Rytm gospodarki

Andrzej Halesiak

Kto jest kim na mistrzostwach świata

Piłkarskie mistrzostwa to z reguły okazja do tego by przez kilka tygodni patrzeć na świat z nieco innej perspektywy. Jedni koncentrują się wówczas na technologicznych nowinkach odnoszących się chociażby do kopanej przez piłkarzy futbolówki. Inni na geniuszu samych piłkarzy i trenerów. Ja chciałbym czytelnikom zaproponować jeszcze inne spojrzenie: przyglądnięcie się krajom reprezentowanym na mistrzostwach przez perspektywę kilku wybranych parametrów społeczno-gospodarczych.

Sprawdźmy więc czym 32 kraje (w zasadzie 31 krajów i Anglia jako część Zjednoczonego Królestwa Wlk. Brytanii i Irlandii Pn.), których piłkarskie reprezentacje zagrają na mistrzostwach wyróżnia się na tle całego świata i spośród siebie na wzajem. Na początek jednak, dla przypomnienia lista uczestników mistrzostw: Anglia, Arabia Saudyjska, Argentyna, Australia, Belgia, Brazylia, Chorwacja, Dania, Egipt, Francja, Hiszpania, Iran, Islandia, Japonia, Kolumbia, Korea Południowa, Kostaryka, Maroko, Meksyk, Niemcy, Nigeria, Panama, Peru, POLSKA, Portugalia, Rosja, Senegal, Serbia, Szwajcaria, Szwecja, Tunezja i Urugwaj.

Po przedstawieniu czas przejść do porównań. Zacznijmy od kwestii podstawowej, a mianowicie ludności. Otóż grających na mundialu piłkarzy będzie w ich rodzinnych krajach wspierać olbrzymia rzesza 1.6 mld kibiców (to ponad 1/5 całej ludności świata). Najwięcej fanów będzie śledzić losy swojej drużyny w Brazylii (ponad 200 mln), niewiele mniej w Nigerii (190 mln). Z kolei zdecydowanie najmniej w Islandii (jedynie 340 tys.). Gdyby doszło do spotkania Brazylia-Islandia (może się tak zdarzyć, ale dopiero w półfinale), to na każdego kibica w Islandii przypadałoby ponad 600 kibiców Brazylii. Na szczęście dla Islandczyków na boisku szanse będą wyrównane: 11 na 11.

Przejdźmy teraz do potencjału ekonomicznego mierzonego wielkością produktu krajowego brutto (PKB) z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej. Pod tym względem kraje reprezentowane na mundialu stanowią jeszcze większą część świata (ok. 1/3) niż w przypadku ludności. Zdecydowanie największym PKB dysponuje Japonia (5,4 bln dolarów amerykańskich). Na kolejnych miejscach plasują się Niemcy i Rosja (ponad 4 bln dolarów w obu przypadkach). Na przeciwnym biegunie znajduje się ponownie Islandia, gdzie PKB wynosi zaledwie 18 mld dolarów. Pocieszające dla Islandczyków jest jednak to, że kraj ten bardzo wysoko (trzecie miejsce) plasuje się jeśli chodzi o poziom bogactwa mierzonego PKB na mieszkańca. Wyprzedzają ich jedynie Szwajcarzy (ponad 61 tys. dolarów) i Saudyjczycy (blisko 55 tys.). Na końcu tego zestawienia plasuje się jeden z naszych grupowych rwali – Senegal (zaledwie 2.7 tys. dolarów).

Poziom dochodów to jedno, a tempo ich wzrostu to drugie. Zobaczmy więc, który z reprezentowanych na mistrzostwach krajów najszybciej w minionych latach się rozwijał. Otóż przez ostatnie 10 lat PKB wzrósł najwięcej w Panamie (aż 89%, to zasługa wszechstronnego rozwoju eksportowo nastawionego sektora usług). Kolejne w tym rankingu Peru i Nigeria odnotowały wzrost PKB rzędu 60%. Najgorzej w minionych 10 latach miały się natomiast dwa europejskie kraje – Chorwacja i Portugalia. W ich przypadku można mówić o straconej dekadzie – PKB z 2017 r. był w ujęciu realnym nieco poniżej tego sprzed 10 lat.

Kolejne ważne parametry to stopa bezrobocia i poziomu długu publicznego (do PKB). Z bezrobociem najgorzej jest w Hiszpanii (stopa bezrobocia na poziomie 17%). Na drugim biegunie znajdują się Islandia i Japonia – w obu stopa bezrobocia nie przekracza 3%. Ta ostatnia jest także zdecydowanym – tym razem raczej niechlubnym – liderem pod względem wielkości długu publicznego (236% PKB). Dług powyżej 100% PKB mają jeszcze trzy inne kraje: Portugalia, Egipt i Belgia. Najniższe poziomy długu są w dwóch krajach uzyskujących znaczące dochody z ropy (Rosja i Arabia Saudyjska, w obu ok. 17% PKB).

Jak na tle innych uczestników mistrzostw wypada Polska? Przeciętnie, w żadnym z powyższych zestawień nie zajmujemy początkowych miejsc, ale też nie okupujemy tyłów. Najlepiej (8 pozycja) wypadamy pod względem stopy bezrobocia (plasujemy się w grupie krajów gdzie – mierzona na bazie rzeczywistej aktywności zawodowej – nie przekracza ona 5%) i tempa wzrostu w ostatnich latach (choć to dopiero 11 pozycja, przyrost PKB o 39%). Pod względem nominalnego PKB plasujemy się na 14 miejscu, a PKB na mieszkańca na 15-tym. Także 15-ta pozycja przypada nam pod względem ludności i wielkości długu publicznego.

Nie może też zabraknąć kilku słów o naszych grupowych rywalach. Japonia wyróżnia się pod wieloma względami; to najsilniejszy ekonomicznie, bogaty kraj o niskim bezrobociu, ale także kraj „starych ludzi” (najwyższa średnia wieku populacji, ponad 47 lat). Z kolei Senegal to drugi biegun skali – najbiedniejszy, ale i najmłodszy (wespół z Nigerią, średnia wieku niespełna 19 lat!) z uczestników mistrzostw. Kolumbia to tak jak my, taki przeciętniak – w większości rankingów albo kilka miejsc przed albo kilka za Polską, tyle tylko że ze znacznie młodszym społeczeństwem (średni wiek to 30 lat wobec ponad 40 w Polsce).

Na koniec jeszcze jedna ważna statystyka; otóż podczas rozegranych jak do tej pory 20 turniejów tylko osiem reprezentacji sięgnęło po mistrzowski tytuł: Brazylia (5 razy), Włochy (4, w tym roku nie powiększą swego dorobku bo zostają w domu), Niemcy (4), Urugwaj (2), Argentyna (2) oraz Anglia, Francja i Hiszpania. Zestawienie to pokazuje jak trudno wedrzeć się do elitarnego grona piłkarskich czempionów. Nic to jednak; prawdziwym kibicom zawsze towarzyszy wiara w to, że polską reprezentację stać na to, by wyrwać się z pułapki przeciętności i podbić piłkarski świat.

 

Opublikowane: Parkiet, 18.06.2018

Gospodarka oparta na wiedzy – jeszcze nie u nas

Poniższe punkty stanowią podsumowanie mojego ostatniego raportu, jaki ukazał się w cyklu raportów specjalnych Biura Analiz Makroekonomicznych Banku Pekao S.A. Traktuje on o inwestowaniu w wiedzę w polskiej gospodarce. Główny wniosek jest taki, że o ile w minionych latach niski poziom tego typu inwestycji nie przeszkadzał nam w tym, by stosunkowo szybko rozwijać, to w przyszłości szybki rozwój bez większej skali tego typu inwestycji będzie w zasadzie niemożliwy. W tej sytuacji musimy wykorzystać obecny czas dobrej koniunktury do stworzenia instytucjonalnych podstaw gospodarki opartej na wiedzy.

  • Stabilność i trwałość wzrostu gospodarczego są w dużej mierze pochodną jakości procesów inwestycyjnych zachodzących w danej gospodarce, tego jakiego rodzaju aktywa są w tych procesach akumulowane. W tym kontekście coraz większą uwagę przywiązuję się do kwestii inwestycji w tzw. aktywa niematerialne, udziału tego typu inwestycji w całości nakładów oraz ich struktury.
  • Inwestycje w aktywa niematerialne definiowane są jako nakłady na różne formy skomercjalizowanej wiedzy. Dość powszechnie dzieli się je dziś na trzy grupy wydatków: i) na skomputeryzowane informacje (zakupy oprogramowania oraz wydatki na rozwój własnego, wydatki na zakupy/rozwój baz danych), ii) na innowacyjną własność (wydatki na badania i rozwój, innowacje finansowe, licencje itp.), iii) na kompetencje ekonomiczne (brand/reklama, badania rynku, kapitał organizacyjny, szkolenia pracowników).
  • Znaczenie tego typu nakładów w gospodarce jest związane ze zmieniającym się jej charakterem; o sukcesie biznesowym coraz częściej decyduje nie tyle posiadanie określonych aktywów trwałych, co unikalnych przewag rynkowych zbudowanych w oparciu o wiedzę (w rożnej formie). Temu procesowi sprzyja także duże wysycenie aktywów trwałych w globalnej gospodarce i wysoka popularność outsourcingu (w efekcie nawet firmy oferujące na rynku określone towary przemysłowe nie muszą być ich faktycznymi wytwórcami).
  • Porównania międzynarodowe USA i Europy wskazują, że w ostatnich 20 latach rola wydatków na aktywa niematerialne była zdecydowanie bardziej doceniana w USA niż w Unii Europejskiej. W Stanach skala tego typu nakładów w biznesie była w obecnym wieku większa niż przeciętnie w UE (blisko 9% PKB rocznie wobec ok. 7%). Co więcej tego typu nakłady kształtowały się na poziomie wyższym niż wydatki na aktywa trwałe. To właśnie przesunięciu struktury wydatków inwestycyjnych w USA w kierunku aktywów niematerialnych coraz częściej przypisuje się narastanie luki produktywności pomiędzy USA a Europą, w sytuacji gdy wysycenie aktywami trwałymi jest dziś znacznie większe w Europie.
  • Istotnym wątkiem związanym z inwestycjami w aktywa niematerialne jest kwestia ich finansowania. Ze względu na swój charakter (trudne do wyceny, ograniczona płynność) wymagają one większej skali zaangażowania kapitałów własnych i/lub rozwiniętego rynku finansowania „wysokiego ryzyka”.
  • W odniesieniu do Polski dostępne dane pozwalają na dokonanie szacunków wielkości nakładów na aktywa niematerialne w latach 2010-2014. W tym okresie łączna wielkość tego typu wydatków sektora publicznego i biznesowego kształtowała się na poziomie ok. 5% PKB (w samym 2014 r. było to 5.3%, dla porównania nakłady na aktywa trwałe wyniosły w tymże roku 18.3% PKB).
  • Na tle krajów Europy Zachodniej wielkość nakładów na aktywa niematerialne w Polsce jest niska, co jak się wydaje odzwierciedla „model biznesowy”, którego podstawą była do tej pory imitacja technologii dostępnych globalnie i koncentracja na stricte produkcyjnych ogniwach łańcucha tworzenia wartości, z ograniczoną rolą wymyślania, konstruowania i innych form tworzenia wiedzy. Taka globalna specjalizacja zapewniała z jednej strony solidny wzrost gospodarczy, z drugiej jednak prowadziła do różnorakich efektów ubocznych (wysoki odsetek osób pracujących poniżej kwalifikacji, niska skłonność do inwestowania w kapitał ludzki, wyjazdy za granicę w poszukiwaniu bardziej ambitnych zajęć).
  • Patrząc w przyszłość można oczekiwać, że wraz ze zmieniającą się sytuacją na rynku pracy (malejąca liczba osób w wieku produkcyjnym) oraz ewolucją procesów wytwórczych w kierunku koncepcji Przemysłu 4.0 rola tworzenia wiedzy w polskiej gospodarce będzie rosnąć. W tym kontekście niezmiernie ważne jest to, aby wykorzystać obecny czas dobrej koniunktury dla poprawy jakości tych elementów otoczenia biznesowego, które wydają się kluczowe dla inwestycji w aktywa niematerialne (chodzi w szczególności o kwestie stanowienia prawa – jego jakość i stabilność – współpracy biznesu z nauką oraz wzrostu podaży kapitału wysokiego ryzyka).
  • Warto zauważyć, że w kontekście wzrostu znaczenia wiedzy w polskiej gospodarce ważnym do zagospodarowania aktywem jest kapitał ludzki. Tylko w latach 2014-2016 uczelnie wyższe w Polsce opuściło aż 1.6 mln absolwentów. Większą liczbą mogą się pochwalić jedynie Niemcy, Francja i Wlk. Brytania, a więc kraje znacznie ludniejsze od Polski.
  • Umiejętne wykorzystanie posiadanych zasobów ludzkich oraz podniesienie jakości otoczenia biznesowego wydają się być kluczem do sukcesu polskiej gospodarki w średnim i długim terminie. Warto zauważyć, że ewolucja modeli biznesowych w kierunku konkurencji poza-cenowej miałaby szersze, pozytywne konsekwencje. Przekładałaby się bowiem na efektywniejsze wykorzystanie zasobów (umiejętności/kompetencji), bezpieczny wzrost płac i popytu, komfortową sytuację fiskalną, równowagę zewnętrzną oraz lepsze dopasowanie miejsc pracy do kompetencji, a tym samym większą satysfakcję z życia i pracy. Polska miałaby się okazję stać nie tylko atrakcyjnym miejscem do pracy/życia swoich obywateli, ale także atrakcyjnym kierunkiem emigracji dla ambitnych ludzi z innych krajów. Nie jest to bez znaczenia w kontekście wyzwań związanych z niekorzystną demografią.

Praca ludzi, praca robotów

2.5 roku temu w tekście „Konsekwencje mikro globalnego kryzysu” zwracałam uwagę, na to, że globalny kryzys finansowy wywołał skutki nie tylko w wymiarze makroekonomicznym, ale także mikro. Te ostatnie są związane z olbrzymią presją pro-efektywnościową; w czasach nadpodaży mocy produkcyjnych jeszcze bardziej liczy się to, kto jest w stanie produkować taniej, być bardziej efektywnym, szybciej dostosowywać się do zmieniających wymagań i zmieniającego się otoczenia. Efektem tej sytuacji jest gwałtowny wzrost zainteresowania rozwiązaniami związanymi z automatyzacją i robotyzacją procesów produkcyjnych czemu dodatkowo służy dostępność taniego kapitału. Zjawisko to widać chociażby w statystykach odnoszących się do liczby instalowanych na świecie robotów przemysłowych. O ile jeszcze na początku obecnej dekady zapotrzebowanie na tego typu rozwiązania kształtowało się na poziomie 100-120 tys. rocznie, to według szacunków w 2017 r. sięgnęło ok. 350 tys., a w 2020 r. wynosić będzie już ponad 0.5 mln (dane Międzynarodowej Federacji Robotyki).

Automatyzacja i robotyzacja procesów produkcyjnych ma olbrzymie znaczenie dla ludzi, głównie poprzez wpływ na rynek pracy. Co ciekawe wciąż brak jest jednoznacznej opinii na temat tego czy praca automatów i robotów będzie na dłuższą metę czymś korzystnym czy niekorzystnym dla społeczeństwa. Optymiści liczą na to, że technika odciąży ludzi i będą oni mieli więcej wolnego czasu dla siebie. Sceptycy zauważają, że wolnego czasu może i rzeczywiście będzie więcej, ale znacznie trudniej będzie o dochody z pracy. Jak się wydaje to właśnie ten drugi pogląd – że roboty i automaty w znacznym stopniu wyprą pracę ludzi – dominował jeszcze kilka lat temu. W związku z tym zaczęto na poważnie myśleć o potencjalnych sposobach zapewnienia ludności chociażby minimalnego, wystarczającego na przeżycie dochodu (w końcu ktoś produkowane towary musi kupować!). Ostatnie lata przyniosły jednak swego rodzaju ewolucję poglądów. Coraz bardziej dominować zaczyna przekonanie, że tak jak to miało miejsce w przypadku wcześniejszych etapów rewolucji przemysłowej (maszyna parowa, elektryfikacja, informatyzacja), także ta obecna doprowadzi wprawdzie do likwidacji wielu tradycyjnych (obecnych) stanowisk pracy, ale w ich miejsce powstaną nowe. Te nowe będą pochodną pojawiania się nowych potrzeb, a wraz za tym pojawienia się nowego rodzaju produktów i usług.

Wiele dzisiejszych analiz kończy się właśnie w tym miejscu, na tej generalnie dość optymistycznej konkluzji. A szkoda. Jeśli bowiem nawet na poziomie globalnym wszystko się zbilansuje, to równocześnie na poziomie poszczególnych krajów z pewnością pojawią się wygrani i przegrani. By ocenić szanse znalezienia się danego kraju wśród tych pierwszych trzeba wziąć pod uwagę w zasadzie jedną tylko kwestię – to na ile dany kraj jest (będzie) atrakcyjny dla lokowania zaawansowanych, zautomatyzowanych form produkcji. I nie można w tym względzie w prosty sposób przenosić obecnej atrakcyjności, której podstawą są niskie koszty wytwarzania. Istota obecnej rewolucji przemysłowej polega bowiem na tym, że znaczenie tego czynnika osłabnie. Dla zaawansowanej technologicznie produkcji kluczowymi kryteriami lokalizacji inwestycji są stopień zaawansowania infrastruktury (w tym regulacyjnej), niskie koszty i niezawodność dostaw energii, funkcjonowanie zaawansowanego otoczenia biznesowego (np. firm oferujących zaawansowane usługi logistyczne) i oczywiście dostępność wysokiej klasy specjalistów.

Co to oznacza w praktyce? W krajach, które wpiszą się w nowe trendy stopniowo rosnąć będzie liczba inwestycji produkcyjnych, co z kolei oddziaływać będzie korzystnie na całą gospodarkę i tworzenie w niej dobrze płatnych miejsc pracy. Ci którzy się nie dostosują doświadczą malejącego zainteresowania inwestorów. Negatywne efekty nie będą wprawdzie odczuwalne z dnia na dzień, ale stopniowy proces deindustrializacji spowoduje, że nowe miejsca pracy jeśli będą powstawać, to w obszarach stosunkowo prostych usług. Wraz z tym trudno będzie o szybki wzrost gospodarczy i doganianie bogatszych krajów.

Czy Polska ma szanse znaleźć się wśród wygranych nowego globalnego rozdania? Mamy z pewnością kilka atutów (chociażby wysoki odsetek osób z wyższym wykształceniem). Jest jednak wiele obszarów, gdzie sytuacja musi się zmienić. Dotyczy to m.in. kwestii jakości rozwiązań regulacyjnych, inwestowania w kapitał ludzki (dziś pod tym względem plasujemy się w ogonie krajów UE) oraz współpracy biznesu z nauką (tutaj sytuacja jest bardzo zła). Czasu jest coraz mniej i już dziś trzeba zabrać się za konieczne dostosowania.

Opublikowane: Parkiet, 26.05.2018

 

Kto straci na konflikcie handlowym USA-Chiny?

Wywołana przez D.Trumpa potyczka handlowa (to jeszcze nie wojna) z Chinami wstrząsa co i raz rynkami finansowymi i budzi niepokój o trwałość globalnej koniunktury. Nie dziwne, w końcu oba kraje to godni siebie przeciwnicy wagi ciężkiej; Chiny są największym na świecie eksporterem (według danych WTO w 2016 r. wartość eksportu towarów i usług sięgnęła tam 2.3 biliona dolarów), a USA są globalnym numerem 2 (eksport o wartości 2.2 biliona dolarów). Łącznie na oba kraje przypada ponad 1/5 światowego eksportu. Czy w działaniach D.Trumpa rzeczywiście chodzi o to by ograniczyć eksport Chin do USA i zadowolić wyborców? Wydaje się, że sprawa może być bardziej złożona i wielowątkowa a i potencjalni przegrani mogą być gdzie indziej niż się to powszechnie przyjmuje. Ale po kolei.

Potyczka rozpoczęła od zapowiedzi nałożenia przez USA ceł na import wyrobów z aluminium i stali. Niedawno byliśmy świadkami „drugiej rundy” – D.Trump zapowiedział obłożenie cłem chińskich towarów o wartości ok. 50 mld USD, na co Chiny szybko odpowiedziały podobnymi działaniami wobec towarów z USA. Czy te 50 mld to dużo czy mało? Z jednej strony niewiele, gdyż wielkość ta stanowi zaledwie ok. 2% wartości eksportu w przypadku obu krajów. Z drugiej strony ta stosunkowo niewielka skala – swego rodzaju „testowanie placu boju” – może szybko doprowadzić do eskalacji. Na razie zapowiadane działania wydają się mieć charakter chirurgicznych cięć; wybierane są te kategorie towarów, które nie są strategicznie ważne dla lokalnego rynku (np. w odniesieniu do dostępu do określonych technologii), a równocześnie uderzają przeciwnika w czułe miejsca. Klasycznym przykładem jest w tym względzie zapowiedź Chin wprowadzenia ceł na import soi z USA. To bolesne uderzenie w grupę 21 tys. amerykańskich jej producentów, dla których chiński rynek jest głównym zagranicznym rynkiem zbytu. Co więcej, to w zdecydowanej większości zwolennicy D.Trumpa, którzy teraz mogą zostać postawieni przed dylematem czy nadal wspierać prezydenta, którego działania uderzają w ich prywatny interes.

Ważną kwestią jest to, że cła nie zostały jeszcze wprowadzone i wcale zostać wprowadzone nie muszą. Chiny uzależniły wprowadzenie swoich od ostatecznych działań Waszyngtonu. Z kolei w USA wprowadzenie ceł w życie wymaga przejścia przez określoną procedurę, co może zająć dobrych kilka tygodni. Ten czas może zostać wykorzystany do załagodzenia konfliktu lub … jego zaostrzenia. Na razie napływające sygnały są sprzeczne. Z jednej strony słychać deklaracje otwartości na rozmowy, z drugiej w poświąteczny czwartek D.Trump zasygnalizował, że rozważa wprowadzenie dodatkowych ceł na chińskie produkty o wartości 100 mld USD.

To czy do faktycznego wprowadzenia ceł dojdzie zależy – jak się wydaje – od dwóch czynników. Po pierwsze od tego jakie są rzeczywiste intencje D.Trumpa, a po drugie od tego co wydarzy się w przeciągu najbliższych tygodni. Rozpoczynając „grę cłami” Trump nie ma już wyjścia. Musi odtrąbić sukces, bo bez tego ośmieszy się w oczach swoich wyborców. W tym kontekście bardzo istotne jest pytanie o to, co może być takim sukcesem? Czy rzeczywiście chodzi mu jedynie o ograniczenie importu z Chin by przed następnymi wyborami móc swoim wyborcom powiedzieć „obiecałem i zrobiłem”? Być może, ale nie wykluczony jest także inny powód. By go dostrzec trzeba na całą sprawę spojrzeć z szerszej perspektywy. Otóż USA przez ostatnie 100 lat były globalnym hegemonem (w tym gospodarczym), z kolei Chiny są dziś najbardziej poważnym pretendentem do tego, by to miejsce zająć. Nie za rok, 5 czy nawet 10 lat, ale w perspektywie 20-30 wydaje się to możliwe. Także patrząc wstecz Chiny dziś, to zupełnie inny kraj niż 10 czy 20 lat temu. To już nie jest kraj, który ze względu na ubóstwo i ogólną słabość można traktować „ulgowo”. W tym kontekście warto pamiętać, że eksportowy sukces Chin to nie jedynie zasługa konkurencyjności tej gospodarki (niskich przez lata kosztów), ale także określonej polityki. Polityki bardzo szeroko zakrojonej, od powszechnego przyzwolenie na kradzież własności intelektualnej (USA szacują szkody z tego tytułu na setki miliardów dolarów rocznie), po liczne instrumenty ograniczające swobodę działania zagranicznych firm na chińskim rynku (tym samym korzystania z potencjału lokalnego popytu). Ta polityka obejmuje również różnorakie formy subsydiowania lokalnych firm, co w praktyce utrudnia konkurowanie z nimi także na rynkach trzecich. W skrajnych przypadkach polityka ta oznacza wręcz zamknięcie niektórych własnych rynków (np. usług finansowych) dla działalności inwestorów zagranicznych. W tej sytuacji intencją działań Trumpa nie musi być krótkoterminowe ograniczenie amerykańskiego deficytu w handlu z Chinami, ale wykorzystanie ceł do ułożenia na nowo relacji gospodarczych z tym krajem. Jeśli rzeczywiście tak jest, to sukces jego obecnych działań będzie definiowany inaczej. W tym scenariuszu pożądane dla D.Trumpa rozwiązanie to bilateralna umowa handlowa i inwestycyjna z Chinami przewidująca z jednej strony dobrowolne ograniczenie eksportu przez Chiny określonych towarów lub zwiększone zakupy towarów amerykańskich, ale także – a nawet przede wszystkim – zapewniająca większą swobodę działania w Chinach dla amerykańskich koncernów oraz wyrównanie warunków konkurowania na globalnych rynkach (np. poprzez ograniczenie przez Chiny stosowania subsydiów).

Tu rodzi się kolejne pytanie o to czy takie porozumienie jest możliwe? Wydaje się, że tak. Chiny z pewnością są gotowe na pewne formalne ustępstwa, które w praktyce i tak były już wcześniej deklarowane. Ta potencjalna „uległość” może wynikać z kilku względów. Po pierwsze Chiny mają znacznie mniejsze możliwości wprowadzania ceł w oparciu o „zasadę wzajemności” – ich import z USA jest blisko 4-krotnie mniejszy niż import wyrobów chiński do Ameryki. Po drugie Chiny osiągnęły już większość celów, które przyświecały polityce protekcjonizmu, w szczególności ich firmy stały się już globalnymi koncernami i nie potrzebują specjalnej ochrony. Po trzecie wreszcie Chińczycy dobrze wiedzą, że to co zapisane na papierze to nie to samo, co musi być w praktyce. W tym kontekście warto przywołać sytuację z lat 80-tych, kiedy to pod naciskiem USA i UE Japonia formalnie ograniczyła skalę protekcjonizmu, w praktyce jednak zmieniło się niewiele.

W sytuacji nowego otwarcia w relacjach gospodarczych USA-Chiny największymi „ofiarami” mogą stać się paradoksalnie kraje trzecie. Jeśli bowiem Chiny zobowiążą się do ograniczenia eksportu niektórych towarów do USA to zaleją nimi inne rynki. Z kolei jeśli będą chciały zmniejszyć nadwyżkę handlową z USA poprzez wzrost zakupów amerykańskich towarów, to znów uczynią to kosztem innych (już mówi się, że np. podzespoły elektroniczne mogą być w większej skali nabywane w USA kosztem zakupów w Korei Południowej czy Japonii). Z kolei stworzenie uprzywilejowanych warunków dla działalności w Chinach firm amerykańskich może stanowić krok w kierunku rozmontowania powojennego ładu stworzonego w ramach Światowej Organizacji Handlu. W końcu to nie kto inny jak D.Trump jest gorącym orędownikiem dwustronnych układów zamiast tych o charakterze uniwersalnym.

Gdzie w tym wszystkim jest Europa, szczególnie Unia Europejska, i jej interesy? Czujności UE nie powinien „uśpić” fakt, że ostrze amerykańskiego miecza jest obecnie wymierzone w kierunku Chin. Biorąc pod uwagę ryzyko niekorzystnych dla siebie rozstrzygnięć UE powinna bacznie śledzić obecną potyczkę pomiędzy USA a Chinami i być może w niektórych kwestiach (np. dostępu do chińskiego rynku) zdecydowanie opowiedzieć się po stronie USA. Może się bowiem okazać, że bez aktywnego udziału UE obecny konflikt na linii Waszyngton-Pekin doprowadzi paradoksalnie do ułożenia relacji gospodarczych Ameryki z Chinami, kosztem wszystkich innych, w tym samej Unii.

Z kolei jeśli działaniom Trumpa przyświeca jedynie krótkoterminowa „gra pod elektorat”, to w konflikcie USA-Chiny przegrani będą wszyscy.

Opublikowane: Parkiet, 20.04.2018

Włoska przestroga

W kontekście wydarzeń politycznych przez znaczną część minionego roku uwagę przykuwała sytuacja we Francji. Na przełomie roku punktem zainteresowania stało się mozolne wykuwanie koalicji w Niemczech. Po marcowych wyborach we Włoszech jest duża szansa, że w kolejnych miesiącach to właśnie ten kraj będzie skupiał uwagę mediów i obserwatorów. Wyniki wyborów do włoskiego parlamentu z jednej strony nie wskazują bowiem kto mógłby (na dłuższą chwilę) objąć rządy, z drugiej obrazują rosnącą siłę radykalnych ugrupowań.

Na obecną sytuację polityczno-społeczną warto spojrzeć w kontekście stanu gospodarki, a w zasadzie wielkiego regresu gospodarczego jaki miał  miejsce we Włoszech na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat. Jeszcze w połowie minionej dekady nominalny produkt krajowy brutto (PKB) Włoch kształtował się na poziomie 2/3 niemieckiego i 85% francuskiego. Dziś stanowi już tylko odpowiednio: nieco ponad 50% i 75%. To wszystko pomimo faktu, że w obu krajach tempo rozwoju w ostatnich kilkunastu latach było raczej żółwie. Jeszcze wyraźniej swego rodzaju degradację włoskiej gospodarki widać, gdy weźmie się pod uwagę PKB per capita. Otóż okazuje się, że po uwzględnieniu parytetu siły nabywczej w przeciągu kilkunastu ostatnich lat spadł on z blisko 100% poziomu niemieckiego do zaledwie ¾. W odniesieniu do całej UE, o ile na początku minionej dekady dochód przypadający na przeciętnego Włocha był 20% wyższy niż średnio w Unii, to dziś jest ok. 5% niższy. Dramatyczna zmiana nastąpiła jeśli porówna się Włochy do dynamicznie rozwijających się krajów takich jak Polska; jeszcze kilkanaście lat temu dochód na mieszkańca był we Włoszech 2.5 krotnie wyższy niż w Polsce, dziś ta przewaga wynosi już jedynie 40%. Trudno się jednak dziwić takiej sytuacji jeśli w ujęciu realnym PKB Włoch jest dziś na poziomie, na którym był w …2002 r. i wciąż jeszcze nie odrobił strat spowodowanych globalnym kryzysem finansowym.

Na tle powyższych danych ubiegłoroczny wzrost o 1.5% (najwyższy od  2007 r.) może u niektórych budzić nadzieję na lepsze czasy, ale są one raczej płonne.  Wielu wydaje się, że głównym problemem jest dług publiczny, który stanowi 130% PKB (drugi w UE po Grecji). Biorąc jednak pod uwagę olbrzymi majątek zakumulowany we Włoszech, kwestię długu można stosunkowo łatwo rozwiązać. Znacznie większym wyzwaniem jest niska konkurencyjność włoskiej gospodarki i malejąca produktywność. To dobitny przykład kraju, który w pewnym momencie zatrzymał się w miejscu, nie umiał się dostosować do zachodzących globalnie zmian. Dziś pomimo, że wciąż kojarzony jest z wieloma prestiżowymi markami, znany z wysmakowanego designu, to zatracił umiejętność przekuwania tych aktywów i kompetencji na sprawnie funkcjonujący i konkurencyjny model gospodarczy. Na te słabe fundamenty nawarstwiają się dziś inne problemy, chociażby te  związane z rynkiem pracy (duży udział gospodarki nieformalnej, 35% bezrobocie wśród ludzi młodych).

Gdzie szukać pierwotnych źródeł włoskich problemów gospodarczych? Według jednych w decyzji o wejściu do strefy euro, w sytuacji niskiej konkurencyjności otoczenia biznesowego i braku alternatywnych przewag (np. w postaci niskich podatków). Według innych winą za problemy należy obarczyć duże strukturalne zróżnicowanie północy i południa kraju. Wreszcie są tacy, które główne źródło problemu widzą we włoskim systemie społeczno-politycznym, który przez lata prowadził do złych wyborów w zakresie polityki gospodarczej. I to ten ostatni czynnik wydaje się być najbardziej prawdopodobny.

Patrząc w szerszym kontekście sytuacja we Włoszech to przestroga dla krajów takich jak Polska, że sukces (Włochy przez kilka dziesięcioleci po wojnie prężnie się rozwijały) nie jest dany raz na zawsze i nieustannie trzeba o niego dbać. Ta prawda wybrzmiewa szczególnie silnie w dzisiejszych czasach, globalizacji i dynamicznego postępu technologicznego. Z kolei dla Unii jako całości sytuacja we Włoszech powinna być przestrogą, że przy braku zdecydowanych reform, w tym tych ukierunkowanych na budowanie większej spójności społecznej, najbliższe spowolnienie wzrostu może stać się pożywką dla kolejnej fali radykalnych i populistycznych ruchów, na tyle wysokiej, że tym razem wyniesie je do władzy.

Opublikowane: Parkiet, 26.03.2018

Postawmy na jakość firm, nie ich ilość

Poniższy tekst to robocza wersja wywiadu ze mną, który w ostatecznej formie opublikowany został w książce „Druga transformacja polskiej gospodarki„. Publikacja ta stanowi  podsumowanie zagadnień ekonomicznych poruszanych podczas XII Kongresu Obywatelskiego. Gorąco zachęcam do jej lektury!

 

Gdy rozmawialiśmy półtorej roku temu („Wyjdźmy z bezimiennego rozwoju Polski”) zwracałeś uwagę na zachodzące w kraju i globalnie zmiany, które wymuszą dostosowania w polskiej gospodarce. Mówiłeś wówczas o tym, że kurczenie się zasobów pracy, robotyzacja oraz chęć dalszego bogacenia się Polaków będą wytwarzać coraz większą presję na prosty, kosztowy model konkurowania, charakterystyczny dla wielu polskich firm. Wyjściem z tej sytuacji miały być zmiany polegające z jednej strony na wzroście mechanizacji i automatyzacji produkcji, a z drugiej na budowaniu wyższej wartości (uzasadniającej wyższe ceny) ofertowanych produktów i usług. Jak postrzegasz sytuację obecnie, czy ta diagnoza jest nadal aktualna?

Jest nie tylko aktualna, ale w pełni materializuje się w rzeczywistości. Chociaż trendy, o których wówczas rozwialiśmy to trendy średnio- i długookresowe, to nawet z tak krótkiej perspektyw jak kilkanaście miesięcy wyraźnie widać że bardzo się intensyfikują. Zmiany na rynku pracy dostrzega dziś chyba każdy. Gdy rozmawialiśmy poprzednim razem stopa bezrobocia – mierzona zgodnie z metodologią Eurostatu – była jeszcze w okolicach 6%, dziś zbliża się do 4%. Półtorej roku temu płace w firmach rosły w tempie 3-4%, dziś 7-8%, a z dużym prawdopodobieństwem pod koniec roku ten wzrost będzie dwucyfrowy. I nie jest to zasługa jedynie czynników cyklicznych (choć akurat jesteśmy w szczycie koniunktury), ale przede wszystkim zmian o charakterze strukturalnym, malejącej ilości dostępnych zasobów pracy – wspomniana wcześniej stopa bezrobocia nigdy nie była w Polsce (tej post-transformacyjnej) na tak niskim poziomie.

Automatyzacja i robotyzacja nabierają globalnie coraz bardziej zaawansowanego wyrazu kryjącego się pod pojęciem Przemysłu 4.0. To metody wytwarzania wykorzysujące najnowsze zdobycze techniki. Nie udaje się to jeszcze w pełni, ale wiele firm jest dziś na etapie przejściowym; w istniejących fabrykach łączą stare i nowe rozwiązania, a równocześnie powstają koncepcje fabryk 4.0, składających się z komunikujących się ze sobą, samouczących się i przewidujących przyszłe zdarzenia maszyn i systemów. Takie fabryki mają – w swym zamyśle – znacząco ograniczyć rolę kosztów pracy, tym samym zmieniając reguły gry jeśli chodzi o lokalizację produkcji. Kraje rozwinięte liczą, że nowe modele wytwarzania staną się bodźcem do reindustrializacji. Co ważne dla nas jednym z globalnych pionierów Przemysłu 4.0 są Niemcy, a więc gospodarka, z którą jesteśmy bardzo silnie powiązani więzami kooperacyjnymi. Wiele działających u nas firm jest – jako poddostawcy – częścią łańcucha tworzenia wartości niemieckich koncernów. Jeśli połączymy te wszystkie fakty, to wyraźnie widać istotę wyzwania – jeśli nasze firmy w najbliższych latach nie dostosują się technologicznie, organizacyjnie i operacyjnie to mogą wypaść z tych globalnych łańcuchów.

A czy są jakieś nowe wątki na które warto zwrócić uwagę?

W kontekście globalnym takim wątkiem jest rosnące znaczenie inwestycji w aktywa niematerialne i kapitał ludzki. Jeszcze do niedawna inwestycje w aktywa niematerialne utożsamiano były głównie z nakładami na badania i rozwój, zakupami oprogramowania czy innych praw autorskich. Dziś pojęcie aktywów niematerialnych jest znacznie szersze. Okazuje się, że kluczowym aktywem może być baza danych o klientach pozwalająca na lepsze dopasowanie oferty i mniej kosztowne do nich dotarcie. Może nim być także marka firmy, umiejętność zrozumienia potrzeb klientów (np. w oparciu o umiejętnie przeprowadzone badania marketingowe), czy nabyty przez lata praktykowania unikalny „kapitał organizacyjny”, czyli wszystko to co sprawia, że organizacja działa efektywniej niż inne.

Zauważmy, że w zasadzie wszystkie te elementy oparte są na kapitale ludzkim. Bez wątpienia można powiedzieć, że w dzisiejszym świecie nie zasoby naturalne typu ropa naftowa, nie kapitał finansowy, ale właśnie zakumulowany w danym kraju kapitał ludzki w połączeniu z umiejętnością jego efektywnego wykorzystania stają się kluczowym elementem przewagi konkurencyjnej. Tym bardziej w przyszłości będą decydować o sukcesie gospodarczym i społecznym poszczególnych krajów.

Dobrze, w teorii coraz lepiej rozumiemy rolę aktywów niematerialnych, ale co oznacza to w praktyce?

Wiele wskazuje na to, że to właśnie struktura nakładów na aktywa materialne i niematerialne jest jednym z głównych czynników, który wyjaśnia dlaczego w latach 90-tych minionego wieku Stany Zjednoczone Ameryki zaczęły odstawiać Unię Europejską, jeśli chodzi o wzrost produktywności, a tym samym tempo rozwoju gospodarczego. Jeszcze w 1995 r. produktywność „starej Unii” kształtowała się na poziomie 95% amerykańskiej, ale od tamtego czasu zaczął się zjazd i dziś jest to już tylko nieco ponad 80%. W tym samym czasie widoczne były znaczące różnice w strukturze wydatków inwestycyjnych; podczas gdy Unia trzymała się aktywów materialnych (budynki, maszyny, środki transportu itd.), to w USA nastąpiło wyraźne przesunięcie w kierunku aktywów niematerialnych – w ostatnich 20 latach nakłady na aktywa niematerialne były tam większe niż na aktywa materialne. Innymi słowy w czasie, gdy Europa obrastała w kolejne kilometry w wielu miejscach rzadko wykorzystywanych dziś autostrad, gdy inwestowała w różnego rodzaju nieruchomości i inne tradycyjne aktywa, amerykanie koncentrowali swoje wydatki na tym, co okazuje się być znacznie bardziej przydatne i efektywne w nowoczesnej gospodarce.

A jak pod względem inwestycji w aktywa niematerialne wypada Polska?

Dostępne dla Polski dane są ograniczone, ale z badań przeprowadzanych na Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie wynika, że w ostatnich 15 latach inwestycje tego typu kształtowały się na średniorocznym poziomie 5.5% PKB (przy średniej dla „starej Unii” wynoszącej 7.2%, a dla USA 8.8%). Warto zauważyć, że w wielu krajach naszego regionu wydatki na aktywa materialne są znacznie wyższe; w Czechach to 7.1% PKB, na Słowenii 7.0%, a na Węgrzech 5.9%.

Ta sytuacja powinna się jednak zmienić, prawda?. W ostatnim czasie wiele uwagi przykłada się do kwestii innowacyjności, a na dodatek jest dziś w Polsce sporo środków, które można pozyskać umiejętnie podpinając się pod to magiczne słowo-klucz.

Tyle tylko, że w przypadku takiej „gorączki złota” bardzo łatwo o marnotrawstwo, „przepalenie” środków na inicjatywy i projekty których średnio- i długofalowy wpływ na gospodarkę będzie ograniczony lub żaden. Nie chcę przy tym dyskredytować kwestii innowacyjności. Jest ona bardzo ważna, ale inicjatywa w tym względzie musi wyjść od dołu, od strony firm. Każda firma, która jest w stanie przetrwać na rynku musi nieustannie wykazywać się innowacyjnością. I tak jest także w Polsce. Pytanie dotyczy jej formy. Przez wiele lat innowacyjność niektórych firm w Polsce koncentrowała się np. na zagadnieniach księgowo-podatkowych i/lub różnego rodzaju formach wykorzystywania pracowników. Teraz na szczęście czas tego typu kreatywności i opartych na niej „modeli biznesowych” powoli przemija. Z jednej strony Państwo staje się bardziej skuteczne w egzekwowaniu swoich danin, a z drugiej sytuacja na rynku pracy zmienia relacje pracodawca-pracownik. Pytanie jaki kierunek obierze w najbliższych latach innowacyjność działających w Polsce firm? Miejmy nadzieję, że ten najbardziej pożądany – nowe produkty, innowacyjne sposoby dotarcia do klientów, innowacyjne modele biznesowe, innowacyjność organizacyjna i procesowa.

Z kolei patrząc z perspektywy makroekonomicznej potrzebujemy w naszym kraju wykształcenia mechanizmów, które systemowo będą „pchały” naszą gospodarkę w kierunku wyższej produktywności i płac. W ogólnym zarysie chodzi z jednej strony o mechanizm wiążący wzrost płac ze wzrostem produktywności, a z drugiej taki, który będzie uwspólniał w tym względzie interesy i cele pracowników, menedżerów i właścicieli firm. Pracownicy muszą wiedzieć, że podwyżki płac będą możliwe jeśli rosnąć będzie produktywność, z drugiej strony muszą też mieć swego rodzaju gwarancję, że jeśli te wzrosty produktywności uda się osiągnąć, to nie stanie się tak, że jedynym ich beneficjentem będą – poprzez wyższe zyski – właściciele firmy. Jako ważny element tego systemu potrzebna jest znacznie powszechniejsza partycypacja pracowników w „procesach intelektualnych” w firmach. Dziś w segmencie małych i średnich przedsiębiorstw nie rzadko jest tak, że właściciel lub prezes mają niejako monopol na dobre pomysły i idee. Reszta załogi jest jedynie od podążania za ich przywództwem i wykonywania poleceń. Drugą stroną tego podejścia jest niechęć do inwestowania w pracowników. Jeśli popatrzymy na statyki Eurostatu odnoszące się do intensywności szkoleń pracowniczych, to okazuje się że plasujemy się pod koniec unijnej stawki. A jak już wspomniałem wcześniej, to jakość kapitału ludzkiego zadecyduje o naszych konkurencyjnych przewagach w przyszłości.

A co z rolą Państwa?

To co moim zdaniem może niepokoić to swego rodzaju moda na tworzenie różnego rodzaju preferencji dla małych firm. Zwraca się uwagę, że ich warunki konkurowania z dużymi koncernami nie są równe, ale w moim przekonaniu prawda jest taka, że małe firmy często z dużymi nie konkurują. Żyją raczej w swego rodzaju symbiozie, jako poddostawcy, usługodawcy itd. Więc ułatwienia biurokratyczne dla małych firm jak najbardziej tak, ale już ulgi podatkowe, czy subwencje do zatrudnienia niekoniecznie. Doświadczenia międzynarodowe wskazują, że tego typu polityka może być kontr-produktywna. Źle skonstruowany system wsparcia powoduje – co potwierdzają liczne przykłady krajów z Ameryki Południowej – że nadmiernie duża część zatrudnienia akumuluje się w małych firmach o niskiej produktywności, co waży na ogólnym jej poziomie. Zresztą problemy te widać już także w Polsce. Okazuje się, że o ile produktywność dużych firm jest w Polsce na poziomie nieco ponad 50% dużych firm w UE, to produktywność segmentu mikro, małych i średnich firm jest na poziomie niespełna 40% mikro, małych i średnich firm w UE. Tak słaby wynik jest w dużej mierze zasługą segmentu firm mikro (do 9 zatrudnionych), gdzie produktywność jest na poziomie jedynie ok. 30% tego co w podobnych firmach, średnio w UE.

Z czego bierze się tak dramatycznie niska wydajność firm mikro w Polsce?

Moim zdaniem z charakteru tych firm. To w wielu przypadkach firmy odgrywające jedynie rolę swego rodzaju „pośredników” lub wręcz „pseudo-firmy”, nie tworzące większej wartości dodanej. Potwierdzają to dane o udziale wartości dodanej w przychodach. Otóż o ile w UE w segmencie mikro udział wartości dodanej w przychodach wynosi średnio 29%, to w Polsce zaledwie 18% (dla firm małych jest to odpowiednio 25 i 19%, a średnich 23 i 21%). Taki charakter mikro firm w Polsce to moim zdaniem pochodna dwóch czynników: i) wysokiego udziału firm, które powstały „z konieczności” (założenie firmy było przez wiele lat jedynym sposobem by coś robić w sytuacji braku możliwości znalezienia pracy na etacie) oraz ii) usankcjonowanego od lat systemu wspierania nowo-powstających firm, traktowanego jako substytut właściwej polityki rynku pracy. W efekcie w minionych 10 latach szliśmy zdecydowanie w „ilość” a nie „jakość” mikro i małych firm.

Co w takiej sytuacji można zrobić?

Jest dziś czas by dokonać znaczących korekt w polityce wobec mikro i małych firm. W odniesieniu do nowo powstających podmiotów należy odejść od powszechnego subsydiowania („dawania kasy”) i nadać wsparciu charakter ekonomiczny a nie socjalny. To ostatnie oznacza, że pomoc powinna być ukierunkowana na tych, dla których własna działalność wiąże się z chęcią realizacji innowacyjnych pomysłów, a nie na tych, dla których była ona formą pomocy socjalnej, a z czasem – w przypadku niektórych – stała się swego rodzaju modelem biznesowym polegającym na „wyciąganiu” państwowej kasy.

W obecnie panujących warunkach, gdy na rynku pracy brakuje pracowników część osób zaangażowanych dziś w segmencie mikro firm może i powinna znaleźć zatrudnienie w firmach średnich i dużych. Przeciętna produktywność osoby pracującej w dużej firmie jest 2.5-krotnie wyższa niż w firmie mikro, tak więc przepływ zasobów od nieefektywnych (ale hojnie subsydiowanych) mikro firm miałby podwójnie korzystny wpływ na gospodarkę; przyczyniał się do wzrostu przeciętnej produktywności i pozwalał zaoszczędzić publiczne fundusze. Jeśli w następstwie tych procesów ogólna liczba firm w Polsce spadnie nie jest to żaden problem. Nadszedł czas by kłaść nacisk na ich jakość a nie ilość.

Z kolei w segmencie małych firm wsparcie powinno być ukierunkowane na tych przedsiębiorców, którzy mają ambicję rosnąć i rozwijać się. Wbrew potocznemu mniemaniu większość właścicieli małych firm nie ma takich ambicji i zadowala się pewnym poziomem aktywności, takim który pozwala im godnie żyć. W tej sytuacji wsparcie małych firm powinno mieć charakter specyficzny – powinno się wspierać ściśle określone procesy/działania (np. konsolidację, sukcesję, wychodzenie na rynki zagraniczne itd.) a nie małe firmy jako małe firmy.

Elementem polityki wspierania małych firm powinno być tworzenie warunków dla powstawania dużych firm. Tak, to nie pomyłka! Jak już wspomniałem wcześniej wokół tego typu podmiotów z sukcesem funkcjonują z reguły całe eko-systemy małych przedsiębiorstw.

Podsumowując, powinniśmy być w nadchodzących latach świadkami istotnych zmian w polskiej gospodarce.

W gospodarce i mentalności. Musimy przestać pozycjonować się jako biedny kraj. Warto nieustannie mieć w pamięci, że aż 85% ludności świata mieszka w państwach, gdzie średni dochód PKB per capita jest niższy niż w Polsce. Owszem, „bycie biednym” przydaje się czasami, np. w kontekście funduszy unijnych. Ale jest to broń obosieczna. Od pomocy można się uzależnić, a poza tym zabija ona wewnętrzną kreatywność, chęć i wolę działania. Te niebezpieczne procesy widać już także w Polsce. W niektórych regionach podstawowym zmartwieniem jest dziś to, że przekraczają one lub wkrótce przekroczą próg 75% unijnego PKB per capita, co ograniczy ich dostęp do unijnych funduszy. Zamiast się tym martwić lepiej skoncentrować się na tworzeniu systemowych rozwiązań pozwalających na efektywne wykorzystywanie lokalnych – wcale nie tak małych – zasobów oraz na tworzenie nowych.    

To pozycjonowanie się na „biedny kraj” jest dziś wciąż silnie widoczne w sferze jakości usług publicznych, gdzie zbyt łatwo nierozwiązane od lat problemy usprawiedliwiamy brakiem środków. Najwyższy czas by przeobrazić wiele podstawowych obszarów takich jak policja, służba zdrowia, itd., dorobić się wreszcie e-government z prawdziwego zdarzenia. W mojej ocenie to nie jest na dzień dzisiejszy kwestia środków. To z jednej strony kwestia priorytetów – tego czy chcemy inwestować czy konsumować. Z drugiej zaś kwestia nieumiejętności brania się za duże projekty; naszą bolączką jest brak mechanizmów, które skutecznie „pchałyby” te projekty w ramach zbiurokratyzowanych struktur, a po drugie umiejętności budowania wobec nich ponadpartyjnego konsensusu (nawet jak już coś zacznie się robić to przy zmianie politycznej ekipy wysiłek jest marnotrawiony).

Polaków w nadchodzących latach będzie stać na więcej. Ich oczekiwania i preferencje powinny się zmieniać. Widać to już chociażby w sferze żywienia. Coraz więcej uwagi przykładamy do tego by to co konsumujemy było zdrowe. Co ważne jesteśmy w gotowi za to płacić. Podobne procesy powinny występować także w innych obszarach. Tym samym strona popytowa stanie się – i bardzo dobrze – poprzez rosnące wymagania dodatkowym źródłem presji na przekształcenia strony podażowej. Takiej naturalnej presji nie ma w sektorze publicznym i jest to swego rodzaju ryzyko. Jeśli przeobrażenia sektora publicznego nie będą nadążać za zmianami w biznesie, to stanie się on szybko kulą u nogi naszej gospodarki.

Czy D.Trump doprowadzi do załamania na giełdach?

Ostatnie zawirowania na giełdach przypomniały inwestorom, że ceny akcji mogą nie tylko iść w górę, ale także spadać. Głównych powodów korekty upatruje się w protekcjonistycznych działaniach D.Trumpa, ale także – szczególnie w kontekście pierwszej, lutowej fali spadków – w wyższych niż oczekiwano odczytach tempa wzrostu płac i cen. To właśnie ten drugi czynnik wydaje się rodzić największe ryzyko dla założonego przez rynki na bieżący rok scenariusza relatywnie silnego wzrostu gospodarczego i umiarkowanej, pozostającej pod kontrolą banków centralnych inflacji.  Kluczowa w tym kontekście wydaje się być sytuacja w USA –  pytania o to dlaczego potencjalnie inflacja może tam zaskoczyć oraz dlaczego stanowi to zagrożenie dla rynków finansowych są dziś jednymi z najbardziej istotnych.

Zacznijmy od pierwszego z tych pytań. Otóż inflacja może zaskoczyć ze względu na sytuację w amerykańskiej gospodarce. Ta znajduje się w bardzo długiej fazie (formalnie od połowy 2009 r.) nieprzerwanego wzrostu. W efekcie wchłonięta została już większość nadwyżek pracy jakie były dostępne na rynku. O ile w czasie kryzysu liczba miejsc pracy spadła o ponad 8 mln, to od czasu wejścia w fazę ekspansji do dziś powstało ich dwukrotnie więcej. W efekcie stopa bezrobocia (obecnie ok. 4%) kształtuje się poniżej poziomów obserwowanych w szczycie poprzedniego cyklu koniunkturalnego. W tej sytuacji można by oczekiwać, że ze względu na brak wolnych zasobów gospodarka amerykańska raczej nie będzie się zbyt szybko rozwijać, a ewentualne stymulowanie popytu będzie się z jednej strony przekładać na wzrost deficytu handlowego, a z drugiej na wzrost cen. Tu dochodzimy do kwestii ekspansywności polityki gospodarczej w USA. Otóż ta pomimo długiej fazy ekspansji utrzymuje nastawienie stymulujące; stopy procentowe wprawdzie od jakiegoś czasu rosną, ale następuje to w bardzo wolnym tempie (ich poziom pozostaje niski), równocześnie polityka fiskalna – w szczególności reforma podatkowa – będzie w nadchodzących kwartałach „podgrzewać” koniunkturę rodząc obawy jej przegrzania (czego jednym z objawów jest wzrost cen).

Teraz o tym, dlaczego może to być potencjalnie groźne dla rynków finansowych. Powodów jest kilka. Można je zebrać w trzy grupy. Pierwsza grupa odnosi się bezpośrednio do atrakcyjności inwestowania w akcje, druga do kwestii technologicznych, a trzecia ma kontekst makroekonomiczny. Zaczynając od pierwszej grupy. Po pierwsze wyższa od oczekiwań inflacja to wyższe stopy procentowe, co z kolei oznaczałyby wzrost kosztów finansowania firm uderzający w ich zyski. Po drugie wyższe niż obecnie zakładane stopy w przyszłości to niższa dzisiejsza wartość przyszłych zysków, a tym samym wartość przedsiębiorstwa (na takiej metodologii opierają się wyceny fundamentalne firm). Po trzecie wreszcie jeśli wraz z inflacją wzrośnie oprocentowanie oferowane przez emitujących obligacje, to wzrośnie też ich relatywna atrakcyjność względem akcji, szczególnie biorąc pod uwagę dwa wcześniejsze punkty.

W drugiej grupie czynników chodzi o rosnące wykorzystanie technologii na rynkach finansowych, w szczególności w zawieraniu transakcji. W dzisiejszym świecie za dużą częścią z nich stoją algorytmy komputerowe cały czas wyszukujące okazji do kupa i sprzedaży. Algorytmy te mają zapisane określone wzorce zachowań. Jeśli jeden z nich przewiduje np., że wzrost rentowności obligacji amerykańskich powyżej określonego poziomu ma stanowić sygnał zmiany trendu na rynku (przejście w długotrwałą fazę spadków), to może zadziałać to jak samospełniająca się przepowiednia.

Trzecia wreszcie grupa czynników odnosi się do aspektów makroekonomicznych. Otóż wyższe stopy procentowe w USA mogą przełożyć się na sferę realną. Nie tylko w USA. Pompowanie przez lata taniego pieniądza w globalną gospodarkę doprowadziło do nadmuchania większych i mniejszych baniek. Historia pokazuje, że im więcej podwyżek stóp skumulowanych jest w krótszym czasie tym ryzyko ich pękania większe. I choć nie wydaje się byśmy na świecie mieli dziś bańkę na miarę tej z amerykańskiego rynku nieruchomości (w 2007-2008 r.), to nawet pękanie tych mniejszych przy rekordowo wysokim poziomie globalnego zadłużenia może okazać się bolesne. Jednym z potencjalnych źródeł napięć może się okazać dolarowe zadłużenie firm poza USA. W wielu krajach „tani” dolar (niskie stopy + długie okresy osłabiania się) skłonił firmy do zadłużania się w tej walucie (skala takiego zadłużenia wzrosła z ok. 6 bilionów dolarów w 2009 r. do 11 bilionów obecnie). Teraz wzrost stóp procentowych stanowi dla nich wyzwanie, a dla części – przy szybszych i większych podwyżkach – może okazać się nie do udźwignięcia, zwłaszcza jeśli towarzyszyłoby im gwałtowne umocnienie się dolara.

Podsumowując, nie bez powodu odczyty płac i inflacji w USA będą w najbliższych miesiącach jednymi z najbardziej wyczekiwanych. Na rynkach finansowych będzie bardziej nerwowo. Nie można wykluczyć, że paradoksalnie realizacja przez D.Trumpa jego wyborczych zapowiedzi, tych samych które napędzały wzrosty na amerykańskiej giełdzie od czasu wyborów,  zakończy obecną fazę jej ekspansji

MREL – czy uzależni nasz rozwój od zagranicy?

Nie opadł jeszcze kurz po burzy nowych rozwiązań podatkowo-regulacyjnych jakie dotknęły sektor bankowy w minionych 3 latach, a na horyzoncie widać już kolejne chmury. Na polskim rynku bezrefleksyjnie implementowane są rozwiązania, które zostały stworzone na bazie doświadczeń i na potrzeby nadmiernie ufinansowionych krajów, do których Polska nie należy. Czym może grozić taka nad-regulacja w kraju, w którym rozwój gospodarczy wymaga zapewnienia źródeł finansowania?   Stłumieniem potencjału rozwojowego lub rosnącym uzależnieniem go od finansowania zagranicznego, od którego tak bardzo w ostatnich latach próbowaliśmy się …uniezależnić.

Unoszący się jeszcze kurz

Minione lata oznaczały dla sektora bankowego w Polsce prawdziwą rewolucję. Wprowadzenie podatku bankowego, nowe zasady naliczania i dwukrotnie wyższy poziom składek na Bankowy Fundusz Gwarancyjny, powołanie Funduszy Wsparcia Kredytobiorców opłacanego przez banki, wszystkie te zmiany silnie wpłynęły na sytuację sektora. W wymiarze finansowym w samym 2017 r. oznaczały one koszty wyższe o ok. 4.5-5 mld złotych. Równocześnie w ramach dostosowania do tzw. Bazylei III banki musiały znacznie podnieść poziom kapitałów – o ile jeszcze na koniec 2014 r. wynosiły one niespełna 140 mld złotych, to na koniec 2017 r. sięgnęły 200 mld. To wszystko nie mogło pozostać obojętne dla rentowności sektora. Najpowszechniej wykorzystywany wskaźnik zwrotu na kapitale spadł z poziomu 11-12% do 7-8%. To bardzo istotna zmiana – przy obecnym poziomie rentowności banki nie są w stanie zapewnić pokrycia kosztu kapitału szacowanego na ok. 8.5-9.5%. To jeden z głównych powodów zachodzącej w naszym kraju konsolidacji – brak możliwości uzyskania satysfakcjonującej inwestorów rentowności powoduje, że część z nich pozbywa się posiadanych w naszym kraju aktywów. Z kolei ci, którzy je nabywają liczą na efekty skali, na to że przy większych aktywach łatwiej będzie im osiągnąć oczekiwany zwrot.

Warto zauważyć, że ostatnia fala dostosowań regulacyjno-podatkowych wystąpiła pomimo tego, że w Polsce nie mieliśmy kryzysu wywołanego nieodpowiedzialnymi działaniami banków, a szok zewnętrzy w postaci globalnego kryzysu finansowego polskie banki zniosły bardzo dobrze – nie trzeba było żadnego z nich ratować, a sektor jako całość przez cały czas pozostał rentowny. Nieliczne przypadki upadłości banków jakie miały miejsce w ostatnich latach dotyczyły bardzo małych instytucji i nie miały nic wspólnego ze zjawiskami kryzysowymi. Mieliśmy więc do czynienia ze znacznym wzrostem wymogów bezpieczeństwa wobec sektora bankowego, pomimo tego, że istniejące już wcześniej mechanizmy okazały się skuteczne i zupełnie wystarczające nawet w warunkach unikalnego w swej skali globalnego kryzysu.

Kolejne chmury na horyzoncie

Mogłoby się wydawać, że mając „przetestowany” przez globalny kryzys i na dodatek wzmocniony o wprowadzone w ostatnich latach dodatkowe zabezpieczenia sektor bankowy można uznać za super-bezpieczny. Regulatorzy tak jednak nie uważają i czeka nas w najbliższych latach kolejna fala nowych wymogów. Z jednej strony odnosić się one będą do samych kapitałów, z drugiej do tzw. minimalnego wymogu środków własnych i zobowiązań kwalifikowanych (z ang. MREL). Nie wchodząc w szczegóły oznaczają one w praktyce, że kapitały banków wciąż będą musiały rosnąć w tempie szybszym od aktywów, a poza tym wzrosną koszty finansowania banków. Dlaczego? Wprowadzenie MREL spowoduje konieczność emitowania przez banki specjalnego rodzaju papierów wartościowych, od których trzeba będzie płacić odsetki, znacznie wyższe niż te, które płaci się dziś od depozytów.

Jak się wydaje cały problem polega na tym, że MREL i kolejne wymogi kapitałowe to nie nasz lokalny pomysł, tylko przeniesienie do Polski rozwiązań pan-europejskich. Nawet jednak jeśli określone rozwiązania „bierzemy” od innych, to nie oznacza to, że nie warto stawiać pytań o sensowność „ślepej” implementacji tego typu rozwiązań w kraju takim jak Polska, który pod względem ubankowienia bardzo różni się do zachodniej Europy (by przywołać tylko jedną miarę: aktywa sektora bankowego stanowią u nas równowartość ok. 90% PKB, podczas gdy w Europie Zachodniej standardem jest 300-400%).

Na logikę wprowadzanie kolejnych obostrzeń ma sens wówczas, gdy pojawiają się przesłanki, że ryzyka zakumulowane w sektorze mogą w przyszłości zaowocować kryzysem finansowym. Czy u nas w Polsce takie przesłanki występują? Moim zdaniem trudno znaleźć argumenty, które by taką tezę wspierały. Żadna miara wykorzystywana do oceny bezpieczeństwa nie wskazuje na to by był on bardziej ryzykowny niż w 2008 r. Wynika to z faktu, że funkcjonuje on w ramach tradycyjnego modelu depozytowo-kredytowego, z bardzo ograniczoną skalą potencjalnie mniej przewidywalnej (tym samym bardziej ryzykownej) działalności handlowej. Co więcej dziś na każdą złotówkę aktywów przypada już kilkanaście groszy zakumulowanych kapitałów (na pokrycie nie przewidzianych strat), podczas gdy w 2008 r. było to 6 groszy. Udział detalicznych kredytów walutowych w bilansie sektora spadł z 15% do 8%. Poza tym kredytobiorcy przeżywający trudności mogą dziś liczyć na wsparcie specjalnego funduszu, co sprawia, że nawet pogorszenie koniunktury nie musi przekładać się na znacząco wyższe koszty ryzyka w bankach (szczególnie w segmencie detalicznym).

Nad-regulacja ma znaczenie

Powie ktoś a komu to przeszkadza, że wymogi wobec banków rosną – bezpieczeństwa nigdy za wiele. Problem polega na tym, że to budowanie bezpieczeństwa nie odbywa się bezkosztowo. Przy przekroczeniu określonych granic nadmierna regulacja staje się kontr-produktywna; nie dodaje do bezpieczeństwa będąc równocześnie obciążeniem dla gospodarki. Jak już bowiem wspomniałem narastające wymogi nie są obojętne dla działalności banków, a tym samym dla ogólnej zdolności finansowania. Na banki przypada dziś ok. 2/3 wszystkich aktywów sektora finansowego stąd ich kondycja ma bardzo istotny wpływ na funkcjonowanie gospodarki jako całości.

Przyjrzyjmy się więc potencjalnym skutkom nowych regulacji. Zacznijmy od samego sektora bankowego. Emisja „drogich” papierów to dodatkowe koszty finansowania. Ale to jedna strona równania. Uzyskane środki można bowiem wykorzystać. Najprostsza forma to lokowanie w papiery dłużne emitowane przez Skarb Państwa, ale na takiej inwestycji nie da się raczej zarobić, tak więc efekt netto będzie dla banków ujemny (uderzając w rentowność). By nie ponosić straty banki mogą: i) rozłożyć wyższe koszty na „standardowe” produkty bankowe (np. marże kredytowe) przenosząc je tym samym na klientów, ii) poszukiwać bardziej rentownych inwestycji (np. w obligacje korporacyjne). Tyle tylko, że z tymi większymi rentownościami wiąże się też wyższe ryzyko. Może być więc tak, że system nominalnie zaprojektowany po to by ograniczyć ryzyko związane z funkcjonowaniem sektora bankowego może paradoksalnie spowodować akumulację tego ryzyka.

Innym skutkiem MREL-a będzie jeszcze większa presja na konsolidację sektora bankowego; po prostu jeszcze trudniej będzie osiągnąć satysfakcjonującą rentowność, tak więc kolejni inwestorzy powiedzą „pas”. Będziemy więc mieć nasilenie procesu tworzenia dużych instytucji, oby nie „za dużych by upaść”, bo wówczas mielibyśmy do czynienia z zupełnym zaprzeczeniem wyjściowych intencji odnoszących się do nowej fali regulacji.

Ale to jeszcze nie wszystko. Spójrzmy szerzej, wychodząc poza sektor. Po pierwsze , jeśli koszty związane z emisjami zostaną przerzucone – w postaci wyższej marży – na klientów, to MREL może oznaczać wyższe koszty finansowania gospodarki, utrudniać tym samym jej rozwój. Po drugie przy rosnących wymogach kapitałowych sama podaż kredytu będzie mniejsza – jej skala zależy od tzw. lewara (dopuszczalnej relacji aktywów do kapitałów), a ten przy wyższych wymogach kapitałowych będzie mniejszy. Część firm może zostać zmuszona do poszukiwania alternatywnych źródeł finansowania. Będą to robić na rynku kapitałowym, ale ten jest w polskich warunkach bardzo płytki. Co więcej poszukujące na nim kapitału firmy napotkają tam konkurencję ze strony…banków, które same będą starały się uplasować na nim nowe emisje wymaganych przez regulatora papierów. Jedynym możliwym dostosowaniem w takiej sytuacji okaże się zwiększony import kapitału z zagranicy. Zamiast więc uniezależniać się od koniunktury światowej i ograniczyć wrażliwość naszej gospodarki na zewnętrzne szoki, staniemy się bardziej zależni od zagranicznego kapitału niż dziś.

 

Podsumowując, warto postawić kilka pytań: jaki ma sens inwestowanie w budowę „schronu atomowego” w sytuacji, gdy nasz rynek jest na etapie muszkietów? Jaki ma sens tworzenie mechanizmu, który ma zabezpieczać przed zagrożeniami, których nie ma i które de-facto sam prawdopodobnie dopiero wykreuje? Jaki ma sens tworzenie mechanizmu, który zwiększy nasze uzależnienie od finansowania z zagranicy, w sytuacji gdy to ona może dziś być dla nas źródłem najbardziej groźnych dla gospodarki szoków? Szkoda, że odpowiedzi na te pytania nie poszukują nasi nadzorcy i regulatorzy, skupiając się na bezkrytycznym implementowaniu będących zdecydowanie na wyrost jak na nasze warunki standardów.

Aktywa niematerialne – cz.2

cz.1 sygnalizowałem rosnące znaczenie dla firm i gospodarek inwestycji w tzw. aktywa niematerialne. W tym wpisie chciałbym przywołać dwa badania i kilka danych w nich zawartych.

Pierwsze to badanie porównawcze UE i USA: „Intangible investment in the EU and US before and since the Great Recession and its contribution to productivity growth”. Główne wnioski jakie z niego płyną są następujące:

  • W USA znaczenie inwestycji w aktywa niematerialne jest większe niż w UE – w latach 2000-2013 stanowiły one średnio 8.8% PKB wobec 7.2% dla tzw. “starej Unii” i 6.4% dla „nowej Unii” (reprezentowanej w analizie przez Czechy, Węgry, Słowenię i Słowację)
  • Podczas gdy w Unii inwestycje w aktywa materialne przeważają nad tymi w aktywa  niematerialne (w analizowanym okresie średnia relacja materialnych do niematerialnych to w przypadku „starej Unii” 130%, „nowej” 250%) w USA jest odwrotnie – inwestycje w aktywa materialne stanowiły w analizowanym okresie niespełna 90% inwestycji w aktywa niematerialne.
  • Sama Unia jest silnie zróżnicowana; w Danii, Szwecji, Wlk. Brytanii, Irlandii, Finlandii, Francji, Belgii i Holandii przeważają inwestycje w aktywa niematerialne, natomiast  w krajach południa, „nowych krajach członkowskich” oraz  w Niemczech i Austrii nadal dominują inwestycje w aktywa materialne.

Patrząc na powyższe liczby ciekawym przypadkiem wydają się być Niemcy (także Austria, ale jest to dużo mniejsza gospodarka). Wydawać by się mogło, że inwestycje w aktywa niematerialne są dziś warunkiem osiągnięcia sukcesu na międzynarodowych rynkach, tymczasem ich poziom w Niemczech – kraju co by nie mówić wciąż uchodzącym za przykład gospodarczego sukcesu – jest zbliżony do tego obserwowanego w Polsce (oczywiście w relacji do rozmiarów gospodarki mierzonej PKB). Głębsze spojrzenie na niemieckie dane wskazuje na relatywnie niski udział wydatków w dwóch obszarach: na oprogramowanie (0.7% PKB w stosunku do średniej dla „starej UE” na poziomie 1.3%) oraz kompetencjach ekonomicznych (2.3% PKB wobec 3.2%). O ile w przypadku oprogramowania trudno mi znaleźć (przynajmniej „na szybko”) jakieś logiczne uzasadnienie, to w przypadku kompetencji ekonomicznych można postawić hipotezę, że być może jest to pochodna działania w praktyce ogólnonarodowej marki „made in Germany” – dzięki której niemieckie firmy nie potrzebują wydawać na marketing tyle, co producenci z innych krajów, gdyż ich produkty niejako same się sprzedają.

Szersza konkluzja płynąca – jak dla mnie – z powyższego zestawienia jest taka, że nowoczesne gospodarki charakteryzuje znacząca wielkość inwestycji w aktywa niematerialne, ale nie jest to jedyny miernik i gwarant sukcesu. Po pierwsze tak jak w przypadku aktywów materialnych można w tym obszarze dokonywać nietrafionych inwestycji (np. wydatki na badania i rozwój, które nie przeradzają się w komercyjne produkty). Po drugie bardzo ważne jest na ile inwestycje w aktywa materialne i niematerialne mają komplementarny charakter i składają się na zapewniający sukces model biznesowy. Po trzecie wreszcie ważna moim zdaniem jest też kwestia tego, na ile wydatki na aktywa niematerialne przekładają się na krajowy bilans handlowy. Mam tu na myśli fakt, że większa intensywność inwestycji w aktywa niematerialne występuje w przypadku usług niż przemysłu. Relatywnie wysoki udział inwestycji w aktywa niematerialne może więc mieć miejsce w warunkach deindustrializacji. Pytanie jakie wówczas się pojawia dotyczy tego, czy powstający sektor usług ma na tyle charakter handlowalny (podlegający wymianie międzynarodowej), że jest w stanie zapewnić równowagę rachunku obrotów bieżących lub czy dobra powstające w efekcie inwestycji w aktywa niematerialne (takie jak np. licencje) są w stanie równowagę tego rachunku wspierać (poprzez ich sprzedaż za granicę).

Co w kontekście inwestycji w aktywa niematerialne wiemy o Polsce? Szacunki wielkości inwestycji niematerialnych w oparciu o przedstawioną powyżej metodologię były robione na Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie („Inwestycje w kapitał niematerialny w gospodarkach o średnim poziomie rozwoju”). Według tych szacunków wielkość tego typu inwestycji kształtowała się w latach 2000-2013 na średnim poziomie ok. 5.5%. Oznaczałoby to – porównując wyniki do poprzedniej analizy – że kształtowała się poniżej poziomu w Czechach (7.1%), na Słowenii (7.0%) i na Węgrzech (5.9%) i nieco wyżej niż na Słowacji (5.1%)

Czy stosunkowo niska skala inwestycji w aktywa niematerialne w Polsce to powód do zmartwienia? I tak i nie. Z jednej strony niska skala tego typu nakładów nie przeszkadzała nam szybko się rozwijać. Z drugiej jednak wiele mówi o „modelu biznesowym” naszej gospodarki, skupionej na stricte produkcyjnych ogniwach łańcuchów tworzenia wartości (do czego potrzebne są głównie aktywa trwałe), z ograniczoną rolą wymyślania, konstruowania i innych form „tworzenia wiedzy”.  Ta ostatnia – w potrzebnym zakresie – trafiała do nas w minionych latach często wraz z inwestorami zagranicznymi lub zamówieniami zagranicznymi. Obecnie wchodzimy jednak w taką fazę rozwoju, gdzie znaczenie tworzenia wiedzy lokalnie będzie rosnąć. Nie chodzi od razu o kreowanie przełomowych na skalę globalną innowacji czy rozwiązań, ale o „kreatywną imitację” – dodawanie wartości do tego co zostało wynalezione gdzie indziej.

Aktywa niematerialne – rola w nowoczesnej gospodace (cz.1)

Kilkakrotnie na moim blogu zwracałem uwagę, że w kluczowych dla rozwoju procesach inwestycyjnych liczy się nie tylko ilość, ale także – a może nawet przede wszystkim – jakość („Oprócz ilości liczy się też jakość aktywów”).  Tym razem krótko na temat obu aspektów – ilości i jakości – w kontekście inwestycji w tak zwane aktywa niematerialne (ang. intangible assets). Choć samo pojęcie aktywów niematerialnych pojawiło się już kilkadziesiąt lat temu, to w ostatnich latach zyskało na znaczeniu ze względu na kilka aspektu, w tym m.in.:

  • rosnące znaczenie czynnika „wiedzy” w funkcjonowaniu gospodarek,
  • usilne próby wyjaśniania zagadki niskiej produktywności wielu gospodarek (zarówno rozwiniętych jak i rozwijających się),
  • wpływu jaki – zdaniem niektórych (patrz „Kapitalizm bez kapitału”) – ma zmiana struktury inwestycji od aktywów trwałych do aktywów niematerialnych na różnorakie procesy społeczno-gospodarcze, w tym tak istotne jak narastanie nierówności dochodowych.

Zacznijmy od zdefiniowania czym są „aktywa niematerialne”. Według dość powszechnie stosowanej i na szczęście prostej definicji są to aktywa, które pozwalają na komercjalizowanie wiedzy.  Tu prostota jednak się kończy, gdyż praktyczne wskazanie tego co do aktywów niematerialnych się zalicza stanowi znacznie większe wyzwanie. W rachunkach narodowych – przy liczeniu inwestycji wchodzących w skład PKB – brane są pod uwagę następujące elementy inwestycji w aktywa niematerialne:

  • Inwestycje w oprogramowanie,
  • Prace badawczo rozwojowe (B&R),
  • Kilka mniejszych pozycji takich jak koszty nabycia praw autorskich, patentów, licencji czy wydatki na poszukiwania geologiczne.

Ponieważ podejście rachunków narodowych nie uwzględnia wielu różnorakich form aktywów niematerialnych stąd też w ramach projektów badawczych zakres tego typu aktywów jest szerszy. Najczęściej wykorzystuje się przy tym podejście zaproponowane przez C.Corrado, Ch.Hultena i D.Sichela w „Measuring capital and technology: an expanded framework”. Wspomniani autorzy wyróżniają trzy grupy aktywów niematerialnych:

  • Skomputeryzowane informacje (ang. computerized information) – kategoria ta obejmuje zakupy oprogramowania, wydatki na rozwój oprogramowania w ramach firmy i bazy różnego rodzaju danych,
  • Innowacyjną własność (ang. innovative property), obejmującą: wydatki na badania i rozwój, koszty związane z projektowaniem, wydatki na poszukiwania geologiczne, innowacje finansowe i wreszcie różnego rodzaju prawa autorskie,
  • Kompetencje ekonomiczne (ang. economic competencies), na które składają się wydatki na reklamę, badania rynku, własny lub nabyty „kapitał organizacyjny” (ang. organizational capital) zarówno wytworzony jak i zakupiony oraz wydatki na szkolenia pracowników.

Jak widać jest tego sporo. Na dodatek odnosi się do przejawów działalności firm, które nawet intuicyjnie wydają się być ważne w kontekście rynkowego sukcesu lub porażki. W dzisiejszym świecie coraz więcej modeli biznesowych (zwłaszcza tych opartych na internecie) skupia się na wykorzystaniu aktywów niematerialnych. W modelach tych aktywa materialne odgrywają małą lub wręcz znikomą rolę. W tym kontekście warto przyjrzeć się temu, jak na poziomie zagregowanym (całej gospodarki) wyglądają inwestycje w aktywa niematerialne w Polsce na tle innych krajów. Nie tylko tego co ujmowane jest w rachunkach narodowych, ale szerzej. O tym w cz.2.

Sida 1 av 3

wykonanie: THE NEW LOOK