Uwaga wszystkich w naszym kraju koncentruje się dziś na pierwszych przypadkach koronawirusa. W centrum uwagi jest Ministerstwo Zdrowia – jego działania są wnikliwie śledzone i komentowane. Nie ma się co dziwić, to właśnie służba zdrowia jako pierwsza przystąpiła do zdawania testu z koronawirusa. Tych, którzy przez niego będą musieli przejść jest jednak znacznie więcej, w zasadzie wszyscy (obywatele, biznes, rząd) w ten czy w inny sposób będą mu poddani. To test dla całej naszej społeczności. W przypadku obywateli głównie test dyscypliny i odpowiedzialności. W przypadku instytucji państwa ich elastyczności i efektywności.

Wymiarów wpływu epidemii na państwo i jego instytucje jest wiele. Jeden np. odnosi się do wspomnianego już wcześniej zagadnienia funkcjonowania służby zdrowia. Inny do zarządzania instytucjami publicznymi (np. szkoły). Trzeci do zapewnienia opieki nad osobami starszymi i samotnymi, w tym zapewnienia im pożywienia jeśli muszą lub powinni zostać w domu.

Nie mniej ważną kwestią jest także umiejętność ograniczenia szkód związanych z wirusem dla gospodarki. Rośnie ryzyko, że w odniesieniu do niej „test koronawirusa” może być pod pewnymi względami poważniejszy niż ten związany z kryzysem 2008 r. Odnosi się to w szczególności do kwestii płynności. To ona stanowi o obiegu gospodarczym. Gdy zaczyna jej brakować następuje zapaść. Na razie pojawiają się jedynie pierwsze symptomy problemów płynnościowych wybranych spółek, tych na których działalność wirus wpływa w bezpośredni sposób (związanych z podróżowaniem, spędzaniem czasu itd.). Jednak już dziś trzeba brać pod uwagę scenariusz szerszych problemów płynnościowych. Co jeśli kwarantanny i ograniczenia w przemieszczaniu staną się – na jakiś czas – powszechnym obrazem rzeczywistości, jeśli nie w całym to w określonych częściach kraju? Co jeśli zaburzenia w łańcuchach dostaw nie pozwolą na produkcję i sprzedaż określonych towarów? Co wreszcie, jeśli spadek popytu uderzy w firmy, zwłaszcza te małe? Za wszystkimi tymi procesami kryją się kwestie płynność, przejawiające się w postaci comiesięcznych dochodów (lub ich braku) ze sprzedaży, pracy itd.

Nie są to rozważania czysto teoretyczne. Faktyczne możliwości produkcji i sprzedaży nie są bowiem determinowane przez „średni” stan zapasów w gospodarce czy branży, ale przez te części/elementy, których na stanie danej firmy jest najmniej. W tej sytuacji wystarczy, że brak jest jednego z 1000 komponentów i nie ma już czego sprzedawać. Już tylko to co wydarzyło się w Chinach (czasowe wstrzymanie produkcji przez wiele firm) będzie mieć wpływ także na Polską gospodarkę. Że jeszcze tego nie widać? To tylko kwestia czasu – na razie zużywane są zapasy, część dostaw była w drodze, ale „dziura” w dostawach już powstała i w mniejszym lub większym stopniu poczują ją także nasze firmy.

Patrząc na rozwój sytuacji w innych krajach nie można wykluczyć, że w określonych regionach firmy mogą być zmuszone do zamknięcia swej działalności na kilka tygodni czy miesięcy. Ich pracownicy pozostaną w domu. Mogą nie otrzymywać całości lub części zapłaty, bo albo nie będą świadczyć pracy, albo ich pracodawcy nie będą w stanie przejściowo im zapłacić.

Gospodarka, to system naczyń połączonych – problemy w jednym obszarze szybko przekładają się na pozostałe elementy systemu. Dotyczy to w szczególności właśnie kwestii płynnościowych. Mają one skłonność do samo-eskalacji: niezapłacone zobowiązania jednych uderzają w płynność innych prowadząc do tego, że oni sami przestają regulować swoje zobowiązania.

Warto także pamiętać, że elementem tego systemu jest budżet państwa. Już teraz wiemy, że założony w budżecie wzrost gospodarczy w tym roku jest nie do osiągnięcia. Należności budżetowe będą niższe. To jednak nie wszytko – jeśli firmy będą miały problemy z płynnością nie będą w stanie regulować swoich podatkowych należności, nawet tych powstałych. Niższe dochody gospodarstw przełożą się na niższe płatności podatków także z PIT, VAT i akcyzy. Tegoroczny budżet być może trzeba będzie znowelizować.

Kwestia „zarządzania płynnością” zadecyduje o tym jaka będzie skala ekonomicznych skutków koronawirusa. Zarządzania na poziomie firm, ale przed wszystkim w skali kraju.

Ważnym elementem zarządzania płynnością na poziomie gospodarki jest ochrona mniejszych (słabszych) podmiotów przed wykorzystywaniem przez tych dużych. To nagminna sytuacja nawet w normalnych warunkach. Gdy pojawia się presja na płynność pokusa by ją poprawić kosztem innych rośnie. W takiej sytuacji liczą się odpowiednie rozwiązania prawne i skuteczność ich egzekucji.

Kluczowym aspektem zarządzania płynnością w gospodarce jest dostępność koniecznych narzędzi. W sytuacjach kryzysowych nie ma co liczyć na to, że płynność w gospodarce wesprą (kredytem) tradycyjne instytucje finansowe. Zwłaszcza teraz, ograniczone jak nigdy w swym działaniu różnego rodzaju regulacjami – gdy pojawią się problemy płynnościowe jako pierwsze zakręcą kurek. Nie ma też co liczyć na skuteczność tradycyjnej polityki monetarnej, obniżek stóp – jeśli przez jakiś czas nie uzyskujesz dochodów (lub masz je znacznie mniejsze), to fakt, że zamiast 1000 zł masz zapłacić 950 nie zmienia istotnie twojej sytuacji.

W nadzwyczajnych sytuacjach, a do takiej może – choć oczywiście nie musi – należeć przypadek koronawirusa, trzeba sięgać po niestandardowe rozwiązania. Państwo musi je mieć przygotowane. Musi mieć podstawy prawne i opracowane procedury wypłacania np. bezzwrotnych świadczeń dla gospodarstw domowych (w ściśle określonych przypadkach finansowanych nawet w formie bezpośredniej emisji pieniądza – „z helikoptera” – a nie poprzez zadłużanie się rządu). W pogotowiu musi mieć specjalne linie kredytowe dla firm i mechanizmy ich dystrybucji. Trzeba dokonać przeglądu funduszy pomocowych, które powstały po kryzysie 2008 r. – jeśli potrzeba zasilić je środkami.

Dyskutowanie o tego typu rozwiązaniach to nie kwestia straszenia. To kwestia odpowiedzialności. Wciąż najbardziej prawdopodobne jest to, że wiosenne ocieplenie lub wynalezienie szczepionki doprowadzi do odwrotu wirusa. I niech tak się stanie! Niech wszystkie przygotowania okażą się na wyrost. Nawet jeśli tak miałoby być, to warto je podjąć. Koszt tej zapobiegliwości będzie niewspółmiernie mały w stosunku do tego, jaki trzeba by ponieść gdyby pesymistyczny scenariusz się zmaterializował, a niezbędnych przygotowań by zabrakło. Tym bardziej, że już dziś wyraźnie widać, że właściwe przygotowanie służby zdrowia (lub jego brak) silnie różnicuje sytuację poszczególnych krajów jeśli chodzi o przypadki koronawirusa. Tak samo będzie jeśli pojawi się wirus (braku) płynności.

p.s.
przy okazji chciałbym zainteresowanym polecić mój tekst z 2017 r. „Polityka gospodarcza w warunkach niepewności”. Opisałem w nim szerzej charakter czasów w jakich żyjemy i jak powinna wyglądać zarządzanie gospodarką w takich właśnie czasach.