W doskonałej książce “Siła nawyku” jej autor, Ch. Duhigg, przywołuje słynny eksperyment przeprowadzony w latach 60-tych minionego wieku przez badaczy ze Stanford. Testowali oni siłę woli 4-latków. Każdemu z poddanych eksperymentowi dzieciaków zaoferowano słynny amerykański łakoć – marshmallow – z równoczesną obietnicą, że jeśli wytrzyma i nie zje go do powrotu opiekuna (za jakieś 10-15 minut), to będzie miał do zjedzenia dwa. W eksperymencie tym 70% dzieci wybrało oczywiście opcję „nie czekam”. 30% mogło cieszyć się podwójną porcją słodkości. Najważniejsze w tym doświadczeniu było jednak coś innego. Otóż okazało się, że te dzieci, które były w stanie powstrzymać się przez wymagane 10-15 minut, radziły sobie w późniejszym życiu znacznie lepiej. Uczyły się lepiej, odnosiły sukcesy zawodowe, osiągały wyższe dochody.

Eksperyment ten przypomniał mi się ostatnio w kontekście obecnego stanu globalnego społeczeństwa, szczególnie w krajach tak zwanego Zachodu. W moim odczuciu społeczeństwo to stanowi dziś takie zbiorowisko niecierpliwych dzieciaków. Dzieciaków, które łapczywie rzucają się na każdy podsunięty pod nos łakoć i starają go jak najszybciej wepchnąć do buzi i przekląć. Ta niecierpliwość i gwałtowność pożądania jest pochodną obawy, że za chwilę oferujący ciastko rozmyśli się i je zabierze. W obliczu takiego ryzyka perspektywa otrzymania za jakiś czas drugiego ciastka zupełnie nikogo nie interesuje. Choć czas wyczekiwania jest obiektywnie rzecz biorąc krótki, to w ujęciu relatywnym – na tle tempa zachodzących wokół zmian i zaskoczeń – wydaje się wiecznością. Tak wiele może się wydarzyć, że lepiej nie czekać, nie ryzykować, tylko uchwycić się – najlepiej zębami – tego co tu i teraz.

W ujęciu socjologicznym ten stan charakteryzujący obecne społeczeństwo Zachodu opisywany jest niekiedy jako „płynna” (Z.Bauman) lub „radykalna” (A.Giddens) nowoczesność. Stan, w którym coraz mniej wierzymy w porządek, normy, pozycje i role społeczne, a coraz bardziej w to, że światem rządzi chaos, że formalne i nieformalne elementy instytucjonalnego ładu przestają istnieć. W takiej sytuacji, z punktu widzenia jednostki strategia koncentrowania się na maksymalizowaniu zdobyczy tu i teraz wydaje się mieć jak najbardziej sens. Równocześnie jednak jest ona dewastująca dla średniego i dłuższego horyzontu czasu. Dlaczego? Otwiera drogę dla populistów, którzy na krótką metę zawsze zaoferują najwięcej. W starciu z nimi zorientowane na przyszłość dobre pomysły i programy będą z reguły przegrywać. W efekcie, w stosunkowo krótkim czasie można oczekiwać narastania problemów, potęgowania się „kruchości” społeczeństw i gospodarek, ich wrażliwość na wszelkiego rodzaju szoki wewnętrzne czy zewnętrzne. To z kolei otwiera drogę do władzy ruchom i nurtom skrajnie radykalnym.

Czy można wyrwać się z tego zaklętego kręgu? Tak, ale tylko wówczas, gdy zaordynowana kuracja zaadresuje źródło problemu, a nie jedynie jego symptomy. Tym źródłem jest niedopasowanie rozwiązań instytucjonalnych składających się na systemy społeczno-polityczno-gospodarcze do wymogów współczesnego świata. W dużym uproszczeniu, sytuacja wygląda dziś tak, jakby do najnowszej wersji smartphona wciąż dostarczać instrukcję obsługi analogowego telefonu stacjonarnego sprzed 30 lat. Niby wszystko się zgadza, instrukcja jest, tyle że w zasadzie bezużyteczna, jedynie irytuje.

Świat szybkich i wszechstronnych zmian – technologicznych, klimatycznych, geo-strategicznych, organizacyjnych, procesowych, itd. – wymaga zupełnie nowych rozwiązań instytucjonalnych. W szczególności w zakresie funkcjonowania mechanizmów demokracji, relacji praca-kapitał-technologia, celów i roli rządów czy dogmatów stojących u podstaw funkcjonowania firm. Tylko nowe rozwiązania – ujęte np. w formę spisanej na nowo umowy społecznej – mogą przywrócić ludziom poczucie ładu i porządku, a tym samym ograniczyć lęk i wydłużyć ich horyzont myślenia i działania. Bez tego każe kolejne „pakiety ratunkowe” obejmujące olbrzymie fundusze wrzucane w gospodarkę czy to lokalnie czy w ramach np. UE, będę kończyć się tak samo: łapczywym rzucaniem się na ciastko, krótkotrwałym podniesieniem poziomu cukru, a gdy ten ostatni już opadnie brutalnym powrotem poczucia „braku jutra”.

Na koniec warto zadać pytanie czy widać oznaki konstruktywnych poszukiwań leku na społeczne problemy Zachodu? Tak, są pierwsze jaskółki. Nie w ramach tzw. głównego nurtu. Trzeba szukać raczej na tzw. peryferiach. Dobry przykład dają kraje inicjatywy pod nazwą Wellbeing Economy Governments. Należą do niej Szkocja, Islandia i Nowa Zelandia. Celem inicjatywy jest z jednej strony przedefiniowanie celów rozwoju (wyjście poza dogmat ułomnego ze swej natury miernika jakim jest PKB i oparcie się na szerszym pojęciu dobrobytu), a z drugiej poszukiwanie rozwiązań instytucjonalnych stanowiących nowy ład.

To swego rodzaju nowy globalny trend, że świeże, konstruktywne nurty myślenia wywodzą się dziś z krajów, które jeszcze niedawno trudno byłoby o to podejrzewać. Ale to nie przypadek. Nowa Zelandia może się poszczycić tym, że Uniwersytet w Auckland znajduje się na czele – opracowanego przez World Economic Forum – rankingu uczelni wyższych, które najlepiej przygotowują do mierzenia się z globalnymi wyzwaniami. Szkocja i Islandia, to z kolei przykłady krajów, które w obliczu wyzwań (odpowiednio Brexit i kryzys finansowy) potrafiły dokonać głębokich przewartościowań i zmian.

Choć pozytywne symptomy są, wciąż nie ma gwarancji, że Zachód uda się uratować. Będzie to zależeć od tego jak szybko zrozumienie potrzeby ustanowienia nowego ładu zacznie docierać do największych jego społeczeństw.

Opublikowane: Parkiet, 8.06.2020