dobrze obrazuje morskie porównanie: gdy statek wypływa w morze wystarczy bardzo niewielkie odchylenie faktycznego od planowanego kursu by na przestrzeni tysięcy mil wylądować w zupełnie innej części świata niż się planowało. Tak też jest z naszym życiem – permanentny wpływ na nasze decyzje nieuświadomionych przez nas i niekontrolowanych „programów” prowadzi ostatecznie do tego, że zamiast na wyspie „spełnienie i szczęście” lądujemy na tej o nazwie „rozczarowanie” (a zdarza się, że jeszcze gorzej).

Leśna ścieżka

Na koniec odpowiedź na pytanie o to, po co ten cały przydługawy wywód i jak to się ma do zagadnień społeczno-gospodarczych? Otóż mam dziś pewność, że jeśli naprawdę chcemy coś w naszym kraju zmienić, nadać mu nowy kurs, zacząć wybierać NOWE (o czym pisałem w „Nadchodzi NOWE. Nie zmarnujmy tej SZANSY!”), zostawić wartościową spuściznę także kolejnym pokoleniom musimy najpierw zmienić siebie. To, że w społeczeństwie narasta polaryzacja, agresja, upowszechnia się hejt, a polityka stała się rzeźnią (to niedawne słowa jednego z prominentnych polityków) wynika z tego, że w określonych okolicznościach (niepokój, zagubienie) jako społeczeństwo zaczynamy sięgać do naszych piwnic, jeszcze silniej i częściej działać w oparciu o to co w nich jest. W efekcie nie tylko jako jednostki, ale także jako społeczeństwo lądujemy nie tam gdzie moglibyśmy i chcieli być. I niech nikogo nie zmyli fakt, że przecież gospodarczo odnosimy sukces – materializm to tylko jeden z wymiarów świata, w którym funkcjonujemy i nie jego skala determinuje siłę narodu i państwa. Wystarczy popatrzeć na doświadczenia z naszej historii, by zorientować się, że stan społeczeństwa taki jak obecnie zawsze kończył się dla nas źle.

Dlatego też tak ważna jest refleksja nad własnym życiem. I oczywiście nie mam zamiaru zastępować w tym względzie psychologów, trenerów, doradców życiowych itd. Chcę tylko powiedzieć, że dla mnie osobiście uświadomienie sobie opisanych powyżej mechanizmów i zależności było jednym z ważniejszych (o ile nie najważniejszym) momentów mojego życia. Dzięki temu mogę dziś żyć znacznie bardziej świadomie, a dzięki temu wybierać inaczej niż do tej pory, podejmować – jak wierzę – lepsze decyzje.

Od czego zacząć? Od uświadomienia sobie potrzeby zmiany kursu – zestawienia tego gdzie chciałbym być z tym gdzie jestem – i bacznego obserwowania siebie (swoich działań). Ten pierwszy krok powinien sprawić, że wyłoni się z tego nowa droga. Na początek jeszcze niezbyt wyrazista – coś jak dawno nieuczęszczana leśna ścieżka. Z czasem okaże się także, że długa i niełatwa, ale stąpa się po niej chętnie, bo to droga by wreszcie stać się….sobą.