Dużo się ostatnimi czasy mówi i pisze o inwestycjach publicznych. O tym, że to dobry sposób na wyjście z kryzysu, że będą na to dodatkowe środki z Unii Europejskiej (tzw. Fundusz Odbudowy), że instytucje międzynarodowe je zalecają itd. Ja osobiście do tej mani inwestycji publicznych jestem dość sceptycznie nastawiony. Nie żebym miał coś przeciwko autostradom, sprawnie działającym kolejom czy nowym sieciom telekomunikacyjnym. Ten mój sceptycyzm oparty jest na starej prawdzie, że „co za dużo to niezdrowo”. W przypadku inwestycji publicznych ta prawda sprawdza się niezawodnie, szczególnie gdy pieniądz na takie projekty jest łatwo dostępny, a w dzisiejszych czasach właśnie tak jest – w efekcie polityki banków centralnych pieniądz dla wielu rządów stał się dziś darmowy, a nierzadko zwraca się mniej niż pożycza. W takiej sytuacji znacznie pogarsza się jakość procesu inwestycyjnego – realizowane są projekty o niskiej produktywności i użyteczności, a biorąc pod uwagę koszty ponoszone w przyszłości (np. te związane z utrzymaniem) jestem pewien, że wiele z inwestycji jakie zafundują nam rządy w nadchodzących latach będzie – biorąc pod uwagę dłuższy okres i skumulowany wpływ – mieć negatywny wpływ na długoterminowy potencjał rozwojowy.

Czytaj dalej