Rytm gospodarki

Andrzej Halesiak

Postawmy na jakość firm, nie ich ilość

Poniższy tekst to robocza wersja wywiadu ze mną, który w ostatecznej formie opublikowany został w książce „Druga transformacja polskiej gospodarki„. Publikacja ta stanowi  podsumowanie zagadnień ekonomicznych poruszanych podczas XII Kongresu Obywatelskiego. Gorąco zachęcam do jej lektury!

 

Gdy rozmawialiśmy półtorej roku temu („Wyjdźmy z bezimiennego rozwoju Polski”) zwracałeś uwagę na zachodzące w kraju i globalnie zmiany, które wymuszą dostosowania w polskiej gospodarce. Mówiłeś wówczas o tym, że kurczenie się zasobów pracy, robotyzacja oraz chęć dalszego bogacenia się Polaków będą wytwarzać coraz większą presję na prosty, kosztowy model konkurowania, charakterystyczny dla wielu polskich firm. Wyjściem z tej sytuacji miały być zmiany polegające z jednej strony na wzroście mechanizacji i automatyzacji produkcji, a z drugiej na budowaniu wyższej wartości (uzasadniającej wyższe ceny) ofertowanych produktów i usług. Jak postrzegasz sytuację obecnie, czy ta diagnoza jest nadal aktualna?

Jest nie tylko aktualna, ale w pełni materializuje się w rzeczywistości. Chociaż trendy, o których wówczas rozwialiśmy to trendy średnio- i długookresowe, to nawet z tak krótkiej perspektyw jak kilkanaście miesięcy wyraźnie widać że bardzo się intensyfikują. Zmiany na rynku pracy dostrzega dziś chyba każdy. Gdy rozmawialiśmy poprzednim razem stopa bezrobocia – mierzona zgodnie z metodologią Eurostatu – była jeszcze w okolicach 6%, dziś zbliża się do 4%. Półtorej roku temu płace w firmach rosły w tempie 3-4%, dziś 7-8%, a z dużym prawdopodobieństwem pod koniec roku ten wzrost będzie dwucyfrowy. I nie jest to zasługa jedynie czynników cyklicznych (choć akurat jesteśmy w szczycie koniunktury), ale przede wszystkim zmian o charakterze strukturalnym, malejącej ilości dostępnych zasobów pracy – wspomniana wcześniej stopa bezrobocia nigdy nie była w Polsce (tej post-transformacyjnej) na tak niskim poziomie.

Automatyzacja i robotyzacja nabierają globalnie coraz bardziej zaawansowanego wyrazu kryjącego się pod pojęciem Przemysłu 4.0. To metody wytwarzania wykorzysujące najnowsze zdobycze techniki. Nie udaje się to jeszcze w pełni, ale wiele firm jest dziś na etapie przejściowym; w istniejących fabrykach łączą stare i nowe rozwiązania, a równocześnie powstają koncepcje fabryk 4.0, składających się z komunikujących się ze sobą, samouczących się i przewidujących przyszłe zdarzenia maszyn i systemów. Takie fabryki mają – w swym zamyśle – znacząco ograniczyć rolę kosztów pracy, tym samym zmieniając reguły gry jeśli chodzi o lokalizację produkcji. Kraje rozwinięte liczą, że nowe modele wytwarzania staną się bodźcem do reindustrializacji. Co ważne dla nas jednym z globalnych pionierów Przemysłu 4.0 są Niemcy, a więc gospodarka, z którą jesteśmy bardzo silnie powiązani więzami kooperacyjnymi. Wiele działających u nas firm jest – jako poddostawcy – częścią łańcucha tworzenia wartości niemieckich koncernów. Jeśli połączymy te wszystkie fakty, to wyraźnie widać istotę wyzwania – jeśli nasze firmy w najbliższych latach nie dostosują się technologicznie, organizacyjnie i operacyjnie to mogą wypaść z tych globalnych łańcuchów.

A czy są jakieś nowe wątki na które warto zwrócić uwagę?

W kontekście globalnym takim wątkiem jest rosnące znaczenie inwestycji w aktywa niematerialne i kapitał ludzki. Jeszcze do niedawna inwestycje w aktywa niematerialne utożsamiano były głównie z nakładami na badania i rozwój, zakupami oprogramowania czy innych praw autorskich. Dziś pojęcie aktywów niematerialnych jest znacznie szersze. Okazuje się, że kluczowym aktywem może być baza danych o klientach pozwalająca na lepsze dopasowanie oferty i mniej kosztowne do nich dotarcie. Może nim być także marka firmy, umiejętność zrozumienia potrzeb klientów (np. w oparciu o umiejętnie przeprowadzone badania marketingowe), czy nabyty przez lata praktykowania unikalny „kapitał organizacyjny”, czyli wszystko to co sprawia, że organizacja działa efektywniej niż inne.

Zauważmy, że w zasadzie wszystkie te elementy oparte są na kapitale ludzkim. Bez wątpienia można powiedzieć, że w dzisiejszym świecie nie zasoby naturalne typu ropa naftowa, nie kapitał finansowy, ale właśnie zakumulowany w danym kraju kapitał ludzki w połączeniu z umiejętnością jego efektywnego wykorzystania stają się kluczowym elementem przewagi konkurencyjnej. Tym bardziej w przyszłości będą decydować o sukcesie gospodarczym i społecznym poszczególnych krajów.

Dobrze, w teorii coraz lepiej rozumiemy rolę aktywów niematerialnych, ale co oznacza to w praktyce?

Wiele wskazuje na to, że to właśnie struktura nakładów na aktywa materialne i niematerialne jest jednym z głównych czynników, który wyjaśnia dlaczego w latach 90-tych minionego wieku Stany Zjednoczone Ameryki zaczęły odstawiać Unię Europejską, jeśli chodzi o wzrost produktywności, a tym samym tempo rozwoju gospodarczego. Jeszcze w 1995 r. produktywność „starej Unii” kształtowała się na poziomie 95% amerykańskiej, ale od tamtego czasu zaczął się zjazd i dziś jest to już tylko nieco ponad 80%. W tym samym czasie widoczne były znaczące różnice w strukturze wydatków inwestycyjnych; podczas gdy Unia trzymała się aktywów materialnych (budynki, maszyny, środki transportu itd.), to w USA nastąpiło wyraźne przesunięcie w kierunku aktywów niematerialnych – w ostatnich 20 latach nakłady na aktywa niematerialne były tam większe niż na aktywa materialne. Innymi słowy w czasie, gdy Europa obrastała w kolejne kilometry w wielu miejscach rzadko wykorzystywanych dziś autostrad, gdy inwestowała w różnego rodzaju nieruchomości i inne tradycyjne aktywa, amerykanie koncentrowali swoje wydatki na tym, co okazuje się być znacznie bardziej przydatne i efektywne w nowoczesnej gospodarce.

A jak pod względem inwestycji w aktywa niematerialne wypada Polska?

Dostępne dla Polski dane są ograniczone, ale z badań przeprowadzanych na Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie wynika, że w ostatnich 15 latach inwestycje tego typu kształtowały się na średniorocznym poziomie 5.5% PKB (przy średniej dla „starej Unii” wynoszącej 7.2%, a dla USA 8.8%). Warto zauważyć, że w wielu krajach naszego regionu wydatki na aktywa materialne są znacznie wyższe; w Czechach to 7.1% PKB, na Słowenii 7.0%, a na Węgrzech 5.9%.

Ta sytuacja powinna się jednak zmienić, prawda?. W ostatnim czasie wiele uwagi przykłada się do kwestii innowacyjności, a na dodatek jest dziś w Polsce sporo środków, które można pozyskać umiejętnie podpinając się pod to magiczne słowo-klucz.

Tyle tylko, że w przypadku takiej „gorączki złota” bardzo łatwo o marnotrawstwo, „przepalenie” środków na inicjatywy i projekty których średnio- i długofalowy wpływ na gospodarkę będzie ograniczony lub żaden. Nie chcę przy tym dyskredytować kwestii innowacyjności. Jest ona bardzo ważna, ale inicjatywa w tym względzie musi wyjść od dołu, od strony firm. Każda firma, która jest w stanie przetrwać na rynku musi nieustannie wykazywać się innowacyjnością. I tak jest także w Polsce. Pytanie dotyczy jej formy. Przez wiele lat innowacyjność niektórych firm w Polsce koncentrowała się np. na zagadnieniach księgowo-podatkowych i/lub różnego rodzaju formach wykorzystywania pracowników. Teraz na szczęście czas tego typu kreatywności i opartych na niej „modeli biznesowych” powoli przemija. Z jednej strony Państwo staje się bardziej skuteczne w egzekwowaniu swoich danin, a z drugiej sytuacja na rynku pracy zmienia relacje pracodawca-pracownik. Pytanie jaki kierunek obierze w najbliższych latach innowacyjność działających w Polsce firm? Miejmy nadzieję, że ten najbardziej pożądany – nowe produkty, innowacyjne sposoby dotarcia do klientów, innowacyjne modele biznesowe, innowacyjność organizacyjna i procesowa.

Z kolei patrząc z perspektywy makroekonomicznej potrzebujemy w naszym kraju wykształcenia mechanizmów, które systemowo będą „pchały” naszą gospodarkę w kierunku wyższej produktywności i płac. W ogólnym zarysie chodzi z jednej strony o mechanizm wiążący wzrost płac ze wzrostem produktywności, a z drugiej taki, który będzie uwspólniał w tym względzie interesy i cele pracowników, menedżerów i właścicieli firm. Pracownicy muszą wiedzieć, że podwyżki płac będą możliwe jeśli rosnąć będzie produktywność, z drugiej strony muszą też mieć swego rodzaju gwarancję, że jeśli te wzrosty produktywności uda się osiągnąć, to nie stanie się tak, że jedynym ich beneficjentem będą – poprzez wyższe zyski – właściciele firmy. Jako ważny element tego systemu potrzebna jest znacznie powszechniejsza partycypacja pracowników w „procesach intelektualnych” w firmach. Dziś w segmencie małych i średnich przedsiębiorstw nie rzadko jest tak, że właściciel lub prezes mają niejako monopol na dobre pomysły i idee. Reszta załogi jest jedynie od podążania za ich przywództwem i wykonywania poleceń. Drugą stroną tego podejścia jest niechęć do inwestowania w pracowników. Jeśli popatrzymy na statyki Eurostatu odnoszące się do intensywności szkoleń pracowniczych, to okazuje się że plasujemy się pod koniec unijnej stawki. A jak już wspomniałem wcześniej, to jakość kapitału ludzkiego zadecyduje o naszych konkurencyjnych przewagach w przyszłości.

A co z rolą Państwa?

To co moim zdaniem może niepokoić to swego rodzaju moda na tworzenie różnego rodzaju preferencji dla małych firm. Zwraca się uwagę, że ich warunki konkurowania z dużymi koncernami nie są równe, ale w moim przekonaniu prawda jest taka, że małe firmy często z dużymi nie konkurują. Żyją raczej w swego rodzaju symbiozie, jako poddostawcy, usługodawcy itd. Więc ułatwienia biurokratyczne dla małych firm jak najbardziej tak, ale już ulgi podatkowe, czy subwencje do zatrudnienia niekoniecznie. Doświadczenia międzynarodowe wskazują, że tego typu polityka może być kontr-produktywna. Źle skonstruowany system wsparcia powoduje – co potwierdzają liczne przykłady krajów z Ameryki Południowej – że nadmiernie duża część zatrudnienia akumuluje się w małych firmach o niskiej produktywności, co waży na ogólnym jej poziomie. Zresztą problemy te widać już także w Polsce. Okazuje się, że o ile produktywność dużych firm jest w Polsce na poziomie nieco ponad 50% dużych firm w UE, to produktywność segmentu mikro, małych i średnich firm jest na poziomie niespełna 40% mikro, małych i średnich firm w UE. Tak słaby wynik jest w dużej mierze zasługą segmentu firm mikro (do 9 zatrudnionych), gdzie produktywność jest na poziomie jedynie ok. 30% tego co w podobnych firmach, średnio w UE.

Z czego bierze się tak dramatycznie niska wydajność firm mikro w Polsce?

Moim zdaniem z charakteru tych firm. To w wielu przypadkach firmy odgrywające jedynie rolę swego rodzaju „pośredników” lub wręcz „pseudo-firmy”, nie tworzące większej wartości dodanej. Potwierdzają to dane o udziale wartości dodanej w przychodach. Otóż o ile w UE w segmencie mikro udział wartości dodanej w przychodach wynosi średnio 29%, to w Polsce zaledwie 18% (dla firm małych jest to odpowiednio 25 i 19%, a średnich 23 i 21%). Taki charakter mikro firm w Polsce to moim zdaniem pochodna dwóch czynników: i) wysokiego udziału firm, które powstały „z konieczności” (założenie firmy było przez wiele lat jedynym sposobem by coś robić w sytuacji braku możliwości znalezienia pracy na etacie) oraz ii) usankcjonowanego od lat systemu wspierania nowo-powstających firm, traktowanego jako substytut właściwej polityki rynku pracy. W efekcie w minionych 10 latach szliśmy zdecydowanie w „ilość” a nie „jakość” mikro i małych firm.

Co w takiej sytuacji można zrobić?

Jest dziś czas by dokonać znaczących korekt w polityce wobec mikro i małych firm. W odniesieniu do nowo powstających podmiotów należy odejść od powszechnego subsydiowania („dawania kasy”) i nadać wsparciu charakter ekonomiczny a nie socjalny. To ostatnie oznacza, że pomoc powinna być ukierunkowana na tych, dla których własna działalność wiąże się z chęcią realizacji innowacyjnych pomysłów, a nie na tych, dla których była ona formą pomocy socjalnej, a z czasem – w przypadku niektórych – stała się swego rodzaju modelem biznesowym polegającym na „wyciąganiu” państwowej kasy.

W obecnie panujących warunkach, gdy na rynku pracy brakuje pracowników część osób zaangażowanych dziś w segmencie mikro firm może i powinna znaleźć zatrudnienie w firmach średnich i dużych. Przeciętna produktywność osoby pracującej w dużej firmie jest 2.5-krotnie wyższa niż w firmie mikro, tak więc przepływ zasobów od nieefektywnych (ale hojnie subsydiowanych) mikro firm miałby podwójnie korzystny wpływ na gospodarkę; przyczyniał się do wzrostu przeciętnej produktywności i pozwalał zaoszczędzić publiczne fundusze. Jeśli w następstwie tych procesów ogólna liczba firm w Polsce spadnie nie jest to żaden problem. Nadszedł czas by kłaść nacisk na ich jakość a nie ilość.

Z kolei w segmencie małych firm wsparcie powinno być ukierunkowane na tych przedsiębiorców, którzy mają ambicję rosnąć i rozwijać się. Wbrew potocznemu mniemaniu większość właścicieli małych firm nie ma takich ambicji i zadowala się pewnym poziomem aktywności, takim który pozwala im godnie żyć. W tej sytuacji wsparcie małych firm powinno mieć charakter specyficzny – powinno się wspierać ściśle określone procesy/działania (np. konsolidację, sukcesję, wychodzenie na rynki zagraniczne itd.) a nie małe firmy jako małe firmy.

Elementem polityki wspierania małych firm powinno być tworzenie warunków dla powstawania dużych firm. Tak, to nie pomyłka! Jak już wspomniałem wcześniej wokół tego typu podmiotów z sukcesem funkcjonują z reguły całe eko-systemy małych przedsiębiorstw.

Podsumowując, powinniśmy być w nadchodzących latach świadkami istotnych zmian w polskiej gospodarce.

W gospodarce i mentalności. Musimy przestać pozycjonować się jako biedny kraj. Warto nieustannie mieć w pamięci, że aż 85% ludności świata mieszka w państwach, gdzie średni dochód PKB per capita jest niższy niż w Polsce. Owszem, „bycie biednym” przydaje się czasami, np. w kontekście funduszy unijnych. Ale jest to broń obosieczna. Od pomocy można się uzależnić, a poza tym zabija ona wewnętrzną kreatywność, chęć i wolę działania. Te niebezpieczne procesy widać już także w Polsce. W niektórych regionach podstawowym zmartwieniem jest dziś to, że przekraczają one lub wkrótce przekroczą próg 75% unijnego PKB per capita, co ograniczy ich dostęp do unijnych funduszy. Zamiast się tym martwić lepiej skoncentrować się na tworzeniu systemowych rozwiązań pozwalających na efektywne wykorzystywanie lokalnych – wcale nie tak małych – zasobów oraz na tworzenie nowych.    

To pozycjonowanie się na „biedny kraj” jest dziś wciąż silnie widoczne w sferze jakości usług publicznych, gdzie zbyt łatwo nierozwiązane od lat problemy usprawiedliwiamy brakiem środków. Najwyższy czas by przeobrazić wiele podstawowych obszarów takich jak policja, służba zdrowia, itd., dorobić się wreszcie e-government z prawdziwego zdarzenia. W mojej ocenie to nie jest na dzień dzisiejszy kwestia środków. To z jednej strony kwestia priorytetów – tego czy chcemy inwestować czy konsumować. Z drugiej zaś kwestia nieumiejętności brania się za duże projekty; naszą bolączką jest brak mechanizmów, które skutecznie „pchałyby” te projekty w ramach zbiurokratyzowanych struktur, a po drugie umiejętności budowania wobec nich ponadpartyjnego konsensusu (nawet jak już coś zacznie się robić to przy zmianie politycznej ekipy wysiłek jest marnotrawiony).

Polaków w nadchodzących latach będzie stać na więcej. Ich oczekiwania i preferencje powinny się zmieniać. Widać to już chociażby w sferze żywienia. Coraz więcej uwagi przykładamy do tego by to co konsumujemy było zdrowe. Co ważne jesteśmy w gotowi za to płacić. Podobne procesy powinny występować także w innych obszarach. Tym samym strona popytowa stanie się – i bardzo dobrze – poprzez rosnące wymagania dodatkowym źródłem presji na przekształcenia strony podażowej. Takiej naturalnej presji nie ma w sektorze publicznym i jest to swego rodzaju ryzyko. Jeśli przeobrażenia sektora publicznego nie będą nadążać za zmianami w biznesie, to stanie się on szybko kulą u nogi naszej gospodarki.

Czy D.Trump doprowadzi do załamania na giełdach?

Ostatnie zawirowania na giełdach przypomniały inwestorom, że ceny akcji mogą nie tylko iść w górę, ale także spadać. Głównych powodów korekty upatruje się w protekcjonistycznych działaniach D.Trumpa, ale także – szczególnie w kontekście pierwszej, lutowej fali spadków – w wyższych niż oczekiwano odczytach tempa wzrostu płac i cen. To właśnie ten drugi czynnik wydaje się rodzić największe ryzyko dla założonego przez rynki na bieżący rok scenariusza relatywnie silnego wzrostu gospodarczego i umiarkowanej, pozostającej pod kontrolą banków centralnych inflacji.  Kluczowa w tym kontekście wydaje się być sytuacja w USA –  pytania o to dlaczego potencjalnie inflacja może tam zaskoczyć oraz dlaczego stanowi to zagrożenie dla rynków finansowych są dziś jednymi z najbardziej istotnych.

Zacznijmy od pierwszego z tych pytań. Otóż inflacja może zaskoczyć ze względu na sytuację w amerykańskiej gospodarce. Ta znajduje się w bardzo długiej fazie (formalnie od połowy 2009 r.) nieprzerwanego wzrostu. W efekcie wchłonięta została już większość nadwyżek pracy jakie były dostępne na rynku. O ile w czasie kryzysu liczba miejsc pracy spadła o ponad 8 mln, to od czasu wejścia w fazę ekspansji do dziś powstało ich dwukrotnie więcej. W efekcie stopa bezrobocia (obecnie ok. 4%) kształtuje się poniżej poziomów obserwowanych w szczycie poprzedniego cyklu koniunkturalnego. W tej sytuacji można by oczekiwać, że ze względu na brak wolnych zasobów gospodarka amerykańska raczej nie będzie się zbyt szybko rozwijać, a ewentualne stymulowanie popytu będzie się z jednej strony przekładać na wzrost deficytu handlowego, a z drugiej na wzrost cen. Tu dochodzimy do kwestii ekspansywności polityki gospodarczej w USA. Otóż ta pomimo długiej fazy ekspansji utrzymuje nastawienie stymulujące; stopy procentowe wprawdzie od jakiegoś czasu rosną, ale następuje to w bardzo wolnym tempie (ich poziom pozostaje niski), równocześnie polityka fiskalna – w szczególności reforma podatkowa – będzie w nadchodzących kwartałach „podgrzewać” koniunkturę rodząc obawy jej przegrzania (czego jednym z objawów jest wzrost cen).

Teraz o tym, dlaczego może to być potencjalnie groźne dla rynków finansowych. Powodów jest kilka. Można je zebrać w trzy grupy. Pierwsza grupa odnosi się bezpośrednio do atrakcyjności inwestowania w akcje, druga do kwestii technologicznych, a trzecia ma kontekst makroekonomiczny. Zaczynając od pierwszej grupy. Po pierwsze wyższa od oczekiwań inflacja to wyższe stopy procentowe, co z kolei oznaczałyby wzrost kosztów finansowania firm uderzający w ich zyski. Po drugie wyższe niż obecnie zakładane stopy w przyszłości to niższa dzisiejsza wartość przyszłych zysków, a tym samym wartość przedsiębiorstwa (na takiej metodologii opierają się wyceny fundamentalne firm). Po trzecie wreszcie jeśli wraz z inflacją wzrośnie oprocentowanie oferowane przez emitujących obligacje, to wzrośnie też ich relatywna atrakcyjność względem akcji, szczególnie biorąc pod uwagę dwa wcześniejsze punkty.

W drugiej grupie czynników chodzi o rosnące wykorzystanie technologii na rynkach finansowych, w szczególności w zawieraniu transakcji. W dzisiejszym świecie za dużą częścią z nich stoją algorytmy komputerowe cały czas wyszukujące okazji do kupa i sprzedaży. Algorytmy te mają zapisane określone wzorce zachowań. Jeśli jeden z nich przewiduje np., że wzrost rentowności obligacji amerykańskich powyżej określonego poziomu ma stanowić sygnał zmiany trendu na rynku (przejście w długotrwałą fazę spadków), to może zadziałać to jak samospełniająca się przepowiednia.

Trzecia wreszcie grupa czynników odnosi się do aspektów makroekonomicznych. Otóż wyższe stopy procentowe w USA mogą przełożyć się na sferę realną. Nie tylko w USA. Pompowanie przez lata taniego pieniądza w globalną gospodarkę doprowadziło do nadmuchania większych i mniejszych baniek. Historia pokazuje, że im więcej podwyżek stóp skumulowanych jest w krótszym czasie tym ryzyko ich pękania większe. I choć nie wydaje się byśmy na świecie mieli dziś bańkę na miarę tej z amerykańskiego rynku nieruchomości (w 2007-2008 r.), to nawet pękanie tych mniejszych przy rekordowo wysokim poziomie globalnego zadłużenia może okazać się bolesne. Jednym z potencjalnych źródeł napięć może się okazać dolarowe zadłużenie firm poza USA. W wielu krajach „tani” dolar (niskie stopy + długie okresy osłabiania się) skłonił firmy do zadłużania się w tej walucie (skala takiego zadłużenia wzrosła z ok. 6 bilionów dolarów w 2009 r. do 11 bilionów obecnie). Teraz wzrost stóp procentowych stanowi dla nich wyzwanie, a dla części – przy szybszych i większych podwyżkach – może okazać się nie do udźwignięcia, zwłaszcza jeśli towarzyszyłoby im gwałtowne umocnienie się dolara.

Podsumowując, nie bez powodu odczyty płac i inflacji w USA będą w najbliższych miesiącach jednymi z najbardziej wyczekiwanych. Na rynkach finansowych będzie bardziej nerwowo. Nie można wykluczyć, że paradoksalnie realizacja przez D.Trumpa jego wyborczych zapowiedzi, tych samych które napędzały wzrosty na amerykańskiej giełdzie od czasu wyborów,  zakończy obecną fazę jej ekspansji

MREL – czy uzależni nasz rozwój od zagranicy?

Nie opadł jeszcze kurz po burzy nowych rozwiązań podatkowo-regulacyjnych jakie dotknęły sektor bankowy w minionych 3 latach, a na horyzoncie widać już kolejne chmury. Na polskim rynku bezrefleksyjnie implementowane są rozwiązania, które zostały stworzone na bazie doświadczeń i na potrzeby nadmiernie ufinansowionych krajów, do których Polska nie należy. Czym może grozić taka nad-regulacja w kraju, w którym rozwój gospodarczy wymaga zapewnienia źródeł finansowania?   Stłumieniem potencjału rozwojowego lub rosnącym uzależnieniem go od finansowania zagranicznego, od którego tak bardzo w ostatnich latach próbowaliśmy się …uniezależnić.

Unoszący się jeszcze kurz

Minione lata oznaczały dla sektora bankowego w Polsce prawdziwą rewolucję. Wprowadzenie podatku bankowego, nowe zasady naliczania i dwukrotnie wyższy poziom składek na Bankowy Fundusz Gwarancyjny, powołanie Funduszy Wsparcia Kredytobiorców opłacanego przez banki, wszystkie te zmiany silnie wpłynęły na sytuację sektora. W wymiarze finansowym w samym 2017 r. oznaczały one koszty wyższe o ok. 4.5-5 mld złotych. Równocześnie w ramach dostosowania do tzw. Bazylei III banki musiały znacznie podnieść poziom kapitałów – o ile jeszcze na koniec 2014 r. wynosiły one niespełna 140 mld złotych, to na koniec 2017 r. sięgnęły 200 mld. To wszystko nie mogło pozostać obojętne dla rentowności sektora. Najpowszechniej wykorzystywany wskaźnik zwrotu na kapitale spadł z poziomu 11-12% do 7-8%. To bardzo istotna zmiana – przy obecnym poziomie rentowności banki nie są w stanie zapewnić pokrycia kosztu kapitału szacowanego na ok. 8.5-9.5%. To jeden z głównych powodów zachodzącej w naszym kraju konsolidacji – brak możliwości uzyskania satysfakcjonującej inwestorów rentowności powoduje, że część z nich pozbywa się posiadanych w naszym kraju aktywów. Z kolei ci, którzy je nabywają liczą na efekty skali, na to że przy większych aktywach łatwiej będzie im osiągnąć oczekiwany zwrot.

Warto zauważyć, że ostatnia fala dostosowań regulacyjno-podatkowych wystąpiła pomimo tego, że w Polsce nie mieliśmy kryzysu wywołanego nieodpowiedzialnymi działaniami banków, a szok zewnętrzy w postaci globalnego kryzysu finansowego polskie banki zniosły bardzo dobrze – nie trzeba było żadnego z nich ratować, a sektor jako całość przez cały czas pozostał rentowny. Nieliczne przypadki upadłości banków jakie miały miejsce w ostatnich latach dotyczyły bardzo małych instytucji i nie miały nic wspólnego ze zjawiskami kryzysowymi. Mieliśmy więc do czynienia ze znacznym wzrostem wymogów bezpieczeństwa wobec sektora bankowego, pomimo tego, że istniejące już wcześniej mechanizmy okazały się skuteczne i zupełnie wystarczające nawet w warunkach unikalnego w swej skali globalnego kryzysu.

Kolejne chmury na horyzoncie

Mogłoby się wydawać, że mając „przetestowany” przez globalny kryzys i na dodatek wzmocniony o wprowadzone w ostatnich latach dodatkowe zabezpieczenia sektor bankowy można uznać za super-bezpieczny. Regulatorzy tak jednak nie uważają i czeka nas w najbliższych latach kolejna fala nowych wymogów. Z jednej strony odnosić się one będą do samych kapitałów, z drugiej do tzw. minimalnego wymogu środków własnych i zobowiązań kwalifikowanych (z ang. MREL). Nie wchodząc w szczegóły oznaczają one w praktyce, że kapitały banków wciąż będą musiały rosnąć w tempie szybszym od aktywów, a poza tym wzrosną koszty finansowania banków. Dlaczego? Wprowadzenie MREL spowoduje konieczność emitowania przez banki specjalnego rodzaju papierów wartościowych, od których trzeba będzie płacić odsetki, znacznie wyższe niż te, które płaci się dziś od depozytów.

Jak się wydaje cały problem polega na tym, że MREL i kolejne wymogi kapitałowe to nie nasz lokalny pomysł, tylko przeniesienie do Polski rozwiązań pan-europejskich. Nawet jednak jeśli określone rozwiązania „bierzemy” od innych, to nie oznacza to, że nie warto stawiać pytań o sensowność „ślepej” implementacji tego typu rozwiązań w kraju takim jak Polska, który pod względem ubankowienia bardzo różni się do zachodniej Europy (by przywołać tylko jedną miarę: aktywa sektora bankowego stanowią u nas równowartość ok. 90% PKB, podczas gdy w Europie Zachodniej standardem jest 300-400%).

Na logikę wprowadzanie kolejnych obostrzeń ma sens wówczas, gdy pojawiają się przesłanki, że ryzyka zakumulowane w sektorze mogą w przyszłości zaowocować kryzysem finansowym. Czy u nas w Polsce takie przesłanki występują? Moim zdaniem trudno znaleźć argumenty, które by taką tezę wspierały. Żadna miara wykorzystywana do oceny bezpieczeństwa nie wskazuje na to by był on bardziej ryzykowny niż w 2008 r. Wynika to z faktu, że funkcjonuje on w ramach tradycyjnego modelu depozytowo-kredytowego, z bardzo ograniczoną skalą potencjalnie mniej przewidywalnej (tym samym bardziej ryzykownej) działalności handlowej. Co więcej dziś na każdą złotówkę aktywów przypada już kilkanaście groszy zakumulowanych kapitałów (na pokrycie nie przewidzianych strat), podczas gdy w 2008 r. było to 6 groszy. Udział detalicznych kredytów walutowych w bilansie sektora spadł z 15% do 8%. Poza tym kredytobiorcy przeżywający trudności mogą dziś liczyć na wsparcie specjalnego funduszu, co sprawia, że nawet pogorszenie koniunktury nie musi przekładać się na znacząco wyższe koszty ryzyka w bankach (szczególnie w segmencie detalicznym).

Nad-regulacja ma znaczenie

Powie ktoś a komu to przeszkadza, że wymogi wobec banków rosną – bezpieczeństwa nigdy za wiele. Problem polega na tym, że to budowanie bezpieczeństwa nie odbywa się bezkosztowo. Przy przekroczeniu określonych granic nadmierna regulacja staje się kontr-produktywna; nie dodaje do bezpieczeństwa będąc równocześnie obciążeniem dla gospodarki. Jak już bowiem wspomniałem narastające wymogi nie są obojętne dla działalności banków, a tym samym dla ogólnej zdolności finansowania. Na banki przypada dziś ok. 2/3 wszystkich aktywów sektora finansowego stąd ich kondycja ma bardzo istotny wpływ na funkcjonowanie gospodarki jako całości.

Przyjrzyjmy się więc potencjalnym skutkom nowych regulacji. Zacznijmy od samego sektora bankowego. Emisja „drogich” papierów to dodatkowe koszty finansowania. Ale to jedna strona równania. Uzyskane środki można bowiem wykorzystać. Najprostsza forma to lokowanie w papiery dłużne emitowane przez Skarb Państwa, ale na takiej inwestycji nie da się raczej zarobić, tak więc efekt netto będzie dla banków ujemny (uderzając w rentowność). By nie ponosić straty banki mogą: i) rozłożyć wyższe koszty na „standardowe” produkty bankowe (np. marże kredytowe) przenosząc je tym samym na klientów, ii) poszukiwać bardziej rentownych inwestycji (np. w obligacje korporacyjne). Tyle tylko, że z tymi większymi rentownościami wiąże się też wyższe ryzyko. Może być więc tak, że system nominalnie zaprojektowany po to by ograniczyć ryzyko związane z funkcjonowaniem sektora bankowego może paradoksalnie spowodować akumulację tego ryzyka.

Innym skutkiem MREL-a będzie jeszcze większa presja na konsolidację sektora bankowego; po prostu jeszcze trudniej będzie osiągnąć satysfakcjonującą rentowność, tak więc kolejni inwestorzy powiedzą „pas”. Będziemy więc mieć nasilenie procesu tworzenia dużych instytucji, oby nie „za dużych by upaść”, bo wówczas mielibyśmy do czynienia z zupełnym zaprzeczeniem wyjściowych intencji odnoszących się do nowej fali regulacji.

Ale to jeszcze nie wszystko. Spójrzmy szerzej, wychodząc poza sektor. Po pierwsze , jeśli koszty związane z emisjami zostaną przerzucone – w postaci wyższej marży – na klientów, to MREL może oznaczać wyższe koszty finansowania gospodarki, utrudniać tym samym jej rozwój. Po drugie przy rosnących wymogach kapitałowych sama podaż kredytu będzie mniejsza – jej skala zależy od tzw. lewara (dopuszczalnej relacji aktywów do kapitałów), a ten przy wyższych wymogach kapitałowych będzie mniejszy. Część firm może zostać zmuszona do poszukiwania alternatywnych źródeł finansowania. Będą to robić na rynku kapitałowym, ale ten jest w polskich warunkach bardzo płytki. Co więcej poszukujące na nim kapitału firmy napotkają tam konkurencję ze strony…banków, które same będą starały się uplasować na nim nowe emisje wymaganych przez regulatora papierów. Jedynym możliwym dostosowaniem w takiej sytuacji okaże się zwiększony import kapitału z zagranicy. Zamiast więc uniezależniać się od koniunktury światowej i ograniczyć wrażliwość naszej gospodarki na zewnętrzne szoki, staniemy się bardziej zależni od zagranicznego kapitału niż dziś.

 

Podsumowując, warto postawić kilka pytań: jaki ma sens inwestowanie w budowę „schronu atomowego” w sytuacji, gdy nasz rynek jest na etapie muszkietów? Jaki ma sens tworzenie mechanizmu, który ma zabezpieczać przed zagrożeniami, których nie ma i które de-facto sam prawdopodobnie dopiero wykreuje? Jaki ma sens tworzenie mechanizmu, który zwiększy nasze uzależnienie od finansowania z zagranicy, w sytuacji gdy to ona może dziś być dla nas źródłem najbardziej groźnych dla gospodarki szoków? Szkoda, że odpowiedzi na te pytania nie poszukują nasi nadzorcy i regulatorzy, skupiając się na bezkrytycznym implementowaniu będących zdecydowanie na wyrost jak na nasze warunki standardów.

Aktywa niematerialne – cz.2

cz.1 sygnalizowałem rosnące znaczenie dla firm i gospodarek inwestycji w tzw. aktywa niematerialne. W tym wpisie chciałbym przywołać dwa badania i kilka danych w nich zawartych.

Pierwsze to badanie porównawcze UE i USA: „Intangible investment in the EU and US before and since the Great Recession and its contribution to productivity growth”. Główne wnioski jakie z niego płyną są następujące:

  • W USA znaczenie inwestycji w aktywa niematerialne jest większe niż w UE – w latach 2000-2013 stanowiły one średnio 8.8% PKB wobec 7.2% dla tzw. “starej Unii” i 6.4% dla „nowej Unii” (reprezentowanej w analizie przez Czechy, Węgry, Słowenię i Słowację)
  • Podczas gdy w Unii inwestycje w aktywa materialne przeważają nad tymi w aktywa  niematerialne (w analizowanym okresie średnia relacja materialnych do niematerialnych to w przypadku „starej Unii” 130%, „nowej” 250%) w USA jest odwrotnie – inwestycje w aktywa materialne stanowiły w analizowanym okresie niespełna 90% inwestycji w aktywa niematerialne.
  • Sama Unia jest silnie zróżnicowana; w Danii, Szwecji, Wlk. Brytanii, Irlandii, Finlandii, Francji, Belgii i Holandii przeważają inwestycje w aktywa niematerialne, natomiast  w krajach południa, „nowych krajach członkowskich” oraz  w Niemczech i Austrii nadal dominują inwestycje w aktywa materialne.

Patrząc na powyższe liczby ciekawym przypadkiem wydają się być Niemcy (także Austria, ale jest to dużo mniejsza gospodarka). Wydawać by się mogło, że inwestycje w aktywa niematerialne są dziś warunkiem osiągnięcia sukcesu na międzynarodowych rynkach, tymczasem ich poziom w Niemczech – kraju co by nie mówić wciąż uchodzącym za przykład gospodarczego sukcesu – jest zbliżony do tego obserwowanego w Polsce (oczywiście w relacji do rozmiarów gospodarki mierzonej PKB). Głębsze spojrzenie na niemieckie dane wskazuje na relatywnie niski udział wydatków w dwóch obszarach: na oprogramowanie (0.7% PKB w stosunku do średniej dla „starej UE” na poziomie 1.3%) oraz kompetencjach ekonomicznych (2.3% PKB wobec 3.2%). O ile w przypadku oprogramowania trudno mi znaleźć (przynajmniej „na szybko”) jakieś logiczne uzasadnienie, to w przypadku kompetencji ekonomicznych można postawić hipotezę, że być może jest to pochodna działania w praktyce ogólnonarodowej marki „made in Germany” – dzięki której niemieckie firmy nie potrzebują wydawać na marketing tyle, co producenci z innych krajów, gdyż ich produkty niejako same się sprzedają.

Szersza konkluzja płynąca – jak dla mnie – z powyższego zestawienia jest taka, że nowoczesne gospodarki charakteryzuje znacząca wielkość inwestycji w aktywa niematerialne, ale nie jest to jedyny miernik i gwarant sukcesu. Po pierwsze tak jak w przypadku aktywów materialnych można w tym obszarze dokonywać nietrafionych inwestycji (np. wydatki na badania i rozwój, które nie przeradzają się w komercyjne produkty). Po drugie bardzo ważne jest na ile inwestycje w aktywa materialne i niematerialne mają komplementarny charakter i składają się na zapewniający sukces model biznesowy. Po trzecie wreszcie ważna moim zdaniem jest też kwestia tego, na ile wydatki na aktywa niematerialne przekładają się na krajowy bilans handlowy. Mam tu na myśli fakt, że większa intensywność inwestycji w aktywa niematerialne występuje w przypadku usług niż przemysłu. Relatywnie wysoki udział inwestycji w aktywa niematerialne może więc mieć miejsce w warunkach deindustrializacji. Pytanie jakie wówczas się pojawia dotyczy tego, czy powstający sektor usług ma na tyle charakter handlowalny (podlegający wymianie międzynarodowej), że jest w stanie zapewnić równowagę rachunku obrotów bieżących lub czy dobra powstające w efekcie inwestycji w aktywa niematerialne (takie jak np. licencje) są w stanie równowagę tego rachunku wspierać (poprzez ich sprzedaż za granicę).

Co w kontekście inwestycji w aktywa niematerialne wiemy o Polsce? Szacunki wielkości inwestycji niematerialnych w oparciu o przedstawioną powyżej metodologię były robione na Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie („Inwestycje w kapitał niematerialny w gospodarkach o średnim poziomie rozwoju”). Według tych szacunków wielkość tego typu inwestycji kształtowała się w latach 2000-2013 na średnim poziomie ok. 5.5%. Oznaczałoby to – porównując wyniki do poprzedniej analizy – że kształtowała się poniżej poziomu w Czechach (7.1%), na Słowenii (7.0%) i na Węgrzech (5.9%) i nieco wyżej niż na Słowacji (5.1%)

Czy stosunkowo niska skala inwestycji w aktywa niematerialne w Polsce to powód do zmartwienia? I tak i nie. Z jednej strony niska skala tego typu nakładów nie przeszkadzała nam szybko się rozwijać. Z drugiej jednak wiele mówi o „modelu biznesowym” naszej gospodarki, skupionej na stricte produkcyjnych ogniwach łańcuchów tworzenia wartości (do czego potrzebne są głównie aktywa trwałe), z ograniczoną rolą wymyślania, konstruowania i innych form „tworzenia wiedzy”.  Ta ostatnia – w potrzebnym zakresie – trafiała do nas w minionych latach często wraz z inwestorami zagranicznymi lub zamówieniami zagranicznymi. Obecnie wchodzimy jednak w taką fazę rozwoju, gdzie znaczenie tworzenia wiedzy lokalnie będzie rosnąć. Nie chodzi od razu o kreowanie przełomowych na skalę globalną innowacji czy rozwiązań, ale o „kreatywną imitację” – dodawanie wartości do tego co zostało wynalezione gdzie indziej.

Aktywa niematerialne – rola w nowoczesnej gospodace (cz.1)

Kilkakrotnie na moim blogu zwracałem uwagę, że w kluczowych dla rozwoju procesach inwestycyjnych liczy się nie tylko ilość, ale także – a może nawet przede wszystkim – jakość („Oprócz ilości liczy się też jakość aktywów”).  Tym razem krótko na temat obu aspektów – ilości i jakości – w kontekście inwestycji w tak zwane aktywa niematerialne (ang. intangible assets). Choć samo pojęcie aktywów niematerialnych pojawiło się już kilkadziesiąt lat temu, to w ostatnich latach zyskało na znaczeniu ze względu na kilka aspektu, w tym m.in.:

  • rosnące znaczenie czynnika „wiedzy” w funkcjonowaniu gospodarek,
  • usilne próby wyjaśniania zagadki niskiej produktywności wielu gospodarek (zarówno rozwiniętych jak i rozwijających się),
  • wpływu jaki – zdaniem niektórych (patrz „Kapitalizm bez kapitału”) – ma zmiana struktury inwestycji od aktywów trwałych do aktywów niematerialnych na różnorakie procesy społeczno-gospodarcze, w tym tak istotne jak narastanie nierówności dochodowych.

Zacznijmy od zdefiniowania czym są „aktywa niematerialne”. Według dość powszechnie stosowanej i na szczęście prostej definicji są to aktywa, które pozwalają na komercjalizowanie wiedzy.  Tu prostota jednak się kończy, gdyż praktyczne wskazanie tego co do aktywów niematerialnych się zalicza stanowi znacznie większe wyzwanie. W rachunkach narodowych – przy liczeniu inwestycji wchodzących w skład PKB – brane są pod uwagę następujące elementy inwestycji w aktywa niematerialne:

  • Inwestycje w oprogramowanie,
  • Prace badawczo rozwojowe (B&R),
  • Kilka mniejszych pozycji takich jak koszty nabycia praw autorskich, patentów, licencji czy wydatki na poszukiwania geologiczne.

Ponieważ podejście rachunków narodowych nie uwzględnia wielu różnorakich form aktywów niematerialnych stąd też w ramach projektów badawczych zakres tego typu aktywów jest szerszy. Najczęściej wykorzystuje się przy tym podejście zaproponowane przez C.Corrado, Ch.Hultena i D.Sichela w „Measuring capital and technology: an expanded framework”. Wspomniani autorzy wyróżniają trzy grupy aktywów niematerialnych:

  • Skomputeryzowane informacje (ang. computerized information) – kategoria ta obejmuje zakupy oprogramowania, wydatki na rozwój oprogramowania w ramach firmy i bazy różnego rodzaju danych,
  • Innowacyjną własność (ang. innovative property), obejmującą: wydatki na badania i rozwój, koszty związane z projektowaniem, wydatki na poszukiwania geologiczne, innowacje finansowe i wreszcie różnego rodzaju prawa autorskie,
  • Kompetencje ekonomiczne (ang. economic competencies), na które składają się wydatki na reklamę, badania rynku, własny lub nabyty „kapitał organizacyjny” (ang. organizational capital) zarówno wytworzony jak i zakupiony oraz wydatki na szkolenia pracowników.

Jak widać jest tego sporo. Na dodatek odnosi się do przejawów działalności firm, które nawet intuicyjnie wydają się być ważne w kontekście rynkowego sukcesu lub porażki. W dzisiejszym świecie coraz więcej modeli biznesowych (zwłaszcza tych opartych na internecie) skupia się na wykorzystaniu aktywów niematerialnych. W modelach tych aktywa materialne odgrywają małą lub wręcz znikomą rolę. W tym kontekście warto przyjrzeć się temu, jak na poziomie zagregowanym (całej gospodarki) wyglądają inwestycje w aktywa niematerialne w Polsce na tle innych krajów. Nie tylko tego co ujmowane jest w rachunkach narodowych, ale szerzej. O tym w cz.2.

Przemysł 4.0 – jak wyzwanie przekuć w sukces

Każdy w codziennym życiu korzysta z nowoczesnych technologii. Rzadko mamy natomiast okazję spojrzeć na zachodzący globalnie technologiczny postęp z tzw. „lotu ptaka”. A czasem warto, by zobaczyć np., że globalna populacja robotów przemysłowych – 2 mln – jest dziś zbliżona do populacji …Warszawy i będzie się rozwijać znacznie szybciej niż Warszawa – o kolejny milion przyrośnie w zaledwie 3 lata. Że przyłączonych do Internetu jest dziś ok. 10 miliardów urządzeń, to więcej niż populacja naszego globu. Że średnio w każdej minucie minionego roku w internecie wysyłanych było 452 tys. tweetów, 156 mln e-maili, w najpopularniejszej wyszukiwarce zadawanych było 3.5 mln zapytań, a w najbardziej popularnym serwisie dzielenia się treściami video przeglądanych było 4.1 mln filmów. Świat zmienia się na naszych oczach.

Gospodarka, Społeczeństwo i Przemysł 4.0

Przywołane powyżej statystyki można w łatwy sposób powiązać z pojęciem Gospodarki i Społeczeństwa 4.0, wykorzystujących najnowsze zdobycze technologiczne dla poprawy efektywności funkcjonowania i – miejmy nadzieję – warunków życia. Ważnym elementem całej układanki ma być Przemysł 4.0, gdzie cyfra „4” odzwierciedla kolejną – po maszynie parowej, elektryfikacji i informatyzacji – fazę rewolucji przemysłowej. Jej istotą jest wykorzystanie zdobyczy technologicznych ostatnich lat – w tym cyfryzacji, sztucznej inteligencji, inteligentnych czujników, nowych materiałów, druku 3D, autonomicznych robotów, przetwarzania w chmurze, big data itd. – i przełożenie ich na efektywniejszy niż dziś proces wytwarzania. Chodzi o to by dzięki najnowszej technologii produkować szybciej i taniej, wyrządzając przy tym mniejsze szkody środowisku i zapewniając społeczeństwom finansowe i nie tylko korzyści.

W ramach Przemysłu 4.0 wytwarzanie ma się odbywać w Fabrykach 4.0, charakteryzujących się wysokim stopniem zautomatyzowania, składających się z komunikujących się ze sobą, samouczących się i przewidujących przyszłe zdarzenia maszyn i systemów. Takie fabryki mają funkcjonować za kilka lat, ale już dziś w tych istniejących masowo wykorzystuje się wspomniane wyżej rozwiązania technologiczne, tyle tylko że jeszcze w sposób nie do końca zintegrowany.

Sfera technologii stanowi jeden z wymiarów zachodzącej rewolucji. Równie istotne jest jej oddziaływanie na inne aspekty, w szczególności na funkcjonowanie wytwórców, ich kooperantów i klientów. Nowe formy wytwarzania mają pozwolić odejść od powszechnego dziś umasowienia produkcji i relokacji do tzw. „tańszych krajów” na rzecz masowego zindywidualizowania produktów („produkcja na zamówienie”) i powrotu produkcji w pobliże rynków zbytu. Podstawowymi kryteriami lokalizacji Fabryk 4.0 staną się dostęp do tanich i niezawodnych źródeł energii, niezawodna i skalowalna infrastruktura, wysokie i właściwe kompetencje pracowników, przyjazne otoczenie regulacyjne oraz dostęp do sieci kompatybilnych technologicznie poddostawców i usługodawców.

Przemysł 4.0 to jednak nie tylko szanse i nadzieje, ale też obawy. Chociażby te związane z cyber-bezpieczeństwem i te o wpływ nowej rewolucji na dostępność pracy. W tym drugim przypadku warto odwołać się do historii. Wcześniejsze fazy rewolucji przemysłowej doprowadziły do utraty 99% pierwotnych miejsc pracy w rolnictwie, dlatego też nie ma wątpliwości, że obecna rewolucja doprowadzi do zaniku wielu obecnych zawodów. W to miejsce powstaną jednak nowe. Firma doradcza McKinsey szacuje, że już w 2020 roku globalny deficyt osób o kompetencjach/wiedzy potrzebnych dla wdrażania koncepcji Przemysłu 4.0 będzie wynosił 40 mln osób. Poza tym fabryki przyszłości wykreują popyt na nowego rodzaju dobra i usługi, a wraz z tym powstaną nowe firmy, profesje i zawody. Trzeba jednak pamiętać, że w nie we wszystkich krajach wynik netto zachodzących przekształceń będzie dodatni. Warunkiem tego by docelowo znaleźć się w gronie beneficjentów jest dostosowanie się do nowych zasad i warunków gry, przede wszystkim poprzez zapewnienie podaży niezbędnych w Gospodarce 4.0 kompetencji. Ci którym się to uda będą mieć szansę stworzenia systemu społeczno-gospodarczego, w którym wykorzystanie maszyn uwolni więcej czasu dla ludzi – bez uszczerbku dla ich dochodów – na ich pozazawodowe zajęcia: rodzinę, realizację pasji czy zaangażowanie społeczne.

Przemysł 4.0 jako wyzwanie dla polskiej gospodarki

Polska jest w tej grupie krajów, które dobrze radziły sobie w ramach dotychczasowego modelu wytwarzania. Przetwórstwo przemysłowe odgrywa w naszym kraju znaczącą rolę – o ile na poziomie całej UE generuje niespełna 16% wartości dodanej, to w Polsce 20%. Co więcej, w ostatnich latach należeliśmy do wąskiej grupy krajów, w których rola przetwórstwa przemysłowego w gospodarce rosła – pomiędzy 2006 a 2016 r. udział podskoczył o 4.5 p.p. Byliśmy beneficjentami procesu relokacji produkcji w ramach UE.

Jest jednak także druga strona polskiego przetwórstwa. Jeśli przyjrzeć się obszarom naszej globalnej specjalizacji, to okazuje się, że są nimi stosunkowo proste towary. Trudno w palecie wytwarzanych u nas produktów doszukiwać tych szczególnie zaawansowanych technologicznie. Choć takie też są w Polsce wytwarzane, to z perspektywy globalnej czy nawet unijnej na znikomą skalę. Z powyższym punktem związana jest także kwestia sposobu konkurowania; na globalnym rynku konkurujemy głównie ceną (godzinowa stawka kosztów pracy jest w polskim przemyśle na poziomie 1/3 średniej unijnej). Równocześnie niski jest ogólny poziom zaawansowania technologicznego – liczba robotów przemysłowych na 10 tys. zatrudnionych w przetwórstwie wynosi jedynie 32 przy europejskiej średniej 99 . Niski jest też poziom nakładów na badania i rozwój w biznesie – jedynie 0.6% PKB wobec średniej unijnej 1.3%. Niski wydatków na rozwiązania teleinformatyczne.

Inną cechą polskiego przetwórstwa jest wysoki poziom jego rozdrobnienia; przeciętna wielkość polskiej firmy wytwórczej to około 2/5 średniej firmy unijnej i niespełna 1/5 niemieckiej. Przekłada się to na niski poziom produktywności – co „zjada” znaczną część korzyści z niskich kosztów pracy – oraz na ograniczoną zdolność ponoszenia nakładów na rozwój.

W kontekście przedstawionej wcześniej wizji „Przemysłu 4.0” ewolucja globalnych procesów wytwarzania będzie rodzić dla Polski poważne wyzwania. Po pierwsze ryzyko utraty międzynarodowej konkurencyjności w związku z przedefiniowaniem kryteriów inwestycyjnych – od niskich kosztów w kierunku dostępności kwalifikacji, tanich/niezawodnych źródeł energii, jakości otoczenia biznesowego itd. Po drugie ryzyko „wypadnięcia” z globalnych łańcuchów tworzenia wartości przez brak kompatybilności w efekcie nieumiejętności sprostania wymogom technologicznym, organizacyjnym, kompetencyjnym itd. Dotyczy to w szczególności firm kooperujących dziś z partnerami z Niemiec – kraj ten jest wśród globalnych liderów wdrażania rozwiązań Przemysłu 4.0, równocześnie aż 27% naszego eksportu towarów trafia właśnie na rynek niemiecki, często jako półprodukt wykorzystywany w dalszym procesie przetwarzania lub montażu.

Zmaterializowanie się tych zagrożeń oznaczałoby stopniową deindustrializację naszego kraju, utratę wartościowych miejsc pracy, spadek tempa wzrostu, nierównowagę płatniczą, problemy fiskalne i w konsekwencji malejącą atrakcyjność Polski jako miejsca życia i pracy. Zagrożenia te nie mają jedynie czysto teoretycznego charakteru. Potwierdzają je analizy i badania stopnia gotowości poszczególnych krajów do „Przemysłu 4.0”. Indeks cyfryzacji gospodarki McKinsey&Co, indeks gotowości firmy Roland Berger czy też indeks gotowości Duńskiego Instytutu Przemysłowego z reguły wskazują, że pod względem tego przygotowania plasujemy się dziś w trzeciej dziesiątce unijnych krajów. Decydują o tym wspomniany już wcześniej niski stopień wykorzystania technologii, a także ograniczone inwestycje w aktywa/ludzi odpowiedzialnych za procesy cyfrowe, mała decentralizacja decyzji w firmach, a także niski poziom zaawansowania popytu.

Jak wyzwanie przekuć w sukces?

Kończący poprzednią część akapit nie wybrzmiewał zbyt optymistycznie. Wiele zależy jednak od perspektywy jaką się przyjmuje – każdą słabość można postrzegać bowiem jako szansę, jako potencjał do wykorzystania. Tak też jest z Przemysłem 4.0. Dziś jest nam do niego daleko. Równocześnie jednak Przemysł 4.0 może być lekarstwem na innego rodzaju wyzwania przed jakimi stoi polska gospodarka. Ich źródłem są trendy demograficzne; depopulacja i starzenie się społeczeństwa sprawiają, że spadać będzie liczba pracujących w gospodarce. Nierównowaga na rynku pracy prowadzić będzie też do wzrostu płac, redukując tym samym nasze przewagi w zakresie konkurencyjności kosztowej. W tym kontekście migracja procesów produkcyjnych do standardu 4.0 jawi się wręcz jako wybawienie. Umiejętnie przeprowadzana zapewniłaby wzrost produkcji przemysłowej przy malejącym zaangażowaniu pracy, zmianę struktury zatrudnienia w przetwórstwie w kierunku stanowisk wymagających wyższych kwalifikacji (tym samym o wyższych płacach) oraz zmianę struktury gospodarki w kierunku bardziej zaawansowanych sektorów. Na poziomie makroekonomicznym oznaczałoby to efektywniejsze wykorzystanie zasobów, bezpieczny wzrost płac i popytu, komfortową sytuację fiskalną, równowagę zewnętrzną oraz lepsze dopasowanie miejsc pracy do kompetencji, a tym samym większą satysfakcję z życia i pracy. Innymi słowy migracja w kierunku Przemysłu 4.0 to najkrótsza – choć nie prosta – droga do tego, by kontynuować sukces gospodarczy minionych 25 lat.

W kontekście powyższych faktów pytanie w przypadku Polski nie brzmi „Czy migrować do Przemysłu 4.0?”, ale „Jak skutecznie to zrobić?”. Stworzeni warunków dla takiej transformacji powinno być jednym z kluczowych priorytetów obecnego rządu.

 

Opublikowane (po zmianach redakcyjnych): Gazeta Prawna 24.01.2018

Artykuł stanowi syntezę szerszego raportu: „Polska gospodarka w obliczu kolejnej fazy rewolucji przemysłowej”, który jest dostępny pod adresem: https://www.pekao.com.pl/binsource?docId=62275

Niepewność A.D. 2018

W 2017 r. gospodarka światowa, w tym także europejska, zaskoczyła pozytywnie. Niekiedy napływające dane makroekonomiczne były najlepsze od 2007 r., a więc ostatniego roku poprzedzającego wybuch światowego kryzysu finansowego. Optymizm bije dziś ze strony konsumentów, biznesu i inwestorów. Pod tym względem sytuacja jest diametralnie różna od tej na przełomie 2016 i 2017, kiedy cały świat stawiał sobie pytania o to jak D.Trump, Brexit, wybory we Francji i w Niemczech zmienią otaczającą nas rzeczywistość. Mogłoby się wydawać, że w obecnych warunkach globalna niepewność powinna być jedną z ostatnich kwestii o jakie powinniśmy się martwić w 2018 r. Czy aby na pewno?

Na początek trzeba stwierdzić, że bez wątpienia globalna niepewność jest dziś mniejsza niż przed rokiem. Wybór D.Trumpa i Brexit nie okazały się (przynajmniej na razie) na tyle groźne, jak się spodziewano. Również polityczne wybory dokonane w br. w Europie nie popchnęły jej w ręce radykalnych ugrupowań i przywódców. Z kolei działania w ramach polityki monetarnej (bardzo powolne jej dostosowywanie pomimo silnej koniunktury) głównych banków centralnych przełożyły się na spokój rynków finansowych. Można odnieść wrażenie, że szczególnie w Europie związane z brakiem katastrofy poczucie ulgi przerodziło się w optymizm, a ten wsparty kilkoma fundamentalnymi czynnikami (pisałem o tym niedawno w „Optymizm Komisji”, Parkiet  18.11.2017) przełożył się na zaskakująco silny wzrost gospodarczy. Dziś pytanie dotyczy tego czy i jak długo ta sytuacja może trwać i od czego będzie ona zależeć.

Jak się wydaje jednym z obszarów, w których należy poszukiwać odpowiedzi na postawione powyżej pytanie jest kwestia „współgrania” dwóch elementów: sytuacji koniunkturalnej i płynności dostarczanej przez banki centralne poprzez ekspansję ich aktywów. 2017 r. był kolejnym, w którym skala globalnej płynności wzrosła. To, w połączeniu z solidną koniunkturą przełożyło się na sytuację na rynkach finansowych – spadek awersji do ryzyka, notowania wielu spółek czy indeksów ustanowiły swoje historyczne rekordy.  Patrząc w stronę 2018 r., w odniesieniu do koniunktury większość analityków zakłada, że globalna gospodarka znajdzie się w fazie tzw. „goldilocks”; wysokiego wzrostu i niskiej inflacji, czyli ekspansji gospodarczej bez przejawów przegrzania. Wyjątek stanowić mogą Stany Zjednoczone, które są najbardziej zaawansowane w cyklu gospodarczym i gdzie ekspansja trwa już blisko od 10 lat (jedna z najdłuższych faz ekspansji w historii tej gospodarki). Jeśli gdzieś oczekuje się negatywnych zaskoczeń to właśnie tam. Znacznie więcej znaków zapytania związanych jest z płynnością. Gdyby wierzyć obecnym zapowiedziom banków centralnych (ich planom w odniesieniu do aktywów) 2018 r. powinien być pierwszym od wielu lat okresem, w którym płynność – ta której źródłem są banki centralne – nie powinna rosnąć, a w ujęciu relatywnym (do PKB) powinna nawet spaść. Pytanie czy tak w rzeczywistości będzie i czy po ustanowieniu w 2017 r. „szczytu płynności” (ang. peak liquidity) w 2018 r. globalna płynność ulegnie ograniczeniu, a jeśli tak to jak na tę sytuację zareagują rynki finansowe jest moim zdaniem jednym z kluczowych zagadnień.

Druga istotna sprawa dotyczy tego czy uwadze inwestorów, nadzorców, analityków  itd. nie umyka jakaś istotna kwestia.  Kryzys 2008 r. miał tak silne implikacje, gdyż zabrakło świadomości tego, jak dalekie, globalne następstwa może mieć – poprzez papiery dłużne powiązane z tym rynkiem – dekoniunktura na amerykańskim rynku nieruchomości. Dziś analitycy, inwestorzy i nadzorcy są znacznie bardziej wyczuleni na kwestie „spillovers”, ale przy coraz większej złożoności globalnej gospodarki i rynków finansowych nie ma pewności, że wszystkie możliwe powiązania są zidentyfikowane i zabezpieczone. Tym bardziej, że praktykowana od lat ultra-luźna polityka monetarna spowodowała  „wyłączenie” wielu potencjalnych sygnałów ostrzegawczych, sprawiła, że wiele mechanizmów funkcjonuje dziś inaczej niż wcześniej. Dla przykładu można wspomnieć tzw. odwróconą krzywą dochodowości, która w przeszłości sygnalizowała zjawiska recesyjne, a dziś – w warunkach sztucznie zaniżanych stóp krótkookresowych – nie jest w stanie w praktyce wystąpić.

Trzecia wreszcie kwestia, to ryzyko wystąpienia tzw. „czarnych łabędzi” – zdarzeń o niskim prawdopodobieństwie, ale o silnym oddziaływaniu. Takimi łabędziami mogą być w 2018 r. m.in. zaburzenia w chińskiej gospodarce (w ostatnich 10 latach wzrost był tam silnie uzależniony od przyrostu zadłużenia, w efekcie jego poziom osiągnął niebezpieczną wielkość), konflikt militarny prowadzący np. do gwałtownego wzrostu cen ropy, silne i gwałtowne umocnienie się dolara amerykańskiego (przekładające się na problemy dolarowych dłużników jakich nie brakuje poza granicami USA), czy jakieś nieprzewidywalne  działanie D.Trumpa.

Reasumując, na tle przełomu 2016 i 2017 poziom globalnej niepewności jest dziś mniejszy, ale wciąż relatywnie wysoki. Do takiej sytuacji trzeba się przyzwyczaić; podwyższona globalnie niepewność będzie z nami tak długo jak nierozwiązane zostaną strukturalne wyzwania związane z nadmiernym zadłużeniem (może to trwać latami).  Co to w praktyce oznacza dla Polski? Niezmierne ważne jest, aby lokalne uwarunkowania nie stanowiły źródła dodatkowej, niepotrzebnej niepewności. W tym kontekście 2018 r. powinien być u nas w kraju okresem ustabilizowania otoczenia regulacyjno-podatkowego; po dwóch latach zmian potrzeba jego konsolidacji. Jest to element szczególnie istotny w kontekście inwestycji firm niezbędnych dla zapewnienia nam zrównoważonego wzrostu.

Opublikowane: Parkiet, 22.01.2018

 

Strategia gry w warunkach niepewności

Choć 2017 r. przyniósł – moim zdaniem pozorny – spadek niepewności, to wciąż słowo to dobrze oddaje charakter dzisiejszego świata. Za sprawą m.in. postępu technologicznego oraz zmian geopolitycznych trudno prognozować, jak może wyglądać przyszłość. Jak w takich warunkach mądrze planować politykę społeczno-gospodarczą? Jakim działaniom i obszarom nadać priorytet? Jak w nowych warunkach gry odnajdzie się Polska?

Jednym z podstawowych wniosków wynikających z historii procesów modernizacyjnych w Polsce jest to, że planując rozwój nie da się abstrahować od otoczenia, od tego co dzieje się globalnie. Naszą słabością była w przeszłości ograniczona umiejętność rozumienia zachodzących na świecie procesów, zbyt późne odczytywanie zmian i w związku z tym brak wyczucia czasu i niewłaściwe dobieranie priorytetów. W następstwie tego podstawowego błędu traciły na znaczeniu inne kwestie, odnoszące się chociażby do roli państwa w gospodarce.

Pytanie, jakie należy sobie postawić dotyczy tego, czy nie jest tak również i tym razem? Czy znów koncentrując się na różnego rodzaju szczegółowych rozwiązaniach nie gubimy z widnokręgu ważnych zjawisk i procesów, które mają miejsce wokół nas i które już za chwilę mogą mieć olbrzymi wpływ na zdolność kontynuacji procesu modernizacji gospodarki? Skoro natomiast potrzebujemy kontynuacji polityki modernizacji, jaki ma mieć ona charakter?

 

Ciąg dalszy: https://www.kongresobywatelski.pl/idee-dla-polski-kategoria/polityka-gospodarcza-w-warunkach-niepewnosci/

 

Kapitalizm bez kapitału

Na tle ogólnie dobrych informacji napływających z gospodarki wciąż blado wypadają te o inwestycjach. Wprawdzie dane o PKB wskazują, że w trzecim kwartale odnotowany został wzrost wydatków na środki trwałe (w ujęciu realnym o 3,3% r/r wobec 0,9% w Q2 i spadku o 0,5% w Q1), ale po pierwsze trudno to uznać za jakiś oszałamiający wynik, a po drugie dane o wynikach firm wskazują, że wzrost wygenerowany został przez projekty infrastrukturalne – w sektorze przedsiębiorstw odbicia inwestycji nie widać.

czytaj więcej

Optymizm Komisji

Rzadko kiedy – przynajmniej w ostatnich latach – można było spotkać się ze stwierdzeniem Komisji Europejskiej, że wzrost gospodarczy jest lepszy od oczekiwań. Tymczasem z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia w opublikowanej w tym miesiącu najnowszej edycji prognoz. Komisja oczekuje obecnie, że na poziomie Unii wzrost w całym roku wyniesie 2.4% wobec 1.9% oczekiwanego na wiosnę. Te 2.4% byłoby najlepszym osiągnieciem od 2007 roku (wówczas unijny PKB wzrósł o 3%). Warte odnotowania jest też to, że pozytywne tempo wzrostu utrzymuje się w UE od 18 kwartałów, a ożywienie ma coraz bardziej powszechny charakter; na plusie będą w bieżącym roku wszystkie kraje, nawet Grecja.

czytaj więcej

Sida 1 av 2

wykonanie: THE NEW LOOK