Przypuszczam, że wszyscy – lub przynajmniej zdecydowana większość czytających ten tekst – zetknęła się z historią o tym, jak to po 400 latach niewoli naród wybrany został przez Mojżesza wyprowadzony z Egiptu. Po opuszczeniu kraju faraona Izraelici przez 40 lat błąkali się po pustyni, chociaż do ich Ziemi Obiecanej można było dotrzeć w góra kilka tygodni. Stało się tak nie za sprawą braku fizycznych możliwości, np. niedoboru odpowiednich środków transportu czy też uzbrojenia niezbędnego do podbicia docelowych terenów. Izraelici musieli błąkać się po pustyni, ponieważ na przeszkodzie do sukcesu stanęła ich … mentalność. 400 lat w niewoli wykształciło w nich poczucie uległości i strachu, dlatego też bali się podjąć walkę o mlekiem i miodem płynącą Ziemię Obiecaną. W konsekwencji musieli na 40 lat zadowolić się manną i przepiórkami. Dopiero, gdy pokolenie niewolników wymarło, nowe – wolne od ciężaru mentalności swych przodków – mogło objąć w posiadanie to, co zostało im obiecane.

Przywołany powyżej biblijny tekst jakoś mocno przemawia do mnie w kontekście ostatniej kampanii wyborczej w naszym kraju. Kampanii pełnej populizmu i licytacji na obietnice wyborcze ze strony wszystkich ugrupowań politycznych. Jak pokazują ostatnie lata przekonanie, że Państwo może (dziś już wręcz musi) za nic coś „dać” padło w naszym społeczeństwie na bardzo podatny grunt. W moim osobistym przekonaniu jest to – podobnie jak w przypadku wspomnianych wcześniej Izraelczyków – w dużej mierze pochodna mentalności; znaczną część polskiego społeczeństwa stanowią osoby, które mentalnie ukształtowane zostały przed transformacją. W czasach, kiedy to rządząca partia decydowała czy, kiedy i komu coś „dać”. Nigdy nie było to zbyt wiele, a to kwiatek i pończochy na dzień kobiet, a to pomarańcze na dzień dziecka i na święta, czy też wreszcie najbardziej szczodry podarunek tzw. trzynasta (a w niektórych zawodach nawet czternasta) pensja. Było skromnie, ale w miarę przewidywalnie i w zasadzie po równo. W tej sytuacji z jednej strony rzadko kto miał sposobność się wybić, z drugiej jednak przeciętny Kowalski nie czuł wewnętrznego dyskomfortu (i zewnętrznej presji ze strony swojej żony 🙂 ), że taki Nowak to jest bardziej zaradny, że właśnie kupił nowy samochód itd. To obraz stosunkowo prostego świata, w którym elita władzy ma się najlepiej (w końcu władza musi budzić respekt i szacunek), a pozostałym Państwo daje na tyle ile ma. A jak nie daje, znaczy się że jest kryzys i nic z tym nie można zrobić. Świata, w którym nie ma się pełnej wolności i praw, ale też państwo zdejmuje znaczną część odpowiedzialności za własne życie.

Dla wspomnianej wyżej grupy społecznej sytuacja w ostatnich latach diametralnie się zmieniła – okazało się, że po latach posuchy (tłumaczonych najpierw transformacją, a później globalnym kryzysem finansowym) Państwo znów chce „dawać”, szczególnie przy okazji różnorakich kampanii wyborczych. W tej sytuacji nie powinno dziwić, że osoby w wieku 50+ stanowią dziś tę część elektoratu, w której frekwencja w czasie wyborów jest najwyższa. Nie specjalnie zależy im też na tym, co w zamian za swą hojność państwo równolegle im odbiera.

Nie chciałbym, aby czytając ten tekst odnieść wrażenie, że państwo nie ponosi odpowiedzialności za rozwiązywanie ważnych problemów społecznych, takich np. jak eliminacja ubóstwa wśród dzieci. Ponosi. Powinno jednak w swych działaniach być odpowiedzialne. Wspomniany powyżej problem można było skutecznie rozwiązać innymi metodami, dużo mniejszym kosztem i bez znaczących skutków ubocznych. O części z tych skutków pisałem niedawno w tekście „Rok Świętego Mikołaja”, ale warto wspomnieć także te związane z efektem zaniechania. Otóż doświadczenia innych krajów wskazują, że jeśli tylko sama polityka „dawania” działa na wyborców, znacząco spada presja i chęć dokonywania znaczących reform systemowych.

Te same międzynarodowe przykłady pokazują, że rozdawnictwo wcale nie jest świadectwem siły państwa, ale z reguły jego słabości. W tym kontekście warto przypomnieć, że już kilka lat temu jeden z ministrów z niezwykłą szczerością stwierdził, że nasze państwo istnieje tylko teoretycznie. Od tamtego czasu niewiele się zmieniło; edukacja znajduje się w stanie zawałowym, służba zdrowia może się za chwilę zapaść ze względu na brak kadr, nie wspominając już o sytuacji w sądownictwie czy dramatycznym stanie naszej armii (wymowne w tym względzie są chociażby ostatnie statystyki odnoszące się do samolotów bojowych zdolnych do faktycznych działań). To prawdziwa „Polska w ruinie”. Jednym z jej elementów jest także upolitycznienie wszystkich najważniejszych kwestii merytorycznych – od co najmniej kilkunastu lat elity polityczne nie potrafią (nawet nie próbują) wypracować konsensusu w najważniejszych sprawach. W efekcie w wielu sferach publicznych mamy do czynienia z działaniem „jeden krok do przodu, dwa kroki w tył”.

Nie możemy też zapominać o aspekcie międzynarodowym – nasze otoczenie zewnętrzne zmienia się na niekorzyść. Narastają różnego rodzaju konflikty związane m.in. z ewolucją globalnego układu sił oraz wyczerpywaniem się obecnego modelu finansowo-gospodarczego opartego na zadłużaniu się. Wszystko to sprawia, że świat staje się coraz mniej przewidywalny, a ryzyko wystąpienia ekstremalnych sytuacji wzrasta.

Do czego obecna sytuacja może prowadzić? Otóż kształtowanie programów społeczno-gospodarczych „pod mentalność” określonych grup wyborców i polityka „liczy się tylko tu i teraz” – bez patrzenia na to co zostawi się w spuściźnie przyszłemu pokoleniu – może się już wkrótce okazać wyborem wędrówki po pustyni. W wędrówce uda się jeszcze na jakiś czas zachować mannę i przepiórki, ale dotarcie do obfitującej w mleko i miód Ziemi Obiecanej stanie pod dużym znakiem zapytania. By osiągnąć tę ostatnią – tzw. wejść do grona najlepiej rozwiniętych krajów świata – potrzeba kolejnych 30 lat średniorocznego wzrostu na poziomie ponad 3%. Przy tym jak dziś funkcjonuje sfera publiczna, w tym jak wygląda edukacja (ta podstawowa i wyższa) to nierealne. Co więcej przy słabych strukturach państwa grozi nam coraz większa uległość wobec sił zewnętrznych. Tym bardziej, że mentalność łatwo przenosi się z pokolenia na pokolenie! Pokazuje to zarówno nasza własna historia (droga do zaborów), jak też dzisiejsza rzeczywistość niektórych krajów (przywalona ciężarem długu Grecja realizująca politykę Brukseli).

Czy jesteśmy więc skazani na negatywny scenariusz? Jest pewna nadzieja. Choć społeczeństwa tu i teraz nie da się zmienić, a na czynniki międzynarodowe mamy znikomy wpływ, to jedną rzecz można zrobić. Chodzi o kwestie przywództwa – Polska potrzebuje pokoleniowej zmiany. Potrzebuje u władzy ludzi, którzy nie wyrośli w mentalności PRL-u, którzy nie są uwikłani w okrągłostołowe spory i różnego rodzaju układy, którzy stawiają na jedność społeczeństwa, a nie jego podział, którzy wreszcie lepiej niż obecni liderzy rozumieją dynamikę globalnych zmian. Dziś o przyszłości 20,30,40 latków decydują ugrupowania, na których czele stoją 50-70-cio latkowie! Wszyscy oni bardziej lub mniej świadomie tkwią mentalnie w PRL-u, a co najwyżej początkach transformacji. Ich czas powinien już minąć. 20-40-latkowie muszą wziąć przyszłość w swoje ręce! Wchodzić śmiało do polityki. Nie do ugrupowań i partii, które już są – tam w najlepszym razie przypadnie im miejsce w drugim czy trzecim szeregu, wykorzystani zostaną jako pożyteczna „przybudówka”, która szybko zostanie zindoktrynowana. MUSZĄ ZACZĄĆ TWORZYĆ NOWE! By tak się jednak stało kluczową kwestią jest to, by  przywiązywali wartość do indywidualnej WOLNOŚCI I ODPOWIEDZIALNOŚCI. Pytanie czy przywiązują?