Rytm gospodarki

Andrzej Halesiak

Czas na polskie „Mesas Ejecutivas”

Wiele krajów świata – w tym Polska – posiada strategie gospodarcze, które mają zapewnić im sukces w zglobalizowanej gospodarce. Słabością tego typu dokumentów jest jednak to, że z reguły nie mają one (i nie powinny mieć) charakteru operacyjnego. Poza tym, ponieważ świat dynamicznie się zmienia, sporo elementów z wieloletnich ze swej natury strategii dość szybko się dezaktualizuje. W tej sytuacji w niektórych krajach poszukuje się różnorakich narzędzi, które stanowiłyby uzupełnienie dla strategii. Narzędzi, które pozwalałyby w bardziej elastyczny sposób odpowiadać na rodzące się kwestie i problemy.

Na poziomie polityk i działań sektorowych przykładem tego typu narzędzia są tzw. „Mesas Ejecutivas”. To swego rodzaju „organy zarządcze” na poziomie branż/sektorów. Funkcjonują one w formule okrągłego stołu, skupiając przedstawicieli wszystkich stron: prezesów firm z branży i/lub stowarzyszeń branżowych, wysokich oficjeli ministerstw i urzędów merytorycznie oddziałujących na funkcjonowanie sektora, czasami także przedstawicieli nauki, itd. Nazwa Mesas Ejecutivas wywodzi się z Peru, gdzie narzędzie to zostało zdefiniowane i po raz pierwszy wykorzystane. Dziś jednak z powodzeniem stosują je także inne kraje.

Podstawowym zadaniem mesas jest rozwiązywanie kwestii związanych z tzw. „niedoskonałościami koordynacji”. Na czym one polegają? Otóż funkcjonowaniu każdej branży towarzyszy z reguły powstawanie różnorakich problemów pojawiających się bądź to na styku z obiorcami, bądź z dostawcami czy też – i to jest najczęstszy przypadek – z twórcami otoczenia regulacyjnego (rząd, branżowi regulatorzy itp.). Nie to stanowi jednak główne wyzwanie – problemy są permanentnym elementem funkcjonowania w biznesie. Poważne wyzwanie pojawia się wówczas, gdy przez dłuższy czas problemy nie są rozwiązywane. Sytuacja taka ma miejsce z różnych powodów: braku odpowiednich kanałów komunikacji, braku woli, sprzeczności interesów itp. Na poziomie całej gospodarki taki stan przekłada się na utracone szanse; mniejsze niż mogłyby być inwestycje, wzrost gospodarczy, zatrudnienie, eksport itd.

Mesas Ejecutivas koncentrują się na kluczowych zagadnieniach, stanowiących wąskie gardła rozwoju danej branży. Dotychczasowa praktyka wskazuje, że pomagają we wzajemnym zrozumieniu interesów różnych stron. Przyspieszają także rozwiązywanie poszczególnych problemów, szczególnie tych o charakterze regulacyjno-instytucjonalnym – biorący udział w mesas przedstawiciele rządu czują się współodpowiedzialni nie tylko za znalezienie właściwych rozwiązań, ale także ich wdrożenie. Tym bardziej, że zadaniem mesas jest także monitorowanie implementacji.

Wydaje się, że także w Polsce tego typu instytucja mogłaby z powodzeniem znaleźć zastosowanie. Pierwszym kandydatem branżowym dla powołania Mesas Ejecutivas wydaje się być budownictwo. To bardzo znaczący w naszej gospodarce sektor, odpowiadający za ponad 7% wartości dodanej, obejmujący blisko 300 tys. aktywnych firm i dający zatrudnienie setkom tysięcy osób. Ze swej natury ma on charakter cykliczny (okresy wzmożonych i ograniczonych wydatków). Nie to jest jednak największym problemem w naszym kraju. Jest nim natomiast fakt, że ze względu na istniejące od lat rozwiązania instytucjonalno-regulacyjne (kryteria przetargowe, kwestie indeksowania kontraktów, spiętrzenia zamówień itd.) nawet w okresach dobrej koniunktury, gdy wartość realizowanych robót osiąga wielkość 200 mld złotych, firmom z branży budowlanej trudno jest osiągać godziwe zyski. Tym samym trudno jest im inwestować w swoją przyszłość, być źródłem stabilnego zatrudnienia itd.

Polskie Mesas Ejecutivas sektora budowlanego mogłyby przyczynić się do wypracowania takich rozwiązań instytucjonalno-regulacyjnych, które w czasie boomu infrastrukturalnego tworzyłyby warunki do kreowania w Polsce silnych, posiadających szerokie kompetencje firm budowlanych. Firm zdolnych do realizowania największych projektów nie tylko w Polsce, ale także za granicą (co stabilizowałoby ich sytuację w średnim i długim okresie). Na razie, zamiast kreowania Pan-europejskich liderów mamy nieustającą walkę o przetrwanie.

Kryzys 2020?

Ostatnimi czas zasypywani jesteśmy zapowiedziami kolejnego globalnego kryzysu. Według przewidywań rynkowych guru i niektórych banków inwestycyjnych nadejdzie on w 2020 r. Ta zbieżność prognoz jest mocno zastanawiająca. W przeszłości bowiem zjawiska kryzysowe z reguły zaskakiwały, a analitycy zawodzili jeśli chodzi o tzw. „wyczucie czasu”. Czy tym razem będzie inaczej?
By odpowiedzieć na powyższe pytanie warto przyjrzeć się logice jaka stoi za obecnymi zapowiedziami, z czego tak naprawdę miałby się zrodzić kryzys? Otóż punktem wyjścia wszystkich „kryzysowych” analiz jest rekordowo wysoki poziom globalnego zadłużenia – wg. szacunków firmy McKinsey, o ile w 2007 r. w przypadku firm, gospodarstw domowych i rządów stanowił on 207% PKB, to obecnie ok. 240%. Dług jest jednak z nami od wielu lat więc sam z siebie nie wystarczy do tego by nastąpił kryzys, zwłaszcza globalny. Jest jak rozlana benzyna, ale potrzeba jeszcze iskier, które sprawią, że pojawi się płomień. Co miałby te iskry stanowić? Po pierwsze, zmiany w polityce monetarnej: podwyżki stóp w USA, silny dolar (duża część globalnego zadłużenia jest w tej walucie) oraz wycofanie się ze skupu aktywów finansowych przez inne duże banki centralne. Po drugie, wygaśnięcie bodźców fiskalnych stymulujących gospodarkę USA, które to bodźce wykreował swoją polityką D.Trump. Po trzecie, rosnące ceny ropy naftowej, mające negatywny wpływ na siłę nabywczą gospodarstw domowych (a tym samym ich konsumpcję). Do tego dochodzi paleta mniej istotnych pojedynczo, ale znaczących w grupie innych czynników takich jak: wojny handlowe, przewartościowanie cen akcji w USA i niektórych rynków nieruchomości czy populistyczna polityka niektórych rządów (Włochy).
Rzeczywiście, z tego można już wzniecić niezły pożar. Na dodatek – jak twierdzą wieszczący kryzys – gdy już się pojawi, to nie będzie go czym gasić. W ich ocenie możliwości reakcji polityki gospodarczej na ewentualny kryzys są – ze względu na niskie w wielu krajach stopy procentowe oraz wysoki poziom publicznego zadłużenia – mocno ograniczone.
Spróbujmy jednak trochę zbilansować ten pesymistyczny obraz, doszukując się pozytywów. Po pierwsze dług długowi nierówny. W stosunku do sytuacji z 2008 r. dziś relatywnie większa jego część przypada na sektor publiczny (np. w wielu krajach rozwiniętych nastąpiło istotne oddłużenie gospodarstw domowych), a już wiemy – na bazie doświadczeń Japonii – że w określonych uwarunkowaniach dług publiczny może rosnąć przez dziesięciolecia. Nie można powiedzieć, że jest obojętny dla gospodarki, ale nie musi prowadzić do gwałtownych zjawisk kryzysowych. Na tle Japonii w zasadzie wszystkie kraje rozwinięte mają wciąż „skromny” poziom publicznego zadłużenia.
Druga ważna kwestia to sytuacja sektora finansowego. 10 lat temu to właśnie on był nośnikiem globalnych zjawisk kryzysowych. Dziś jego kondycja jest znacznie lepsza. Wynika to z solidnego dokapitalizowania (dla przykładu w USA banki mają dziś 3-krotnie więcej kapitału w relacji do aktywów niż 10 lat temu) i znacznego ograniczenia działalności opartej na różnorakich instrumentach pochodnych. Na dodatek skala międzynarodowych powiązań finansowych została po kryzysie 2008 r. znacznie ograniczona – banki skoncentrowały działalność na lokalnych rynkach, co ogranicza ryzyko ewentualnego „zarażania” się problemami. To ostatnie ryzyko redukuje także znacznie mniejsza dziś skala makroekonomicznych nierównowag – tych wyrażających się deficytami rachunku obrotów bieżących – a także poprawa przejrzystości w zakresie przepływów kapitałowych.
Konkludując to co powyżej zostało przedstawione, pojawiające się obecnie scenariusze globalnego kryzysu w 2020 r. bazują na pewnych założeniach. Po pierwsze zakładają kontynuację tego co widać „tu i teraz”, czyli np. że Fed będzie uparcie podnosił stopy procentowe, podczas gdy za rok jego postrzeganie sytuacji może być zupełnie inne, a tym samym inna może być polityka monetarna (w końcu będzie to w USA rok przedwyborczy). Po drugie przyjmują, że mając świadomość rozlanej benzyny decydenci sami, niemalże świadomie rozniecą ogień. Choć biorąc pod uwagę dotychczasowe działania niektórych świtowych przywódców wykluczyć tego nie można (w takiej sytuacji kryzys nie będzie czekał, może się pojawić przed 2020), możliwe jest też ich opamiętanie lub też to, że niedługo przestaną być istotnymi dla świata decydentami . Po trzecie założenie, że rządy i banki centralne są dziś bezsilne jest zdecydowanie na wyrost. O długu publicznym już wspominałem. W polityce monetarnej też są jeszcze nie wykorzystane do tej pory opcje. Tak jak „luzowanie ilościowe” okazało się nową super-bronią po upadku Lehman Brothers, tak w arsenale gaśniczym dostępne są także inne środki. Na przetestowanie czeka chociażby koncepcja „pieniędzy z helikoptera” – czyli bezpośredniego zasilania gospodarstw domowych bezzwrotną gotówką.
Nie chcę powiedzieć, że ewentualnymi zjawiskami kryzysowymi nie ma się co przejmować. Napięcia już są (Argentyna, Turcja) i w najbliższych latach z pewnością będą występować . Wydaje się jednak, że – o ile nie popełnione zostaną jakieś błędy – powinny mieć raczej charakter lokalnych „pożarów”. Doświadczenie uczy, że do prognoz i przepowiedni kryzysu trzeba zachować zdrowy dystans (o tym czym się powinien wyrażać pisałem niedawno w „Zdrowy dystans do niepewności”). Symptomatyczne w tym względzie jest chociażby to, że przepowiedni kryzysu mieliśmy ostatnimi czasy sporo. Najpierw miał on wybuchnąć w 2018 r. jako następstwo wyboru D.Trumpa, w zeszłym roku datę kryzysu przesunięto na 2019 r., a obecnie wykonanie wyroku zostało odsunięte na 2020 r. I oby tak dalej!

 

Opublikowane: Parkiet, 20.10.2018

Dojrzały dialog społeczny

Przełom września i października to tradycyjnie czas protestów i demonstracji różnych grup zawodowych, które przybywają do Warszawy, by w okresie prac nad budżetem walczyć o swoje. Nie inaczej jest i w tym roku. Największą część protestujących stanowią przedstawiciele sfery budżetowej: nauczyciele, służby mundurowe itd. Postulatów jest z reguły kilka, ale na czoło tradycyjnie wybijają się te odnoszące się do wzrostu płac. W tym roku protestujących wspiera otoczenie makroekonomiczne: Produkt Krajowy Brutto rośnie w tempie 5% realnie, płace w sektorze firm rosną w tempie 7-8%, rząd chwali się dobrą sytuacją budżetu oraz znaczącą poprawą w zakresie ściągalności podatków. Równocześnie planowany na 2019 r. wzrost funduszu płac w państwowej sferze budżetowej ma wynieść niewiele ponad 2%. Trzeba mieć jednak świadomość, że wszystkich tych liczb nie można porównywać wprost. Tempo wzrostu funduszu wynagrodzeń to pochodna wielu czynników, nie tylko wzrostu średniej płacy. Wpływ na niego ma np. zmiana struktury zatrudnienia – jeśli np. odchodzące na emerytury osoby (z reguły o relatywnie wysokich wynagrodzeniach) zastępowane są przez młode, bez doświadczenia (którym na starcie płaci się mniej), to zjawisko to prowadzi do spowolnienia ogólnego tempa wzrostu funduszu wynagrodzeń.

Takich kwestii matematyczno-statystycznych jest więcej. Nie na nich jednak chciałbym się skoncentrować, a na szerszej sprawie tzw. dialogu społecznego. To bardzo ważny element każdego systemu społeczno-gospodarczego. Jeśli procesy dialogu funkcjonują właściwie, wzmacniają system, z kolei gdy mają ułomny charakter bardzo go osłabiają. W moim przekonaniu pomimo instytucjonalnych zmian w ostatnich latach wciąż znacznie nam bliżej do tej drugiej sytuacji. Dlaczego? Głównie z dwóch powodów. Po pierwsze, w ramach dialogu społecznego nie ma u nas podejścia całościowego. Nie dyskutuje się równocześnie nad pełną paletą kwestii socjalnych i nie dąży do osiągniecia konsensusu co w ich zakresie powinno – w danym okresie – uznane zostać za priorytet. O ile już, to dyskutuje się indywidualne kwestie – oddzielnie poziom płacy minimalnej, oddzielnie kwestie wynagrodzeń nauczycieli, oddzielnie sprawy odnoszące się do emerytur itd. Takie podejście siłą rzeczy abstrahuje od tego, że wszystkie kwestie socjalne odnoszą się do jednego wspólnego „worka” o nazwie budżet państwa. W efekcie nie powinno dziwić, że proces przeciągania zawsze zbyt przykrótkiej kołdry przenosi się na ulice.

Po drugie, formalny proces dialogu społecznego (w oparciu o przewidzianą dla niego infrastrukturę, np. Radę Dialogu Społecznego) jedynie w ograniczonym zakresie wpływa na rzeczywiste kształtowanie struktury wydatków socjalnych. Te ostatnie – od wielu już lat – są w największej mierze kształtowane w trakcie kampanii wyborczych. W efekcie mają maksymalizować krótkoterminowe poparcie, a nie efektywność socjalnych funkcji państwa. Konsekwencją tego jest to, że część wydatków w sferze socjalnej trafia nie koniecznie tam gdzie powinna oraz to, że niektóre rozwiązania abstrahują od rzeczywistości gospodarczej (np. przyczyniają się do narastania napięć na rynku pracy w warunkach malejącej jej podaży).

W związku z nieuchronnymi procesami demograficznymi (malejąca i starzejąca się populacja) należy oczekiwać, że presja na wydatki budżetu będzie coraz to bardziej narastać. Jeśli w tej sytuacji chcemy zapewnić trwały, zrównoważony wzrost gospodarczy potrzebujemy nowych, bardziej dojrzałych rozwiązań w zakresie dialogu społecznego. Przede wszystkim główny nurt tego dialogu musi przebiegać w ramach instytucji dlań przewidzianych, a nie w ramach wieców przedwyborczych. Równocześnie wszystkie strony tego procesu muszą czuć się odpowiedzialne, nie tylko za interesy grup, które reprezentują, ale także za interesy kraju.

Polska w post-kryzysowym świecie

Poniższe punkty stanowią podsumowanie raportu „Polska gospodarka w post-kryzysowym świecie – niewątpliwe sukcesy, ale wyzwania narastają„. Publikacji towarzyszył także artykuł w Rzeczpospolitej.

  • We wrześniu bieżącego roku mija 10 lat od upadku banku inwestycyjnego Lehman Brothers. Wydarzenie to uznawane jest za symboliczną datę wybuchu światowego kryzysu, który poddał weryfikacji funkcjonujące modele gospodarcze. Kraje o słabych fundamentach silnie ucierpiały (standard życia ich obywateli się pogorszył), a te w których fundamenty były zdrowe miały okazję do znacznej poprawy swojej pozycji w globalnych rankingach konkurencyjności czy jakości życia,
  • Polska należy zdecydowanie do drugiej grupy państw. Choć pod względem wielkości Produktu Krajowego Brutto (PKB) jej globalna pozycja w zasadzie się nie zmieniła (po uwzględnieniu parytetu siły nabywczej poprawa z 24 miejsca w 2008r. na 23 w 2017 r.), to po przeliczeniu PKB na mieszkańca odnotowała awans z 57 pozycji w 2008 r. na 48 w 2017 r. Warto podkreślić, że obecny poziom dochodów plasuje nas w stosunkowo bogatej części świata – aż 85% jego populacji mieszka w krajach, gdzie przeciętny dochód na mieszkańca jest niższy niż w Polsce,
  • Wzrost PKB przekładał się w minionych 10 latach na szersze miary dobrobytu i jakości życia obywateli. Towarzyszyła temu poprawa globalnej pozycji Polski w rankingach konkurencyjności. W przypadku większości globalnych rankingów odnoszących się do tych zagadnień nasza pozycja poprawiła się w post-kryzysowym otoczeniu o ok. 10 miejsc. W efekcie z reguły plasujemy się dziś na 30-tych lub 40-tych lokatach w gronie ponad 200 państw świat. Osiągnięcia Polski w zakresie poprawy warunków życia i konkurencyjności wypadają szczególnie imponująco na tle innych krajów Europy,
  • Rozwój gospodarczy kraju przekładał się także na sytuację gospodarstw domowych. Duży wpływ miały na nią również zachodzące w minionym dziesięcioleciu procesy społeczno-demograficzne. W ich efekcie przy malejącej i starzejącej się populacji pomiędzy 2008 i 2017 r. znacząco wzrosła liczba gospodarstw domowych (do 14.5 mln), spadła średnia wielkość przeciętnego gospodarstwa (z 2.9 do 2.6 osób) oraz znacząco wzrósł przeciętny dochód rozporządzalny przypadających na 1 osobę (o 53%). Poprawa sytuacji gospodarstw domowych widoczna była także m.in. w: i) podwojeniu wartości aktywów finansowych (do ponad 2 bilionów złotych, na koniec 2017 r.), ii) poprawie warunków mieszkaniowych (największy spadek wskaźnika przeludnienia spośród wszystkich krajów UE), iii) silnym – największym w UE – spadku liczby osób zagrożonych ubóstwem/wykluczeniem społecznym, iv) zmniejszeniu się nierówności dochodowych (współczynnik Giniego plasuje nas dziś w połowie unijnej stawki),
  • Patrząc w przyszłość utrzymanie pozytywnych trendów w kolejnych 10 latach nie będzie łatwe. Wynika to z faktu, że lista globalnych i lokalnych wyzwań jest długa. Globalny kryzys finansowy wciąż przynosi różnorakie konsekwencje, zarówno o charakterze gospodarczym, jak też społeczno-politycznym oraz geo-strategicznym. Na to wszystko nakładają się jeszcze zmiany technologiczne oraz kwestie dotyczące przyszłego funkcjonowania Unii Europejskiej (mechanizmów, wielkości i struktury wydatków budżetowych itp.). Z kolei największym wyzwaniem o charakterze wewnętrznym jest sytuacja demograficzna – prognozy wskazują na stopniową depopulację i relatywnie szybkie, dalsze starzenie się polskiego społeczeństwa,
  • Biorąc pod uwagę powyższe uwarunkowania utrzymanie pozytywnych trendów społeczno-gospodarczych, a w szczególności dalsza konwergencja dochodów do poziomu bogatszych krajów wymagać będą kolejnej fazy transformacji polskiej gospodarki. Jej istota polega na wyeksponowaniu roli wiedzy i kapitału ludzkiego, czemu towarzyszyć powinno „wypchnięcie” polskiej gospodarki na nowy, wyższy poziom zaawansowania technologicznego, złożoności procesów i produktywności. Proces ten powinien odnosić się do 6 kluczowych obszarów: i) państwa i jego instytucji, ii) szeroko rozumianej infrastruktury, iii) sposobów wytwarzania (Przemysł 4.0), iv) edukacji, v) stosunków społecznych, vi) finansowania gospodarki,
  • Obecny czas dobrej koniunktury powinien być intensywnym okresem dla przedsiębiorstw i sektora publicznego. Właściciele firm i ich zarządy muszą podjąć działania dostosowawcze ukierunkowane na wzrost produktywności, projekty inwestycyjne przekładające się na budowanie większej wartości. W zależności od firmy/branży mogą to być zakupy środków trwałych (podnoszące poziom mechanizacji procesów), inwestycje marketingowe (w budowanie marki), inwestycje w kapitał ludzki, inwestycje w badania i rozwój czy wreszcie inwestycje kapitałowe (zakupy innych firm po to by pozyskiwać technologie, know-how, ale także by uzyskiwać efekty skali). W odniesieniu do sektora publicznego kluczową kwestią jest jakość procesu implementacji strategicznych inicjatyw oraz spójność podejmowanych działań. Chodzi w szczególności o kwestie stanowienia prawa (jego jakość i stabilność), międzynarodową wiarygodność systemu jego egzekwowania, odbiurokratyzowanie gospodarki oraz efektywne formy współpracy biznesu z nauką,
  • Jeśli kolejną fazę transformacji uda się przeprowadzić, Polska ma szansę na trwałe wejść do grona krajów o wysokim poziomie dochodów, stać się atrakcyjnym miejscem do pracy i życia dla swoich obywateli oraz kierunkiem dla ambitnych ludzi z innych krajów. To ostatnie nie jest bez znaczenia w kontekście procesów demograficznych i narastającej globalnie walki o talenty.

Niepewność a zmiany instytucjonalne – cz.2

cz.1 przywołałem kilka tez z wykładu D.C. Northa odnoszących się do niepewności i zmian instytucjonalnych. Dziś – zgodnie z zapowiedzią – kilka słów mojego komentarza. Na początek próba interpretacji tego z czym obecnie mamy do czynienia z perspektywy teorii Northa

czytaj więcej

Niepewność a zmiany instytucjonalne – cz.1

Wpadł mi ostatnio w ręce zapis wykładu D.C. Northa z 2003 r. („Understanding the process of economic change”). Autor to nieżyjący już, znany amerykański ekonomista, specjalizujący się w historii gospodarczej, laureat nagrody im. A. Nobla. Choć tekst ma już trochę lat, to odnosi się do zagadnień bardzo aktualnych w obecnej rzeczywistości, zarówno tej globalnej jak i naszej, lokalnej. Te zagadnienia to kwestie zmian instytucjonalnych powiązanych z niepewnością. Myślę, że warto przytoczyć kilka tez z tego dokumentu

czytaj więcej

Rynek pracy – jak przebiega dostosowanie?

Ponad dwa lata temu w tekście „Stan podgorączkowy?” zwracałem uwagę na przełożenie procesów demograficznych i związanych z nimi zmian na rynku pracy na koniunkturę gospodarczą. Pisałem wówczas, że w krótkim okresie (2-3 lat) wzrosty płac i zatrudnienia będą wspierać popyt konsumpcyjny, a tym samym wzrost PKB. Równocześnie zwracałem uwagę, że oddziaływanie na koniunkturę w dłuższym okresie nie musi być już takie jednoznacznie pozytywne. W niniejszym felietonie chciałbym powrócić to tego ważnego zagadnienia.

czytaj więcej

Konflikt handlowy a Polska

Napięcia handlowe w świecie narastają. W największej skali dotyczą relacji USA-Chiny, ale dostało się już także Unii Europejskiej. Tym samym można więc powiedzieć, że konflikt handlowy stanął niejako u naszych drzwi, a w zasadzie (jesteśmy w końcu członkami UE) drzwi te przekroczył. W tym kontekście warto wnikliwie przyjrzeć się potencjalnym skutkom protekcjonistycznych działań D.Trumpa dla polskiej gospodarki.

czytaj więcej

Presja imigrantów na Europę będzie narastać

Od kilku lat Unia Europejska zmaga się z problemem nie do końca kontrolowanego (i chcianego) napływu imigrantów, a polityka imigracyjna to jeden z tzw. „gorących tematów”. Osiągnięte niedawno porozumienie to (mały) krok naprzód w bieżącym zarządzaniu napływem uchodźców. Nie powinno ono jednak przesłaniać faktu, że problem jest znacznie głębszy i wymaga znacznie bardziej fundamentalnych rozwiązań. By go naświetlić trzeba wejść w dynamikę kluczowych procesów jakie zachodzą i zachodzić będą w krajach, które są głównym źródłem imigrantów.

czytaj więcej

Długi i płynność

W odniesieniu do zagadnień gospodarczych zawarte w tytule pojęcia długu i płynności dość często chodzą ze sobą w parze. Na przykład najbardziej poważne kryzysy ekonomiczne to właśnie te, u źródła których stoi zbyt wysoki poziom zadłużenia (przypadek strukturalnej niewypłacalności, braku zdolności wygenerowania przepływów finansowych pozwalających na obsługę długu) i/lub problemy płynnościowe w gospodarce (brak możliwości zrefinansowania zaciągniętych wcześniej zobowiązań ze względu na brak podaży).

czytaj więcej

Sida 1 av 4

wykonanie: THE NEW LOOK