Rytm gospodarki

Andrzej Halesiak

Fundamentalna słabość Europy

Niedawno miałem okazję brać udział w dyskusji zorganizowanej przez Europejski Bank Inwestycyjny oraz NBP nt perspektyw wzrostu gospodarczego w Europie. Poniżej kilka przemyśleń, którymi starałem się podzielić.

  • W kontekście różnorodnych szacunków potencjalnego wzrostu w Europie na poziomie 0-1%, ostatnie 2-3 lata dobrej koniunktury wydają się być wyjątkiem raczej niż sygnałem trwałej poprawy sytuacji. W tym kontekście kluczowe staje się pytanie, dlaczego Europa nie jest w stanie wyrwać się z długotrwałego marazmu. Przez ostatni 10 lat średnioroczne tempo wzrostu gospodarczego w UE wynosiło zaledwie 0.9%. Pod tym względem UE udało się pobić nawet Japonię, kraj który przez lata uchodził za synonim problemów gospodarczych i słabego wzrostu (po pęknięciu w 1992 r. bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości i giełdzie wzrost gospodarczy w kolejnych dziesięciu latach wyniósł średnio 1%).
  • W moim przekonaniu u podstaw problemów leży niewłaściwa konstrukcja instytucjonalna Europy, a konkretnie strefy euro. Każdy wie, że nie stanowi ona optymalnego obszaru walutowego, jednocześnie jednak przez minione 10 lat niewiele zrobiono by tę sytuację zmienić. Wprowadzono wprawdzie pewne nowe rozwiązania (jak np. fundusze pomocowe czy elementy unii bankowej), ale o ile są one w stanie zapewnić “techniczną wypłacalność” strefy euro, to nie są wystarczające do tego by wszystkie obszary strefy mogły się rozwijać. Dla zapewnienia tego ostatniego niezbędne jest bowiem przeprowadzenie głębokich zmian strukturalnych (wspieranych przez budżet centralny strefy euro) oraz restrukturyzacja zbyt wysokich w wielu krajach długów. Tak długo jak tych rozwiązań brakuje uchylone pozostają drzwi dla alternatywnego scenariusza, w którym w pewnym momencie w czasie może nastąpić rezygnacja z projektu wspólnej waluty, przynajmniej przez niektórych jej członków. Taka sytuacja przekłada się na podwyższony poziom niepewności, co z kolei odbija się na procesach inwestycyjnych.
  • To jednak nie wszystko. Ponieważ problemy słabszych ogniw strefy euro pozostają nierozwiązane, zmusza to Europejski Bank Centralny do utrzymywania ich wypłacalności poprzez ekspansywną politykę monetarną. W efekcie stopy procentowe pozostają w Europie „za niskie, zbyt długo”. Taka sytuacja rodzi zawsze koszt w postaci rosnącej penetracji w gospodarce tzw. firm zombie (które normalnie powinny upaść, ale tani pieniądz utrzymuje je sztucznie przy życiu). Jak wskazują na to dane Banku Rozrachunków Międzynarodowych i OECD odsetek tego typu firm w strukturze sektora przedsiębiorstw rośnie. Jest to wyraźny sygnał, że procesy twórczej destrukcji nie zachodzą w gospodarce w takiej skali jak powinny, co z kolei prowadzi do niewłaściwej alokacji kapitału. Kapitał i zasoby nie są w stanie przepływać do efektywnych firm, ograniczając tym samym ich rozwój. Końcowym rezultatem jest wolne tempo wzrostu produktywności, przekładające się na wolne tempo wzrostu PKB.
  • Jak by jednak tego wszystkiego było mało, brak rozwiązania problemu pierwszego rzędu (jakim jest nieoptymalny kształt strefy euro) tworzy środowisko, w którym bardzo łatwo rodzą się kolejne problemy. Takimi problemami są Brexit (reakcja Brytyjczyków na nieporadność europejskich struktur) oraz narastający populizm. W efekcie strefa euro (a wraz z nią cała UE) znajduje się w swego rodzaju „kręgu niemożliwości”, rodzącym coraz to nowe negatywne wydarzenia. Przerwanie tego kręgu jest bardzo trudne, ponieważ wymaga porozumienia rządów aż 19 krajów. Każdy z nich znajduje się nieco odmiennej sytuacji i stara się bronić swoich własnych interesów (w końcu odpowiada przed lokalnymi, a nie europejskimi wyborcami).
  • Powyższe implikuje moim zdaniem, że dopiero kolejny poważny kryzys może doprowadzić do bardziej zdecydowanych działań i zmian. Tymczasem postępować będzie pełzająca marginalizacja roli Europy w świecie.

Rok Świętego Mikołaja

Wprawdzie do Mikołajek pozostało jeszcze sporo czasu, ale w bieżącym roku w naszym kraju na prezenty nie trzeba będzie czekać aż do 6 grudnia. Już dziś bowiem wiemy, że tegoroczna kampania wyborcza będzie jedną z najbardziej hojnych dla elektoratu w dziejach naszej demokracji – choć wybory do parlamentu dopiero jesienią, to licytacja ugrupowań politycznych na obietnice trwa w najlepsze już od kilku miesięcy. Nim pójdziemy do urn wyborczych uda się z pewnością jeszcze wiele obiecać, a w części pewnie nawet zrealizować.

Z pewnością wpływ na hojność polityków miała dobra ostatnimi czasy koniunktura. Wzrost gospodarczy na poziomie 4-5% dodaje odwagi – w takich warunkach budżet łatwiej się „spina”, łatwiej więc kreuje się nowe wydatki. Taka perspektywa pomija jednak kilka istotnych faktów.

Po pierwsze od strony podażowej relatywnie silny wzrost gospodarczy jaki mieliśmy w ostatnich latach był możliwy dzięki wykorzystaniu ostatnich dostępnych rezerw (spadek stopy bezrobocia – obecnie jest ona jedną z najniższych w UE) i zwiększeniu zaangażowania zasobów obcych (import pracowników z Ukrainy, ale ich napływ w ostatnim czasie wyhamował). „Normalny” wzrost jest u nas szacowany na 3-3.5%, a i ten poziom wymaga wzrostu zasobów kapitałowych – aktywów wytwórczych w postaci budynków, maszyn, środków transportu itd. Tymczasem o procesach inwestycyjnych w polskiej gospodarce zbyt wiele dobrego powiedzieć się nie da. Od 2015 r. stopa inwestycji (ich relacja do PKB) spadała, by w 2017 r. osiągnąć najniższy poziom od 11 lat. Szczególnie martwi niski poziom najbardziej istotnych dla gospodarki nakładów inwestycyjnych firm – w 2017 r. ich relacja do PKB spadła poniżej 10% przy ponad 12% w „starej” UE i średnio ponad 14% w unijnych krajach naszego regionu. W 2018 było tylko nieco lepiej, a wiele wskazuje na to że także bieżący rok nie przyniesie inwestycyjnego przełomu. W sytuacji pojawiających się ograniczeń podażowych, napędzany przez wydatki socjalne konsumpcyjny boom będzie w coraz mniejszym stopniu rodził korzyści dla gospodarki – coraz większa część popytu na towary zaspokajana będzie przez import, a w przypadku lokalnych ze swej natury usług wyższy popyt przekładał się będzie w coraz większym stopniu na ich wyższe ceny, a nie na wolumeny.

Druga istotna kwestia jest związana z wysoką wrażliwością naszych finansów publicznych na stan koniunktury. Swego czasu opisywałem to zjawisko na przykładzie porównania do dziurawego dachu („Przeciekający dach”, Parkiet 24.07.2013). Gdy świeci słońce – panuje dobra koniunktura – fakt że dach jest dziurawy specjalnie nie przeszkadza. Inaczej jest jednak gdy zaczyna padać deszcz – koniunktura się pogarsza – wówczas dziury w dachu dają o sobie znać. Ostatnie lata słonecznej pogody zostały wprawdzie wykorzystane na to by część dziur załatać (poprawa ściągalności podatków), ale silny wzrost sztywnych wydatków socjalnych to jak wybijanie wielu nowych.

Po trzecie wreszcie polityka społeczno-gospodarcza, to polityka wyborów. Jeśli politycy koncentrują się na kwestiach socjalnych, to siłą rzeczy nierozwiązane pozostają ważne kwestie rozwojowe. Zmiany w tak ważnych obszarach jak chociażby niedoinwestowana służba zdrowia, armia, bezpieczeństwo wewnętrzne itd. przypominają w tej sytuacji raczej mieszanie gorzkiej herbaty niż dodawanie do niej cukru.

Można oczywiście powiedzieć, że już przy okazji ostatnich wyborów mieliśmy do czynienia z rozdawnictwem i nic złego się nie stało. Tylko na pozór. Po pierwsze jak dziś wyraźnie widać uruchomiona została spirala licytacji obietnic, z której naszemu krajowi trudno będzie się wyrwać. Po drugie trzeba pamiętać, że procesy gospodarcze z reguły nie mają charakteru laserowych cięć, po których widać natychmiastowe skutki. Złe polityki są bardziej jak rdza – ich konsekwencji nie widać od razu, ale poprzez erozję podstawowych mechanizmów gospodarczych prowadzą z czasem do problemów. Ta erozja polega na zniekształcaniu sygnałów i bodźców wysyłanych na poziom mikro (poszczególnych gospodarstw i firm). Dotyczą one np. relatywnej „opłacalności” podejmowania wysiłku pracy w stosunku do nic nie robienia (życia opartego na „budżecie”). Gdy tych, którzy mogą (przedwcześni emeryci) lub nie chcą (ze względu na szczodrość systemu socjalnego) pracować pojawia się zbyt dużo w relacji do tych, którzy generują dochody wówczas cała gospodarcza piramida zaczyna trzeszczeć. Pracujący i pracodawcy są bowiem nadmiernie obciążeni (wydatki socjalne ktoś musi przecież finansować), co działa na nich demotywująco lub wręcz przeciwnie – mobilizuje, tyle tylko że do przeniesienia się ze swą aktywnością gdzie indziej. Należy liczyć się z tym, że niekorzystne trendy wywołane złym ukierunkowaniem bodźców będą u nas narastać – w kolejnych latach bowiem na koszty składanych dziś wyborczych obietnic będą się nakładać coraz to większe ciężary wynikające z tych już obecnie realizowanych (np. skrócenia wieku emerytalnego).

Reasumując, eskalacja populistycznych obietnic i marginalizacja w programach wyborczych w zasadzie wszystkich znaczących ugrupowań politycznych elementów pro-rozwojowych to zły sygnał dla społeczeństwa i gospodarki. Owszem przez kilka lat polityka rosnących wydatków socjalnych może wspierać wzrost, ale równocześnie w mechanizmy gospodarcze wdziera się rdza. To ona sprawia, że średnio- i długofalowe skutki populizmu są zawsze negatywne i nie ma na świecie przykładu kraju, któremu taka polityka zapewniłaby trwały dobrobyt (ostatnich dowodów że tak jest dostarczają chociażby Grecja i Brazylia). Nadzieja w tym, że nasze doświadczone różnymi okolicznościami społeczeństwo nie da się tak łatwo „kupić”, choć z drugiej strony nie da się ukryć, że pokusa wiary w Świętego Mikołaja, który przynosiłby prezenty przez cały rok jest z pewnością duża.

Opublikowane: Parkiet, 11.03.2019

Postawmy u nas pierwszą Fabrykę 4.0!

Jednym z głównych tematów tegorocznego szczytu w Davos był rozwój Gospodarki 4.0, w tym w szczególności przekształcenia w przemyśle – ewolucja w kierunku tzw. Przemysłu 4.0. Dla Polski to bardzo istotne zagadnienie. Należymy do stosunkowo nielicznej grupy krajów świata, które dobrze radziły sobie w ramach dotychczasowego modelu wytwarzania – byliśmy beneficjentami relokacji produkcji do tzw. „tańszych lokalizacji”, w konsekwencji przy globalnym spadku udziału wartości dodanej przetwórstwa przemysłowego w PKB, u nas udział ten rósł (w ostatnich 10 latach o blisko 5 p.p.). Rozwój przemysłu przełożył się także na znaczącą poprawę salda handlowego – z importera netto staliśmy się eksporterem.
Sukces osiągnięty w minionych latach nie może nas jednak doprowadzić do tego by spocząć na laurach – w przypadku zachodzącej właśnie rewolucji przemysłowej „dryf” jest najgorszą z możliwych opcji. Ewolucja globalnych procesów wytwarzania w kierunku Przemysłu 4.0 może prowadzić do stopniowej utraty przez nasz kraj międzynarodowej konkurencyjności. Wynika to z faktu, że Przemysł 4.0 prowadzi do przedefiniowania kryteriów inwestycyjnych – spada znaczenie niskich kosztów pracy, rośnie natomiast znaczenie wysokich kwalifikacji pracowników, tanich/niezawodnych źródeł energii oraz jakości otoczenia biznesowego. Dzięki automatyzacji w niektórych gałęziach przemysłu opłacalny staje się re-shoring (powrót fabryk do bogatszych krajów), a tym którzy prześpią zachodzące właśnie zmiany grozi wypadnięcie (na skutek braku kompatybilności) z globalnych łańcuchów tworzenia wartości.

W kontekście wymagań jakie stawia Przemysł 4.0 niepokoi fakt niskiego przeciętnie zaawansowania technologicznego polskich fabryk, niski poziom nakładów na badania i rozwój oraz niski poziom wysycenia rozwiązaniami teleinformatycznymi (szczególnie w średnich i małych firmach). Ograniczony poziom gotowości na „Przemysł 4.0” potwierdzają międzynarodowe rankingi i porównania – indeks cyfryzacji gospodarki McKinsey&Co, indeks firmy Roland Berger czy też indeks Duńskiego Instytutu Przemysłowego wskazują, że pod względem tego przygotowania plasujemy się dziś na granicy drugiej i trzeciej dziesiątki unijnych krajów.

Biorąc pod uwagę przedstawione powyżej fakty – tj. duże znaczenie przemysłu w polskiej gospodarce, ale równocześnie ogólnie niski poziom jego zaawansowania oraz rewolucyjny charakter zachodzących globalnie zmian – potrzebujemy mocnego „popchnięcia” naszej gospodarki na drodze do Przemysłu 4.0. Mogłaby temu służyć inicjatywa/projekt współfinansowany z funduszy publicznych zbudowania pierwszej w Europie Środkowo-Wschodniej Fabryki 4.0. Takie „ćwiczenie” – wykonane najlepiej we współpracy z którymś z globalnych koncernów – pozwoliłoby przetestować istniejące u nas rozwiązania regulacyjne, infrastrukturę (w szczególności tele-informatyczną), systemy logistyczne itd. Wiadomo bowiem nie od dziś, że podstawą sukcesu w dobie Przemysłu 4.0 będzie jakość otoczenia. Nie dowiemy się, gdzie i jakie istnieją w nim luki, tak długo jak tego w praktyce nie przetestujemy. Zamiast więc o Przemyśle 4.0 dywagować, lepiej po prostu go u nas stworzyć! Gdy okaże się że można, to za pierwszą Fabryką 4.0 bardzo szybko powstaną kolejne.

Opublikowane: Parkiet, 11.02.2019

Nowy fundament?

Zaczął się nowy, 2019 rok. Rok wielu symbolicznych rocznic, w tym m.in.: 30-lecia zmian ustrojowych w naszym kraju, 20-lecia członkostwa Polski w NATO, 15-lecia przystąpienia do Unii Europejskiej. W dużej mierze to właśnie na tej triadzie zasadzały się fundamenty rozwoju Polski w minionych 30 latach oraz jej funkcjonowanie w świecie. Nie da się jednak ukryć, że te fundamenty są dziś poważnie nadwyrężone. Obrany w latach 90-tych minionego wieku model liberalnej demokracji został przez część społeczeństwa w ostatnich latach zakwestionowany. Unia Europejska po dziesięcioleciach ekspansji będzie (prawdopodobnie) w 2019 r. świadkiem wyjścia jednego z krajów, a majowe wybory do Parlamentu Europejskiego mogą znacząco wzmocnić frakcję tych, którzy w mniej lub bardziej otwarty sposób podważają sens dalszego istnienia UE. W kontekście NATO rosną obawy, że coraz bardziej „luźny” stosunek do tego paktu ze strony kluczowego członka – USA – może doprowadzić do erozji całego systemu bezpieczeństwa w świecie, w tym w Europie.
W tej sytuacji rodzi się pytanie o to, czy jako kraj powinniśmy się starać położyć nowy fundament pod funkcjonowanie w nadchodzących dziesięcioleciach, czy też może poszukiwać sposobu wzmocnienia obecnych fundamentów? Jeśli mielibyśmy kłaść nowy fundament to naturalne staje się z kolei pytanie o to, co miałoby go stanowić? W kontekście polityki społeczno-gospodarczej dla niektórych taką alternatywą wydaje się być narastający powszechnie etatyzm. Jednak czy na dłuższą metę może on zdać egzamin? Trudno znaleźć jakieś racjonalne argumenty za taką tezą. Nasze własne doświadczenia epoki socjalizmu i wcześniejszych wysiłków modernizacyjnych wskazują jednoznacznie, że to ślepa droga. Wbrew twierdzeniom niektórych także sukces Chin – oparty w dużej mierze na etatyzmie – nie stanowi dowodu na to, że jest to dla nas realna alternatywa. Inne są u nas uwarunkowania społeczno-kulturowe, gospodarka jest otwarta (nie da się, jak miało to miejsce przez dziesięciolecia w Chinach, regulacyjnie ograniczyć konkurencji), a poza tym obecne tempo postępu technologicznego jest zbyt wysokie, by zbiurokratyzowane struktury mogły skutecznie kierować procesem innowacyjności (będącego dziś kluczem do globalnego sukcesu). Na dłuższą metę etatyzm uruchamia mechanizmy samodestrukcji gospodarki. Są one pochodną nepotyzmu, presji na nieuzasadnione renty czy też regulacyjnego (lub quazi-regulacyjnego) dążenia do ochrony lub uprzywilejowania pozycji państwowych firm/instytucji. Makroekonomiczną konsekwencją tych procesów jest stopniowa utrata międzynarodowej konkurencyjności gospodarki, narastanie deficytów, pojawienie się kryzysów i marginalizacja.
Drugi fundament – członkostwo w Unii Europejskiej – nie ma realnej alternatywy z bardzo prozaicznego powodu: naszej lokalizacji geograficznej. W konsekwencji nasz kraj gospodarczo zawsze będzie grawitował w kierunku najbardziej naturalnych dla niego rynków zachodnioeuropejskich. Warto przy tym przypomnieć, że UE to jeden z dwóch (obok USA) największych rynków konsumenckich w świecie (o wartości ok. 12 bilionów euro, 23% globalnej konsumpcji), więc nie bez powodu jest tam kierowane 80% naszego eksportu. O roli UE dla naszej gospodarki decyduje nie tylko potencjał tego rynku, ale także brak formalnych barier (cła, instrumenty pozataryfowe, jednolite zasady i procedury) w dostępie do niego wynikający właśnie z członkostwa w Unii.
Także w kontekście obronności brak jest realnych alternatyw dla NATO, zarówno w zakresie potencjału militarnego, jak też zdolności operacyjnych.
Reasumując, wydaje się, że szukanie nowego „zakorzenienia” dla naszego funkcjonowania w świecie to niepotrzebna strata czasu. Powinniśmy raczej zadbać o odnowienie fundamentów, które już są. W odniesieniu do stosunków społeczno-gospodarczych w praktyce oznacza to pełną implementację zapisanej w konstytucji idei społecznej gospodarki rynkowej – to mechanizmy rynkowe a nie działania urzędników muszą nadawać ton w gospodarce, czemu towarzyszyć powinny: mądra regulacja oraz mechanizmy zapewniające, że benefity prowadzonej działalności biznesowej są sprawiedliwie dzielone pomiędzy właścicieli kapitału i pracy.
W ramach UE powinniśmy wspierać działania mające na celu uzdrowienie tejże organizacji. W tym względzie największym problemem wydaje się funkcjonowanie strefy euro, która nie spełnia warunków jednolitego obszaru walutowego, co poważnie ciąży na jej rozwoju. Ponieważ scenariusz federacji jest dziś mało prawdopodobny potrzebny jest mechanizm umożliwiający potencjalne wyjście ze strefy przy pozostaniu członkiem Unii. Żaden kraj, który jest dziś w strefie nie może czuć się jej więźniem – swego rodzaju „przymusowa” obecność jej obecnych członków wzmacniania siły populistyczne w niektórych krajach UE.
W odniesieniu do NATO postulowana przez USA większa solidarność ponoszeniu kosztów funkcjonowania struktur tej organizacji jest racjonalna. Nie ma się co obrażać na to, że po latach „jazdy na gapę” przez niektóre kraje członkowskie amerykanie chcą to zmienić. Oczywiście finanse to nie jedyny problem paktu, ale czas nowej „zimnej wojny” z jaką coraz bardziej mamy do czynienia powinien zostać wykorzystany do odbudowania jedności jego członków także w wielu innych obszarach.

 

Opublikowany: Parkiet, 14.01.2019

Czas na polskie „Mesas Ejecutivas”

Wiele krajów świata – w tym Polska – posiada strategie gospodarcze, które mają zapewnić im sukces w zglobalizowanej gospodarce. Słabością tego typu dokumentów jest jednak to, że z reguły nie mają one (i nie powinny mieć) charakteru operacyjnego. Poza tym, ponieważ świat dynamicznie się zmienia, sporo elementów z wieloletnich ze swej natury strategii dość szybko się dezaktualizuje. W tej sytuacji w niektórych krajach poszukuje się różnorakich narzędzi, które stanowiłyby uzupełnienie dla strategii. Narzędzi, które pozwalałyby w bardziej elastyczny sposób odpowiadać na rodzące się kwestie i problemy.

Na poziomie polityk i działań sektorowych przykładem tego typu narzędzia są tzw. „Mesas Ejecutivas”. To swego rodzaju „organy zarządcze” na poziomie branż/sektorów. Funkcjonują one w formule okrągłego stołu, skupiając przedstawicieli wszystkich stron: prezesów firm z branży i/lub stowarzyszeń branżowych, wysokich oficjeli ministerstw i urzędów merytorycznie oddziałujących na funkcjonowanie sektora, czasami także przedstawicieli nauki, itd. Nazwa Mesas Ejecutivas wywodzi się z Peru, gdzie narzędzie to zostało zdefiniowane i po raz pierwszy wykorzystane. Dziś jednak z powodzeniem stosują je także inne kraje.

Podstawowym zadaniem mesas jest rozwiązywanie kwestii związanych z tzw. „niedoskonałościami koordynacji”. Na czym one polegają? Otóż funkcjonowaniu każdej branży towarzyszy z reguły powstawanie różnorakich problemów pojawiających się bądź to na styku z obiorcami, bądź z dostawcami czy też – i to jest najczęstszy przypadek – z twórcami otoczenia regulacyjnego (rząd, branżowi regulatorzy itp.). Nie to stanowi jednak główne wyzwanie – problemy są permanentnym elementem funkcjonowania w biznesie. Poważne wyzwanie pojawia się wówczas, gdy przez dłuższy czas problemy nie są rozwiązywane. Sytuacja taka ma miejsce z różnych powodów: braku odpowiednich kanałów komunikacji, braku woli, sprzeczności interesów itp. Na poziomie całej gospodarki taki stan przekłada się na utracone szanse; mniejsze niż mogłyby być inwestycje, wzrost gospodarczy, zatrudnienie, eksport itd.

Mesas Ejecutivas koncentrują się na kluczowych zagadnieniach, stanowiących wąskie gardła rozwoju danej branży. Dotychczasowa praktyka wskazuje, że pomagają we wzajemnym zrozumieniu interesów różnych stron. Przyspieszają także rozwiązywanie poszczególnych problemów, szczególnie tych o charakterze regulacyjno-instytucjonalnym – biorący udział w mesas przedstawiciele rządu czują się współodpowiedzialni nie tylko za znalezienie właściwych rozwiązań, ale także ich wdrożenie. Tym bardziej, że zadaniem mesas jest także monitorowanie implementacji.

Wydaje się, że także w Polsce tego typu instytucja mogłaby z powodzeniem znaleźć zastosowanie. Pierwszym kandydatem branżowym dla powołania Mesas Ejecutivas wydaje się być budownictwo. To bardzo znaczący w naszej gospodarce sektor, odpowiadający za ponad 7% wartości dodanej, obejmujący blisko 300 tys. aktywnych firm i dający zatrudnienie setkom tysięcy osób. Ze swej natury ma on charakter cykliczny (okresy wzmożonych i ograniczonych wydatków). Nie to jest jednak największym problemem w naszym kraju. Jest nim natomiast fakt, że ze względu na istniejące od lat rozwiązania instytucjonalno-regulacyjne (kryteria przetargowe, kwestie indeksowania kontraktów, spiętrzenia zamówień itd.) nawet w okresach dobrej koniunktury, gdy wartość realizowanych robót osiąga wielkość 200 mld złotych, firmom z branży budowlanej trudno jest osiągać godziwe zyski. Tym samym trudno jest im inwestować w swoją przyszłość, być źródłem stabilnego zatrudnienia itd.

Polskie Mesas Ejecutivas sektora budowlanego mogłyby przyczynić się do wypracowania takich rozwiązań instytucjonalno-regulacyjnych, które w czasie boomu infrastrukturalnego tworzyłyby warunki do kreowania w Polsce silnych, posiadających szerokie kompetencje firm budowlanych. Firm zdolnych do realizowania największych projektów nie tylko w Polsce, ale także za granicą (co stabilizowałoby ich sytuację w średnim i długim okresie). Na razie, zamiast kreowania Pan-europejskich liderów mamy nieustającą walkę o przetrwanie.

Kryzys 2020?

Ostatnimi czas zasypywani jesteśmy zapowiedziami kolejnego globalnego kryzysu. Według przewidywań rynkowych guru i niektórych banków inwestycyjnych nadejdzie on w 2020 r. Ta zbieżność prognoz jest mocno zastanawiająca. W przeszłości bowiem zjawiska kryzysowe z reguły zaskakiwały, a analitycy zawodzili jeśli chodzi o tzw. „wyczucie czasu”. Czy tym razem będzie inaczej?
By odpowiedzieć na powyższe pytanie warto przyjrzeć się logice jaka stoi za obecnymi zapowiedziami, z czego tak naprawdę miałby się zrodzić kryzys? Otóż punktem wyjścia wszystkich „kryzysowych” analiz jest rekordowo wysoki poziom globalnego zadłużenia – wg. szacunków firmy McKinsey, o ile w 2007 r. w przypadku firm, gospodarstw domowych i rządów stanowił on 207% PKB, to obecnie ok. 240%. Dług jest jednak z nami od wielu lat więc sam z siebie nie wystarczy do tego by nastąpił kryzys, zwłaszcza globalny. Jest jak rozlana benzyna, ale potrzeba jeszcze iskier, które sprawią, że pojawi się płomień. Co miałby te iskry stanowić? Po pierwsze, zmiany w polityce monetarnej: podwyżki stóp w USA, silny dolar (duża część globalnego zadłużenia jest w tej walucie) oraz wycofanie się ze skupu aktywów finansowych przez inne duże banki centralne. Po drugie, wygaśnięcie bodźców fiskalnych stymulujących gospodarkę USA, które to bodźce wykreował swoją polityką D.Trump. Po trzecie, rosnące ceny ropy naftowej, mające negatywny wpływ na siłę nabywczą gospodarstw domowych (a tym samym ich konsumpcję). Do tego dochodzi paleta mniej istotnych pojedynczo, ale znaczących w grupie innych czynników takich jak: wojny handlowe, przewartościowanie cen akcji w USA i niektórych rynków nieruchomości czy populistyczna polityka niektórych rządów (Włochy).
Rzeczywiście, z tego można już wzniecić niezły pożar. Na dodatek – jak twierdzą wieszczący kryzys – gdy już się pojawi, to nie będzie go czym gasić. W ich ocenie możliwości reakcji polityki gospodarczej na ewentualny kryzys są – ze względu na niskie w wielu krajach stopy procentowe oraz wysoki poziom publicznego zadłużenia – mocno ograniczone.
Spróbujmy jednak trochę zbilansować ten pesymistyczny obraz, doszukując się pozytywów. Po pierwsze dług długowi nierówny. W stosunku do sytuacji z 2008 r. dziś relatywnie większa jego część przypada na sektor publiczny (np. w wielu krajach rozwiniętych nastąpiło istotne oddłużenie gospodarstw domowych), a już wiemy – na bazie doświadczeń Japonii – że w określonych uwarunkowaniach dług publiczny może rosnąć przez dziesięciolecia. Nie można powiedzieć, że jest obojętny dla gospodarki, ale nie musi prowadzić do gwałtownych zjawisk kryzysowych. Na tle Japonii w zasadzie wszystkie kraje rozwinięte mają wciąż „skromny” poziom publicznego zadłużenia.
Druga ważna kwestia to sytuacja sektora finansowego. 10 lat temu to właśnie on był nośnikiem globalnych zjawisk kryzysowych. Dziś jego kondycja jest znacznie lepsza. Wynika to z solidnego dokapitalizowania (dla przykładu w USA banki mają dziś 3-krotnie więcej kapitału w relacji do aktywów niż 10 lat temu) i znacznego ograniczenia działalności opartej na różnorakich instrumentach pochodnych. Na dodatek skala międzynarodowych powiązań finansowych została po kryzysie 2008 r. znacznie ograniczona – banki skoncentrowały działalność na lokalnych rynkach, co ogranicza ryzyko ewentualnego „zarażania” się problemami. To ostatnie ryzyko redukuje także znacznie mniejsza dziś skala makroekonomicznych nierównowag – tych wyrażających się deficytami rachunku obrotów bieżących – a także poprawa przejrzystości w zakresie przepływów kapitałowych.
Konkludując to co powyżej zostało przedstawione, pojawiające się obecnie scenariusze globalnego kryzysu w 2020 r. bazują na pewnych założeniach. Po pierwsze zakładają kontynuację tego co widać „tu i teraz”, czyli np. że Fed będzie uparcie podnosił stopy procentowe, podczas gdy za rok jego postrzeganie sytuacji może być zupełnie inne, a tym samym inna może być polityka monetarna (w końcu będzie to w USA rok przedwyborczy). Po drugie przyjmują, że mając świadomość rozlanej benzyny decydenci sami, niemalże świadomie rozniecą ogień. Choć biorąc pod uwagę dotychczasowe działania niektórych świtowych przywódców wykluczyć tego nie można (w takiej sytuacji kryzys nie będzie czekał, może się pojawić przed 2020), możliwe jest też ich opamiętanie lub też to, że niedługo przestaną być istotnymi dla świata decydentami . Po trzecie założenie, że rządy i banki centralne są dziś bezsilne jest zdecydowanie na wyrost. O długu publicznym już wspominałem. W polityce monetarnej też są jeszcze nie wykorzystane do tej pory opcje. Tak jak „luzowanie ilościowe” okazało się nową super-bronią po upadku Lehman Brothers, tak w arsenale gaśniczym dostępne są także inne środki. Na przetestowanie czeka chociażby koncepcja „pieniędzy z helikoptera” – czyli bezpośredniego zasilania gospodarstw domowych bezzwrotną gotówką.
Nie chcę powiedzieć, że ewentualnymi zjawiskami kryzysowymi nie ma się co przejmować. Napięcia już są (Argentyna, Turcja) i w najbliższych latach z pewnością będą występować . Wydaje się jednak, że – o ile nie popełnione zostaną jakieś błędy – powinny mieć raczej charakter lokalnych „pożarów”. Doświadczenie uczy, że do prognoz i przepowiedni kryzysu trzeba zachować zdrowy dystans (o tym czym się powinien wyrażać pisałem niedawno w „Zdrowy dystans do niepewności”). Symptomatyczne w tym względzie jest chociażby to, że przepowiedni kryzysu mieliśmy ostatnimi czasy sporo. Najpierw miał on wybuchnąć w 2018 r. jako następstwo wyboru D.Trumpa, w zeszłym roku datę kryzysu przesunięto na 2019 r., a obecnie wykonanie wyroku zostało odsunięte na 2020 r. I oby tak dalej!

 

Opublikowane: Parkiet, 20.10.2018

Dojrzały dialog społeczny

Przełom września i października to tradycyjnie czas protestów i demonstracji różnych grup zawodowych, które przybywają do Warszawy, by w okresie prac nad budżetem walczyć o swoje. Nie inaczej jest i w tym roku. Największą część protestujących stanowią przedstawiciele sfery budżetowej: nauczyciele, służby mundurowe itd. Postulatów jest z reguły kilka, ale na czoło tradycyjnie wybijają się te odnoszące się do wzrostu płac. W tym roku protestujących wspiera otoczenie makroekonomiczne: Produkt Krajowy Brutto rośnie w tempie 5% realnie, płace w sektorze firm rosną w tempie 7-8%, rząd chwali się dobrą sytuacją budżetu oraz znaczącą poprawą w zakresie ściągalności podatków. Równocześnie planowany na 2019 r. wzrost funduszu płac w państwowej sferze budżetowej ma wynieść niewiele ponad 2%. Trzeba mieć jednak świadomość, że wszystkich tych liczb nie można porównywać wprost. Tempo wzrostu funduszu wynagrodzeń to pochodna wielu czynników, nie tylko wzrostu średniej płacy. Wpływ na niego ma np. zmiana struktury zatrudnienia – jeśli np. odchodzące na emerytury osoby (z reguły o relatywnie wysokich wynagrodzeniach) zastępowane są przez młode, bez doświadczenia (którym na starcie płaci się mniej), to zjawisko to prowadzi do spowolnienia ogólnego tempa wzrostu funduszu wynagrodzeń.

Takich kwestii matematyczno-statystycznych jest więcej. Nie na nich jednak chciałbym się skoncentrować, a na szerszej sprawie tzw. dialogu społecznego. To bardzo ważny element każdego systemu społeczno-gospodarczego. Jeśli procesy dialogu funkcjonują właściwie, wzmacniają system, z kolei gdy mają ułomny charakter bardzo go osłabiają. W moim przekonaniu pomimo instytucjonalnych zmian w ostatnich latach wciąż znacznie nam bliżej do tej drugiej sytuacji. Dlaczego? Głównie z dwóch powodów. Po pierwsze, w ramach dialogu społecznego nie ma u nas podejścia całościowego. Nie dyskutuje się równocześnie nad pełną paletą kwestii socjalnych i nie dąży do osiągniecia konsensusu co w ich zakresie powinno – w danym okresie – uznane zostać za priorytet. O ile już, to dyskutuje się indywidualne kwestie – oddzielnie poziom płacy minimalnej, oddzielnie kwestie wynagrodzeń nauczycieli, oddzielnie sprawy odnoszące się do emerytur itd. Takie podejście siłą rzeczy abstrahuje od tego, że wszystkie kwestie socjalne odnoszą się do jednego wspólnego „worka” o nazwie budżet państwa. W efekcie nie powinno dziwić, że proces przeciągania zawsze zbyt przykrótkiej kołdry przenosi się na ulice.

Po drugie, formalny proces dialogu społecznego (w oparciu o przewidzianą dla niego infrastrukturę, np. Radę Dialogu Społecznego) jedynie w ograniczonym zakresie wpływa na rzeczywiste kształtowanie struktury wydatków socjalnych. Te ostatnie – od wielu już lat – są w największej mierze kształtowane w trakcie kampanii wyborczych. W efekcie mają maksymalizować krótkoterminowe poparcie, a nie efektywność socjalnych funkcji państwa. Konsekwencją tego jest to, że część wydatków w sferze socjalnej trafia nie koniecznie tam gdzie powinna oraz to, że niektóre rozwiązania abstrahują od rzeczywistości gospodarczej (np. przyczyniają się do narastania napięć na rynku pracy w warunkach malejącej jej podaży).

W związku z nieuchronnymi procesami demograficznymi (malejąca i starzejąca się populacja) należy oczekiwać, że presja na wydatki budżetu będzie coraz to bardziej narastać. Jeśli w tej sytuacji chcemy zapewnić trwały, zrównoważony wzrost gospodarczy potrzebujemy nowych, bardziej dojrzałych rozwiązań w zakresie dialogu społecznego. Przede wszystkim główny nurt tego dialogu musi przebiegać w ramach instytucji dlań przewidzianych, a nie w ramach wieców przedwyborczych. Równocześnie wszystkie strony tego procesu muszą czuć się odpowiedzialne, nie tylko za interesy grup, które reprezentują, ale także za interesy kraju.

Polska w post-kryzysowym świecie

Poniższe punkty stanowią podsumowanie raportu „Polska gospodarka w post-kryzysowym świecie – niewątpliwe sukcesy, ale wyzwania narastają„. Publikacji towarzyszył także artykuł w Rzeczpospolitej.

  • We wrześniu bieżącego roku mija 10 lat od upadku banku inwestycyjnego Lehman Brothers. Wydarzenie to uznawane jest za symboliczną datę wybuchu światowego kryzysu, który poddał weryfikacji funkcjonujące modele gospodarcze. Kraje o słabych fundamentach silnie ucierpiały (standard życia ich obywateli się pogorszył), a te w których fundamenty były zdrowe miały okazję do znacznej poprawy swojej pozycji w globalnych rankingach konkurencyjności czy jakości życia,
  • Polska należy zdecydowanie do drugiej grupy państw. Choć pod względem wielkości Produktu Krajowego Brutto (PKB) jej globalna pozycja w zasadzie się nie zmieniła (po uwzględnieniu parytetu siły nabywczej poprawa z 24 miejsca w 2008r. na 23 w 2017 r.), to po przeliczeniu PKB na mieszkańca odnotowała awans z 57 pozycji w 2008 r. na 48 w 2017 r. Warto podkreślić, że obecny poziom dochodów plasuje nas w stosunkowo bogatej części świata – aż 85% jego populacji mieszka w krajach, gdzie przeciętny dochód na mieszkańca jest niższy niż w Polsce,
  • Wzrost PKB przekładał się w minionych 10 latach na szersze miary dobrobytu i jakości życia obywateli. Towarzyszyła temu poprawa globalnej pozycji Polski w rankingach konkurencyjności. W przypadku większości globalnych rankingów odnoszących się do tych zagadnień nasza pozycja poprawiła się w post-kryzysowym otoczeniu o ok. 10 miejsc. W efekcie z reguły plasujemy się dziś na 30-tych lub 40-tych lokatach w gronie ponad 200 państw świat. Osiągnięcia Polski w zakresie poprawy warunków życia i konkurencyjności wypadają szczególnie imponująco na tle innych krajów Europy,
  • Rozwój gospodarczy kraju przekładał się także na sytuację gospodarstw domowych. Duży wpływ miały na nią również zachodzące w minionym dziesięcioleciu procesy społeczno-demograficzne. W ich efekcie przy malejącej i starzejącej się populacji pomiędzy 2008 i 2017 r. znacząco wzrosła liczba gospodarstw domowych (do 14.5 mln), spadła średnia wielkość przeciętnego gospodarstwa (z 2.9 do 2.6 osób) oraz znacząco wzrósł przeciętny dochód rozporządzalny przypadających na 1 osobę (o 53%). Poprawa sytuacji gospodarstw domowych widoczna była także m.in. w: i) podwojeniu wartości aktywów finansowych (do ponad 2 bilionów złotych, na koniec 2017 r.), ii) poprawie warunków mieszkaniowych (największy spadek wskaźnika przeludnienia spośród wszystkich krajów UE), iii) silnym – największym w UE – spadku liczby osób zagrożonych ubóstwem/wykluczeniem społecznym, iv) zmniejszeniu się nierówności dochodowych (współczynnik Giniego plasuje nas dziś w połowie unijnej stawki),
  • Patrząc w przyszłość utrzymanie pozytywnych trendów w kolejnych 10 latach nie będzie łatwe. Wynika to z faktu, że lista globalnych i lokalnych wyzwań jest długa. Globalny kryzys finansowy wciąż przynosi różnorakie konsekwencje, zarówno o charakterze gospodarczym, jak też społeczno-politycznym oraz geo-strategicznym. Na to wszystko nakładają się jeszcze zmiany technologiczne oraz kwestie dotyczące przyszłego funkcjonowania Unii Europejskiej (mechanizmów, wielkości i struktury wydatków budżetowych itp.). Z kolei największym wyzwaniem o charakterze wewnętrznym jest sytuacja demograficzna – prognozy wskazują na stopniową depopulację i relatywnie szybkie, dalsze starzenie się polskiego społeczeństwa,
  • Biorąc pod uwagę powyższe uwarunkowania utrzymanie pozytywnych trendów społeczno-gospodarczych, a w szczególności dalsza konwergencja dochodów do poziomu bogatszych krajów wymagać będą kolejnej fazy transformacji polskiej gospodarki. Jej istota polega na wyeksponowaniu roli wiedzy i kapitału ludzkiego, czemu towarzyszyć powinno „wypchnięcie” polskiej gospodarki na nowy, wyższy poziom zaawansowania technologicznego, złożoności procesów i produktywności. Proces ten powinien odnosić się do 6 kluczowych obszarów: i) państwa i jego instytucji, ii) szeroko rozumianej infrastruktury, iii) sposobów wytwarzania (Przemysł 4.0), iv) edukacji, v) stosunków społecznych, vi) finansowania gospodarki,
  • Obecny czas dobrej koniunktury powinien być intensywnym okresem dla przedsiębiorstw i sektora publicznego. Właściciele firm i ich zarządy muszą podjąć działania dostosowawcze ukierunkowane na wzrost produktywności, projekty inwestycyjne przekładające się na budowanie większej wartości. W zależności od firmy/branży mogą to być zakupy środków trwałych (podnoszące poziom mechanizacji procesów), inwestycje marketingowe (w budowanie marki), inwestycje w kapitał ludzki, inwestycje w badania i rozwój czy wreszcie inwestycje kapitałowe (zakupy innych firm po to by pozyskiwać technologie, know-how, ale także by uzyskiwać efekty skali). W odniesieniu do sektora publicznego kluczową kwestią jest jakość procesu implementacji strategicznych inicjatyw oraz spójność podejmowanych działań. Chodzi w szczególności o kwestie stanowienia prawa (jego jakość i stabilność), międzynarodową wiarygodność systemu jego egzekwowania, odbiurokratyzowanie gospodarki oraz efektywne formy współpracy biznesu z nauką,
  • Jeśli kolejną fazę transformacji uda się przeprowadzić, Polska ma szansę na trwałe wejść do grona krajów o wysokim poziomie dochodów, stać się atrakcyjnym miejscem do pracy i życia dla swoich obywateli oraz kierunkiem dla ambitnych ludzi z innych krajów. To ostatnie nie jest bez znaczenia w kontekście procesów demograficznych i narastającej globalnie walki o talenty.

Niepewność a zmiany instytucjonalne – cz.2

cz.1 przywołałem kilka tez z wykładu D.C. Northa odnoszących się do niepewności i zmian instytucjonalnych. Dziś – zgodnie z zapowiedzią – kilka słów mojego komentarza. Na początek próba interpretacji tego z czym obecnie mamy do czynienia z perspektywy teorii Northa

czytaj więcej

Niepewność a zmiany instytucjonalne – cz.1

Wpadł mi ostatnio w ręce zapis wykładu D.C. Northa z 2003 r. („Understanding the process of economic change”). Autor to nieżyjący już, znany amerykański ekonomista, specjalizujący się w historii gospodarczej, laureat nagrody im. A. Nobla. Choć tekst ma już trochę lat, to odnosi się do zagadnień bardzo aktualnych w obecnej rzeczywistości, zarówno tej globalnej jak i naszej, lokalnej. Te zagadnienia to kwestie zmian instytucjonalnych powiązanych z niepewnością. Myślę, że warto przytoczyć kilka tez z tego dokumentu

czytaj więcej

Sida 1 av 4

wykonanie: THE NEW LOOK